Siedem rzeczy, które są pomocne w macierzyństwie i wychowywaniu dzieci w edukacji domowej
Odcinek 38
W tym odcinku mówimy o macierzyństwie. Dominika opowiada o tym, jak to jest być mamą czwórki dzieci w edukacji domowej.
Odpowiada na pytania o to, co jest w tym trudne, co jej najbardziej pomaga, co chciałaby wiedzieć, zanim została mamą.
Mówi także o tym, czy macierzyństwo z czwórką dzieci oznacza dla niej rezygnację z kariery oraz jak znajduje czas dla siebie i co dodaje jej energii do działania.
Mamy nadzieję, że to, co sprawdza się u nas, okaże się dla Was pomocne.
Gorąco zapraszamy do wysłuchania 38. odcinka naszego podcastu Baj Example. O edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.
📌 Linki z odcinka:
▪︎ Rytmy i rytuały dzieci, André Stern
▪︎ Najbardziej upragnione dziecko wszech czasów doprowadza mnie do szału, Danielle Graf i Katja Seide
▪︎ Potrzeba obecności, Marek Kaczmarzyk
📬 Zapraszamy do newslettera dla rodziców!
Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o tym, co pomocne w wychowaniu i edukacji dzieci oraz w dbaniu o potrzeby nas, rodziców, zapraszamy Cię do naszego newslettera. Znajdziesz tu między innymi polecenia pomocnych książek, wydarzeń, spotkań, kursów czy podcastów. Kliknij i zapisz się tutaj 👉 wydawnictwoelement.pl/newsletter/
Posłuchaj
Jesteśmy Dominika i Aleksander Baj, a to jest trzydziesty ósmy odcinek podcastu By Example o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie. Dziś chcemy porozmawiać o macierzyństwie, edukacji domowej i wychowywaniu czwórki dzieci.
Choć często wygląda to tak, że ja, Aleksander, zadaję Dominice pytania, na które znam odpowiedzi, w rzeczywistości nie jest to takie proste. Chociaż w tym, co robimy, jesteśmy razem — razem wychowujemy dzieci, razem towarzyszymy im w edukacji domowej, razem prowadzimy wydawnictwo i podcast — to jednak każde z nas ma swoją własną perspektywę.
Dzisiaj chcielibyśmy porozmawiać właśnie o tej macierzyńskiej perspektywie. Pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy, to pytanie, które bardzo często pojawia się, gdy spotykamy się z innymi ludźmi: jak to jest wychowywać czwórkę małych dzieci?
Dominika, czy potrafisz pomyśleć o takich rzeczach, które chciałabyś wiedzieć, zanim zostałaś mamą?
Tak, rzeczywiście to pytanie jest nam często zadawane. Szczerze mówiąc, zaczynam powoli zapominać, jak to jest wychowywać czwórkę małych dzieci, bo nasze najmłodsze dziecko ma już pięć lat. Czasami łapię się na tym, że już nie mamy w domu małych dzieci, że one bardzo szybko urosły.
Może powiem to od razu — często rodzice słyszą, że dzieci szybko dorastają. Kiedy byłam młodą mamą, wydawało mi się to zupełnie nierealne. Jak to szybko dorosną? Przecież to taki długi czas! A jednak okazuje się, że rzeczywiście dzieci szybko dorastają. Ten pierwszy etap, pierwsze kilka lat, jest bardzo intensywny, mocno angażujący i wtedy wydaje się, że to nigdy się nie skończy.
Ale chcę, żeby to wybrzmiało: ten okres naprawdę szybko mija.
Wracając do twojego pytania — pamiętam, że będąc młodą mamą, doświadczałam sporego chaosu. Rodzi się dziecko, świat wywraca się do góry nogami, trudno znaleźć czas dla siebie, właściwie go nie ma. Nocne wstawanie staje się normą. Pory snu i codziennego działania zmieniają się, i tak też było u nas, zwłaszcza przy pierwszym dziecku.
Pamiętam, że nasza córka bardzo często budziła się w nocy. Bywały momenty ogromnego zmęczenia. Czasami budziłam się w środku nocy zdezorientowana: co się dzieje, gdzie jest dziecko? To był znak, jak bardzo byłam zmęczona.
Dziś myślę sobie, że bardzo pomocna byłaby dla mnie wtedy książka André Sterna Na rytm i rytuały dzieci. To jest coś, z czego korzystam odkąd ją przeczytałam. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że rytmy i rytuały — zwłaszcza na początku, kiedy dzieci są małe — mogą pomóc zorganizować dzień, zorganizować mamie czas dla siebie, ale też zadbać o różne potrzeby: potrzebę ruchu, potrzebę rozwoju, potrzebę chwili tylko dla siebie.
Dzięki tej książce łatwiej mi planować codzienność. Rytmy są dziś stałym elementem naszej codzienności.
Dominika wymieniła rytmy i rytuały jako pierwszą rzecz, która pomaga jej w macierzyństwie. Za chwilę opowie o kilku innych.
Przy okazji: o tym, co pomaga w rodzicielstwie, wychowaniu dzieci i edukacji domowej, piszemy także w naszym newsletterze, do którego serdecznie cię zapraszamy. Link do zapisu znajdziesz w opisie odcinka.
To prowadzi mnie do kolejnego pytania: ponieważ wydajemy książki, m.in. parentingowe, czasem trafia do nas jakaś propozycja wydawnicza, czytamy tekst w oryginale i myślimy: „To jest świetne, ludzie powinni to przeczytać!”. Wydajemy taką książkę, ale czy ty czujesz, że w praktyce te książki ci pomagają?
Bo czasem mam wrażenie, że kiedy czytamy jakąś książkę, to wszystko brzmi świetnie, cudownie, jak remedium na nasze problemy. A potem okazuje się, że nie potrafimy znaleźć sposobu, żeby przełożyć to na codzienne życie.
Jestem osobą, która zanim zaczęliśmy wydawać książki parentingowe czy dotyczące rozwoju, miała mieszane odczucia wobec tego typu publikacji. Gdy słyszałam hasło „książka o rozwoju”, zapalała mi się w głowie czerwona lampka. Myślałam sobie: „O nie, nie, ty to przeczytaj i bądź mistrzem, a ja…”.
Ale podzielę się kilkoma myślami, które warto było wtedy usłyszeć. Z książkami parentingowymi nie miałam kontaktu od początku, przed narodzinami naszej najstarszej córki sama bym po nie nie sięgnęła. Jednak dzięki naszej pracy miałam okazję je poznać — i muszę przyznać, że książka Najbardziej upragnione dziecko wszech czasów doprowadza mnie do szału była pierwszą, która naprawdę mi pomogła.
Odkryłam, że może być ogromnie pomocna. Z jednej strony w macierzyństwie ważne jest podążanie za własną intuicją — i to odkryłam w sobie, choć nie zawsze jej słuchałam. Czasem potrzebowałam potwierdzenia z zewnątrz, że coś robię dobrze lub nie. Im dłużej jestem mamą, tym bardziej czuję, że każda z nas ma intuicję, którą warto pielęgnować.
Czasami jednak — jak mówi André Stern — możemy czegoś nie robić nie dlatego, że nie chcemy, ale dlatego, że po prostu o tym nie wiemy. I właśnie tu książki okazują się bardzo pomocne. Mało która mama czy tata studiowali przed zostaniem rodzicami psychologię rozwojową małego dziecka, a okazuje się, że ta wiedza jest naprawdę praktyczna.
Nie musimy znać całej psychologii, ale warto, zwłaszcza na etapach tzw. skoków rozwojowych, sięgnąć po książkę i zobaczyć, że np. wybuchy złości małego dziecka, a nawet tarzanie się po podłodze, są czymś normalnym — wynikają po prostu z tego, że dziecko inaczej nie potrafi sobie poradzić z gwałtownymi emocjami.
Przyznam, że często korzystałam właśnie z tych książek. One otwierały mi oczy. I to nie jest tak, że musimy przeczytać całą książkę od deski do deski i wprowadzać wszystko na hurra. To byłoby trudne i frustrujące. Ale jeśli mamy konkretny problem, warto zajrzeć do książki i poszukać rozwiązania.
Pamiętam sytuacje, gdy nasz syn miał trzy, cztery lata. W momentach napięcia — kiedy coś mu nie wyszło, pokłócił się z rodzeństwem albo uderzył się i zaczął płakać — ja od razu chciałam działać: przytulić, porozmawiać, wyjaśnić.
To ty, Aleksandrze, byłeś osobą, która mnie wtedy stopowała i mówiła: „Daj mu chwilę, teraz z nim nie porozmawiasz, poczekaj”. On miał taki specyficzny sposób reagowania — uciekał, chciał się schować, nie dawał się dotknąć.
Dla mnie to było trudne, bo miałam potrzebę działania od razu. Dopiero kiedy przeczytałam w książce Najbardziej upragnione dziecko wszech czasów…, że dzieci przeżywając gwałtowne emocje potrzebują czasu, żeby słowa zaczęły do nich docierać, naprawdę mnie to oświeciło. Dało mi to zaufanie, że tak, on potrzebuje naszej obecności, ale też potrzebuje przestrzeni, by ochłonąć.
Dobrze, czyli mamy już pierwsze rzeczy, które chciałabyś wiedzieć, zanim zostałaś mamą: rytmy i rytuały, ufanie swojej intuicji, książki parentingowe, po które jednak warto sięgać, bo są pomocne i mogą naprawdę wspierać w relacjach z dziećmi oraz w trudnych sytuacjach.
Powiedziałabym nawet więcej — nie chodzi tylko o książki parentingowe, ale ogólnie o zdobywanie wiedzy. Nie ma żadnego „kursu” na bycie rodzicem, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy się rozwijać w tej roli. Tak samo jak w każdej innej dziedzinie życia — jeśli zajmujemy się marketingiem, robimy kursy, żeby być na czasie, zdobywać nowe narzędzia, być coraz lepszymi. Tak samo jest z rodzicielstwem.
Warto uczestniczyć w spotkaniach z profesjonalistami, poznawać nowe narzędzia, wyniki badań. André Stern powiedział na naszym ostatnim spotkaniu w Warszawie, że potrzebujemy wiedzy i narzędzi, ale to nie oznacza, że musimy wszystko zerojedynkowo wprowadzać do życia.
Każdy z nas, każda rodzina jest inna, nasze dzieci są różne. I żeby było jeszcze trudniej, cały czas się zmieniamy — my się zmieniamy, dzieci się zmieniają. To, co działa teraz, może za chwilę już nie działać. André Stern często podkreśla, że kluczem jest szukanie, dopasowywanie, elastyczność.
To bardzo cenna myśl, którą też sobie biorę od Sterna. On, jako osoba, która nigdy nie chodziła do szkoły, która pisze książki o edukacji, dzieciństwie, uczeniu się, często na spotkaniach słyszy pytania: „Jak to wygląda w twojej rodzinie? Jak masz to zorganizowane? Jak dzieci uczą się tego czy tamtego?”. A on nie chce na te pytania odpowiadać. Mówi: „To, co działa u mnie, nie musi być rozwiązaniem dla ciebie. Musisz znaleźć swoje”.
Na początku trochę się buntowałem, jak to słyszałem — miałem wrażenie, że on robi uniki. Ale teraz rozumiem, że to prawda. Warto zaakceptować, że to jest droga, która będzie się zmieniać, którą trzeba dopasowywać do siebie. Trzeba ją szyć na swoją miarę.
Zastanawiam się jeszcze: co dla ciebie, Dominiko, w wychowywaniu czwórki dzieci w edukacji domowej było do tej pory najtrudniejsze? Myślę, że warto to sobie powiedzieć otwarcie, bo to przecież nie jest łatwa droga.
Między naszymi dziećmi jest mała różnica wieku. Był taki czas w naszym życiu, że mieliśmy w domu czwórkę małych dzieci. To było bardzo obciążające fizycznie. Każde z dzieci potrzebowało dużej uwagi rodziców, a my zdecydowaliśmy się, że nie pójdą do żłobków, przedszkoli czy szkół.
Ty mnie pytasz o to, co było najtrudniejsze, a ja w głowie od razu szukam tego, co mi pomagało w tych trudnych chwilach! Myślę, że najtrudniejsze było właśnie znalezienie czasu dla siebie.
To jest bardzo kluczowe i zawsze, gdy mam okazję rozmawiać z innymi mamami, dziewczynami, to o tym mówię: pomimo wyzwań, trudności i liczby obowiązków to jest absolutnie kluczowe, żeby znaleźć czas dla siebie.
Czasami to jest wręcz wyrywanie tego czasu, zwłaszcza gdy dzieci są małe. Ale z tyłu głowy mam zawsze myśl: jeśli chcemy nakarmić innych, najpierw musimy nakarmić siebie. I mówię to nie tylko w przenośni.
Czasami w codziennym życiu mama skupia się na tym, żeby dzieci były najedzone, żeby ugotować im obiad, a potem, kiedy już wszystko posprząta, sama stwierdza, że w sumie nie jest głodna i może nie musi jeść. Mnie też się to zdarzało — i czasami zdarza nadal — że myślę sobie, że nie jestem „godna”, ale jednak ten wewnętrzny głód gdzieś jest.
Moja dobra koleżanka powiedziała mi na początku mojego macierzyństwa: mama musi zadbać o higienę swojego umysłu. To jest związane właśnie z dbaniem o siebie.
Dla mnie ogromnie pomocne było to, że od początku mojego macierzyństwa współtworzyłam z Aleksandrem firmę. Ta nasza praca to mój żywioł, moja życiowa misja. Nawet jeśli nasza córka budziła się często w nocy i miała nieregularny rytm dnia, ja i tak próbowałam znaleźć pięć minut, żeby wrzucić jakiś post, zrobić coś dla siebie.
Pamiętam, że na początku taki post na Facebooku był dla mnie małym sukcesem: „Zrobiłam to! Zrobiłam coś dla siebie!”. I to wcale nie musi być praca przynosząca korzyści finansowe. To może być pasja: szydełkowanie, granie na pianinie, czytanie, bieganie.
Ostatnio ogromnie się cieszę, że zaczęłam trenować tenis — pozdrawiam moją sparingpartnerkę, która słucha naszego podcastu! To mnie rozwija. Tak samo jak rozwija mnie nasza praca, ale też aktywność fizyczna, do której czasem ciężko się zebrać, a która daje mi nową energię.
Na początku często musiałeś mnie, Aleksandrze, mobilizować, żebym wyszła pobiegać czy pojeździć na rowerze. A potem wracałam taka odświeżona, odnowiona, z nową energią.
Chciałbym zatrzymać się przy dwóch rzeczach, które powiedziałaś. Po pierwsze: bardzo często powinniśmy zaczynać od siebie. To jest coś, czego ja sam się uczę — chyba dużo też od naszych autorów i gości podcastu. Kiedy pytamy ich, jak dbać o relacje z dzieckiem, często słyszymy: zadbajcie najpierw o relację małżeńską. Gdy pytamy, jak pomóc dzieciom rozwijać talenty i pasje, słyszymy: zacznijcie od swoich. To ważna myśl — żeby móc pomóc dziecku, najpierw musimy zadbać o własne potrzeby.
Po drugie: to, co powiedziałaś, że czasem zrobienie czegoś dla siebie może być naprawdę małą rzeczą. Możesz mieć czas tylko na jednego posta na Facebooku, na piętnaście minut na coś swojego — ale warto umieć się z tego cieszyć, docenić to i poczuć, że robisz coś ważnego.
Dominiko, czy nie miałaś albo nie masz czasem poczucia, że ta droga, którą wybraliśmy — edukacja domowa, obecność w życiu dzieci — odbywa się kosztem twojej kariery zawodowej?
Trochę tak, ale nie nazwałabym tego poświęceniem. To jest świadoma decyzja. Po prostu chcę teraz być obecna w życiu dzieci — i to w dużej ilości. Chcę poświęcić więcej czasu dzieciom niż pracy. Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, jak szybko ten czas mija.
Nasza najstarsza córka ma dziesięć lat. Bardzo lubi samodzielne wyjazdy, chociaż oczywiście lubi też wyjeżdżać z nami. Mam świadomość, że za osiem lat będzie miała już swój własny plan na życie. A ja — mam nadzieję — za osiem lat nadal będę miała siłę robić różne rzeczy, nadal będę aktywna.
Cały czas robię coś dla siebie, dla pracy, wiem, że mogłabym robić więcej, ale dla mnie większą wartością jest to, że teraz jestem obecna w życiu dzieci.
Czasami myślę sobie, że większość rodziców wie, kiedy dziecko zrobiło pierwszy krok czy powiedziało pierwsze słowo. Ale później dzieci robią kolejne postępy — już na oczach innych ludzi, w żłobkach, przedszkolach, szkołach. I to jest oczywiście w porządku.
Ja jednak cieszę się z tego, że mogę widzieć dalsze etapy rozwoju, kiedy dzieci przełamują kolejne ważne momenty. Często są one jeszcze większe niż ten pierwszy krok czy pierwsze słowo.
To jest myśl, która mi też towarzyszy. Jeszcze niedawno oboje mieliśmy poczucie, że ciągle wstajemy w nocy, zajmujemy się małymi dziećmi — a teraz to już wydaje się odległą przeszłością. To bardzo szybko się zmienia.
To daje taką perspektywę: okej, to w takim razie mamy niewiele czasu, zanim w ogóle przestaniemy mieć pod opieką małe dzieci. Różne są ścieżki kariery, ale prawda jest taka, że na zbudowanie kariery mamy w życiu sporo czasu. Można świadomie podjąć decyzję, żeby część tego czasu poświęcić na bycie i towarzyszenie dzieciom.
Pomyślałam teraz o dwóch rzeczach. Pierwsza to inwestowanie czasu. Jeśli chcemy widzieć coś w życiu dzieci — np. żeby częściej sięgały po książkę zamiast po telefon, były aktywne sportowo, grały na instrumencie, rozwijały talenty i pasje — to dużo łatwiej zacząć, kiedy są małe.
Oczywiście, można zacząć w wieku nastu lat, a nawet w wieku trzydziestu kilku lat (ja na przykład dopiero teraz odkryłam tenis — i trochę żałuję, że tak późno, bo już nie będę grać w żadnych wielkich turniejach, ale cieszę się, że mam nową pasję). Jednak o wiele łatwiej jest budować takie rzeczy od najmłodszych lat.
Pamiętam, że był taki czas, kiedy wszystkie nasze dzieci były małe i miały rytuał: od razu po przebudzeniu chciały czytać książki. Dla mnie to bywało trudne, bo marzyłam wtedy o kawie, ale często mówiłam sobie: „No dobra”. Siadaliśmy wszyscy na kanapie i czytaliśmy.
To trwało dzień, drugi, tydzień, dwa tygodnie — nie pamiętam, jak długo, ale był to dłuższy okres. Pamiętam, że trochę z tym walczyłam wewnętrznie: „Jeszcze nie wstałam, a już muszę czytać”. Ale jednak podejmowałam tę prośbę dzieci.
I teraz widzę, że to procentuje. To inwestowanie czasu ma sens. Czasami nie widzimy efektów od razu, ale jeśli coś staje się rytuałem, powtarza się, to wchodzi w krew. Tym bardziej, że my sami czytamy, więc dzieci widzą to na co dzień.
Tak samo było z nartami, z graniem na instrumentach. Ta droga jest często długa, zawiła, pełna zakrętów, a czasami nie widać końca — ale on w końcu przychodzi.
Tak samo jest ze sportem. Pamiętam, jak każde z dzieci uczyło się jeździć na rowerze (poza naszym starszym synem). Początek trwał długo — trzeba było biec obok, asekurować, żeby nie spadło. I pamiętam, że myślałam sobie: „Ile jeszcze?”. A w zeszły weekend zrobiliśmy razem w górach 50 km na rowerach. Starsze dzieci miały ochotę na więcej, a nasza pięciolatka dała radę, mimo że to było dla niej wyzwanie. Jadąc za nimi, myślałam sobie: „Wow, ale super!”. To jednak nie wydarzyło się z dnia na dzień.
Myślę, że te rytmy i rytuały naprawdę bardzo nam pomagają we wspólnym życiu — pod jednym dachem, w pracy, w edukacji dzieci. Czasami to my staramy się je inicjować, a czasem wychodzą one od dzieci.
Na przykład w pewnym momencie zorientowałem się, że dzieci mają naturalną potrzebę, żeby rano, od razu po wstaniu, zająć się zupełnie swobodną zabawą. Mieliśmy taki odruch, żeby po wstaniu od razu: „umyć się, zjeść śniadanie i robimy coś konkretnego”. Ale zauważyliśmy, że one często najpierw chcą wrócić do tego, czym zajmowały się poprzedniego dnia — np. dokończyć budowlę z Lego, poczytać książkę, wyjść na zewnątrz.
W pewnym momencie postanowiłem, że trzeba przestać z tym walczyć i po prostu to zaakceptować. Dzieci wstają rano i do śniadania — które dla nich może być później, np. między dziewiątą a dziesiątą — zajmują się swoimi rzeczami.
To jest pomocne także dla nas, bo wtedy możemy ten czas poświęcić na coś własnego. Oczywiście, ja cały czas uczę się wykorzystywać te chwile, bo w środku mam potrzebę, żeby wszystko było poukładane. Ale kiedy przyglądamy się temu, co dzieci robią, widzimy, że tam jest głębokie myślenie, kreatywność, nauka. Choć z wierzchu może się wydawać, że „to tylko Lego” czy „tylko zabawa”, dzieje się tam coś naprawdę ważnego.
Często w naszym życiu wraca myśl, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski. To znane powiedzenie, do którego odwołują się m.in. profesor Marek Kaczmarzyk czy Ken Robinson.
To pytanie często pojawia się w kontekście edukacji domowej: skoro dzieci nie chodzą do szkoły, to gdzie mają przestrzeń społeczną, kontakt z innymi ludźmi? Myślę, że to pytanie nie dotyczy tylko dzieci, ale całych rodzin.
Dominika, co tobie najbardziej pomaga w budowaniu takiej „wioski”?
Fajnie, że podkreśliłeś słowo „budowanie”, bo wydaje mi się ono bardzo ważne. To niekoniecznie musi być wioska, którą już mamy. Czasami mamy trudne relacje w rodzinie albo przeprowadzamy się w nowe miejsce i wydaje się, że tej wioski nie ma. Ale to jest proces — możemy decydować, kto będzie w naszej wiosce.
Agnieszka Stein w naszym podcaście mówiła, że czasami skupiamy się na tych najbliższych osobach, myśląc, że to one budują naszą wioskę. Ale tak naprawdę tę wioskę tworzą też inni ludzie — może nie są tak bliscy, może nie są obecni regularnie, ale również są ważni.
Myślę, że naszą wioskę cały czas budujemy. Tworzymy ją dzięki dzieciom, ich znajomościom, przyjaźniom, a co za tym idzie — także dzięki dorosłym, rodzicom tych dzieci. To mogą być głębokie relacje z dawnych czasów, ale też coraz częściej te nowe, które powstają na bieżąco.
Jesteśmy też społecznie zaangażowani, poznajemy nowych ludzi, którzy nas inspirują i którzy w jakiś sposób zostają w naszym kręgu. Wydaje mi się, że taka wioska — nawet jeśli to tylko kilka osób — daje wsparcie i „karmi”, nie tylko w przenośni, czasami dosłownie. Warto mieć takich ludzi, do których możemy się odezwać, gdy czujemy zmęczenie czy spadek energii.
W jednej z rozmów mówiłaś, Aleksandrze, o tym, żeby zwracać uwagę także na te drobne relacje wokół nas. Niedawno Agnieszka Stein wspominała w naszym podcaście, że wioska to nie tylko ludzie, z którymi robimy wielkie rzeczy, ale też ci, których spotykamy mimochodem, ale regularnie.
Mamy na przykład pana Mariana w sklepiku warzywnym. Zna imiona naszych dzieci, ich wiek, zawsze zagaduje, dopytuje o nas. To są proste, codzienne spotkania, które jednak budzą uśmiech i pozytywnie doładowują.
Mamy też sąsiada, który ma bliską relację z naszymi dziećmi, choć jest ona okazjonalna. Często wykonuje prace przy domu czy w ogrodzie, dzieci są tym zainteresowane, a on im wszystko pokazuje, pozwala pomagać. To może być dla nas taki mały bonus — sąsiad prowadzi dzieci do ogródka, żeby coś przyciąć, a my mamy dziesięć minut tylko dla siebie.
Podsumowując, z rzeczy, które pomagają ci w macierzyństwie, mieliśmy: rytmy i rytuały, intuicję rodzicielską, książki i wiedzę, dbanie o siebie, wioskę i wsparcie innych ludzi.
Pytałem cię, co jest trudne w wychowywaniu czwórki dzieci w edukacji domowej. Czy jest coś jeszcze, co chciałabyś dorzucić?
Wspominałam, że trudne jest znalezienie czasu dla siebie, ale myślę, że trudne jest w ogóle zarządzanie czasem. Znalezienie czasu dla wszystkich, zaopiekowanie się wszystkimi potrzebami dzieci, przy takiej liczbie, jest wyzwaniem.
Pamiętam, że kiedy byłam młodą mamą, z jednym dzieckiem, już wtedy myślałam, że bardzo chciałabym wspierać jego talenty i rozwój. Mieszkaliśmy wtedy w Krakowie, gdzie było mnóstwo ofert zajęć dla mam z dziećmi. Pamiętam, że chodziłam na pierwsze zajęcia, drugie… Z jednej strony miałam wielką chęć, a z drugiej czułam się trochę przytłoczona.
Później pojawił się André Stern, który dodał mi otuchy i poczucia zaufania. Pokazał, że w pierwszych latach życia dziecka najważniejsza jest nasza obecność. Podobnie mówi Marek Kaczmarzyk w swojej najnowszej książce Potrzeba obecności: w pierwszych czterech–pięciu latach życia to rodzic jest kluczową osobą, która może wspierać rozwój dziecka.
Dopiero później przychodzi moment, kiedy dzieci same zaczynają mówić o swoich potrzebach, marzeniach — że chcą np. grać na gitarze albo jeździć na rowerze bardziej wyczynowo. Wtedy przychodzi czas na rozwijanie talentów. Nie trzeba się martwić tym już od samego początku, nie trzeba zapisywać dziecka na kurs chińskiego w żłobku, żeby nie było „za późno”.
Wydaje mi się, że tutaj można złapać oddech i spokojnie się zastanowić, czego tak naprawdę dziecko potrzebuje w danym momencie. Ale kiedy mamy więcej dzieci, zarządzanie czasem robi się trudniejsze.
Mam też poczucie, że dopiero po latach szkoły zorientowałam się, że zarządzanie czasem to coś, nad czym cały czas mogę pracować, co nie jest wcale oczywiste. I bardzo się cieszę, że nasze dzieci — już teraz, nie mając nawet dwudziestu lat — słyszą o tym, widzą, jak wygląda planowanie, zarządzanie zadaniami. Nasza starsza córka potrafi już fajnie organizować sobie czas, wymyślać zadania, wypisywać je i potem realizować.
Dla młodszych chłopców jest to trudniejsze, ale dobrze, że już stykają się z tym tematem.
Przy takim trybie życia, jaki mamy, tych zadań jest mnóstwo. Kiedy nie są poukładane, rodzi się niepokój, że coś ważnego jest niezadbane. To nas skłania do planowania. Ludzie z zewnątrz czasem mówią: „Wy to macie zaplanowane weekendy na kilka tygodni do przodu!”. No mamy, bo już wiele razy widzieliśmy, jak wygląda weekend niezaplanowany — kończy się tak, że w sobotę po południu wszyscy są zmęczeni, nic nie zostało zrobione, a w domu pojawiają się napięcia.
Jeśli chodzi o dzieci, myślę, że wielką wartością jest to, że one po prostu mają szansę uczyć się zarządzania czasem i zadaniami. W szkole wszystko jest zorganizowane z góry, priorytety są narzucone. A potem, kiedy młodzi ludzie kończą szkołę, oczekujemy, że będą potrafili się sami zorganizować — tylko że nigdy wcześniej nie mieli okazji się tego nauczyć.
W edukacji domowej dzieci uczą się tego naturalnie. Nie trzeba im niczego narzucać, bo one same dostrzegają taką potrzebę.
Kiedy dzieci były małe, miałem w sobie natłok myśli: co one powinny umieć, czego się nauczyć, jak im to zapewnić, kiedy znajdziemy na to czas i przestrzeń. Chciałem, żeby odkryły swoje mocne strony.
Teraz widzę, że często to wypływa od nich samych. Oczywiście nie zawsze od razu to wyczuwamy. Opowiadaliśmy już kiedyś w podcaście, jak nasza córka przez kilka lat mówiła, że chce grać na skrzypcach. Zwłaszcza mnie wydawało się, że to za wcześnie, że może tylko sobie wymyśliła. A jednak była konsekwentna i wytrwała.
Podobnie było z gitarą u syna, czy z młodszym synem, który kocha majsterkowanie. Możemy proponować dzieciom różne rzeczy, ale one wracają do tego, co naprawdę je pociąga, co ich ekscytuje.
Możemy mieć plan na dzieci — i to jest okej — ale myślę, że dużo fajniejszą drogą jest dać im wolność i wspólnie odkrywać ich ścieżkę. Towarzyszyć im, patrzeć, co je naprawdę interesuje, co je wciąga.
Podsumowując, jeśli chodzi o rzeczy, które pomagają w rodzicielstwie — a przede wszystkim w macierzyństwie i edukacji domowej — mamy: rytmy i rytuały, zaufanie do własnej intuicji, otwartość na rozwój i wiedzę (np. książki, wydarzenia), dbanie o siebie, budowanie wioski, zarządzanie czasem i wreszcie — zaufanie dzieciom i całemu procesowi.
Myślę, że to odpowiada na wiele pytań, które słyszymy, i które ty, Dominiko, często dostajesz od osób patrzących na ciebie jak na mamę czwórki dzieci, w edukacji domowej, a do tego jeszcze prowadzącą firmę.
Mamy nadzieję, że to, czym się dziś podzieliliśmy, będzie dla was w jakiś sposób pomocne.
Dzięki za wysłuchanie i że zostaliście z nami do końca. Linki do rzeczy, o których mówiliśmy, znajdziecie jak zwykle w opisie odcinka.
Dzięki i do usłyszenia następnym razem!
Jeśli podobają ci się nasze treści, bardzo zapraszamy do naszego newslettera. Raz w tygodniu wysyłamy informacje o ciekawych gościach, rozmowach, książkach i wydarzeniach, które są wsparciem dla rodziców w edukacji i wychowaniu dzieci. Link do zapisu znajdziesz w opisie odcinka.

