Podcast

Zdrowe odżywianie w rodzinie. Budowanie dobrej relacji z jedzeniem, niejadki, słodycze, BLW

Odcinek 39

W tym odcinku mówimy o zdrowym odżywianiu dzieci i całej rodziny.

  • O budowaniu zdrowych nawyków żywieniowych i dobrej relacji z jedzeniem,
  • O metodzie BLW – jakie niesie korzyści, jak ją stosować w praktyce, co jest w niej najtrudniejszego,
  • Co robić, gdy nasze dziecko jest niejadkiem,
  • Jak gotować dla całej rodziny,
  • Co ze słodyczami – czy zupełnie ich zabraniać? Jeśli nie, to jak znaleźć złoty środek?

Naszą gościnią jest Ania Piszczek, współautorka bloga Alaantkowe BLW.

W tej rozmowie znajdziecie kilka – albo znacznie więcej niż kilka – bardzo praktycznych rzeczy dotyczących odżywiania w rodzinie.

Zapraszamy do wysłuchania 39 odcinka naszego podcastu Baj Example. O edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.

📌 Linki z odcinka:

📬 Zapraszamy do newslettera dla rodziców!

Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o tym, co pomocne w wychowaniu i edukacji dzieci oraz w dbaniu o potrzeby nas, rodziców, zapraszamy Cię do naszego newslettera. Znajdziesz tu między innymi polecenia pomocnych książek, wydarzeń, spotkań, kursów czy podcastów. Kliknij i zapisz się tutaj 👉 wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

W tym odcinku rozmawiamy o zdrowym odżywianiu dzieci i całej rodziny. Poruszamy temat metody BLW — o jej ogromnych korzyściach, praktycznym zastosowaniu oraz najtrudniejszych aspektach. Zastanawiamy się również, jak pomóc dzieciom, także tym starszym, budować zdrowe nawyki żywieniowe i dobrą relację z jedzeniem.

Co zrobić, gdy nasze dziecko jest niejadkiem? Jak gotować dla całej rodziny, żeby nie stać się „mamą restauratorką” czy „tatą restauratorem”? Jak podejść do tematu słodyczy i chipsów? Czy powinniśmy ich całkowicie unikać? A jeśli nie – jak znaleźć zdrową równowagę?

Naszym gościem jest Ania Piszczek — współautorka bloga Alaantkowe BLW i popularyzatorka wiedzy o zdrowym odżywianiu dzieci i całej rodziny. W tej rozmowie znajdziecie wiele praktycznych wskazówek dotyczących odżywiania w rodzinie.

Nazywam się Aleksander Baj i to jest trzydziesty dziewiąty odcinek podcastu „By Example” — o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i tym, co z nas wyrośnie.

Ania Piszczek — współautorka bloga Alaantkowe BLW, który prowadzisz razem z Joanną Anger. Jesteście popularyzatorkami wiedzy o BLW w Polsce, autorkami książek o tej metodzie: Alaantkowe BLW, Rosniemy i Wszystko o rozszerzaniu diety. Aniu, wielkie dzięki, że jesteś.

Dzień dobry! Bardzo się cieszę. To już nasza kolejna próba nagrania tej rozmowy i mam nadzieję, że tym razem wszystko pójdzie dobrze, bo naprawdę uważam, że masz wiele świetnych rzeczy do powiedzenia.

Na początku, kiedy zaczęłyśmy pisać o BLW w internecie, nie miałyśmy ambicji, żeby popularyzować tę metodę. Chciałyśmy po prostu ułatwić mamom start w rozszerzaniu diety, bo same byłyśmy wtedy na tym etapie i zdecydowałyśmy się na podejście BLW. To był czas, gdy mało się o tym mówiło — choć literatura istniała. Wydawnictwo Mamania wydało wtedy książkę Bobas lubi wybór — to była nasza „encyklopedia BLW”. Korzystałyśmy z niej, ale brakowało praktyki. Rodzice, wychowani w kulturze karmienia łyżeczką i podawania zblendowanego jedzenia, mieli trudność z wyobrażeniem sobie, że dziecku można podać jedzenie w kawałkach, że niemowlę poradzi sobie z gryzieniem bez zębów.

Pokazując nasze dzieci, które najnormalniej w świecie jadły w ten sposób, udowadniałyśmy, że to możliwe. A z czasem, w miarę jak dzieci rosły, pokazywałyśmy też, jakie korzyści niesie ta metoda. Postanowiłyśmy pisać o niej coraz więcej, wspierając się opiniami specjalistów: logopedów, terapeutów integracji sensorycznej, fizjoterapeutów. Same ukończyłyśmy studia z integracji sensorycznej, żeby jeszcze głębiej zgłębić temat rozwoju dziecka.

Nasze książki stały się pierwszymi pozycjami z przepisami dla niemowląt opartymi o BLW, ale też dla całej rodziny. Nasze główne założenie było takie, że wszyscy przy stole jedzą to samo. Tak z dokumentowania tego, jak jedzą nasze dzieci, powstało miejsce, które pokazuje, że karmienie niemowlęcia wcale nie musi oznaczać podawania papek i łyżeczki.

Poparłyśmy to, co pisałyśmy, opiniami specjalistów. Jeśli miałabym wymienić najważniejsze korzyści BLW, to przede wszystkim rozwój dziecka przypadający na właściwy moment. Na przykład — nauka gryzienia, odgryzania i przeżuwania najlepiej rozwija się właśnie między 6. a 9. miesiącem życia. To potwierdzają oficjalne zalecenia żywienia niemowląt przygotowane przez pediatrów i gastroenterologów.

Jeśli w tym kluczowym czasie dziecko dostaje tylko papki, nie rozwija tych kompetencji. Owszem, może je rozwinąć później — ale bywa, że dzieje się to dopiero w okolicach 10. czy nawet 12. miesiąca życia. Rodzice często z obawy przesuwają wprowadzenie pokarmów stałych, a to już naprawdę późno. Dziecko karmione metodą BLW dostaje jedzenie w kawałku i trenuje mięśnie ust, język, koordynację — to wszystko przyda się później do nauki mowy. Pokarm trzeba rozgryźć, przesunąć językiem, przeżuć i połknąć — to zupełnie inna praca niż ssanie mleka.

Kolejna ważna rzecz to motoryka mała: chwytanie jedzenia, koordynacja ręka–oko, rozwój siły chwytu, aż po tzw. chwyt pęsetowy, który jest ważny i zwykle rozwija się ok. 8.–9. miesiąca. Potem przychodzi nauka posługiwania się sztućcami. Co ciekawe, instrukcje na dziecięcych sztućcach często mówią, że są dla dzieci od trzeciego roku życia. Tymczasem dzieci mogą nauczyć się ich używać dużo wcześniej — wystarczy nabić jedzenie na widelec, a one chętnie trafią nim do buzi.

BLW to też bardzo intensywna nauka samodzielności. Dziecko samo decyduje, ile zje, w jakim tempie i czy w ogóle coś zje. Rodzic jedynie decyduje, co poda. Reszta — czyli ile, jak i kiedy — należy do dziecka. To pierwszy moment samostanowienia i początek kształtowania relacji z jedzeniem. A jak wiemy, wielu dorosłych ma z tą relacją problemy — jedzą bardzo wybiórczo, mają złe nawyki. BLW to szansa, żeby zbudować te podstawy dobrze — od samego początku.

Oczywiście nie negujemy karmienia papkami i łyżeczką — wielu rodziców z różnych powodów się na to decyduje. Ale jeśli porównamy te dwie metody, to BLW daje nieporównywalnie więcej korzyści.

Czasami spotykamy się z opinią, że BLW to jakaś nowinka czy chwilowa moda. Ale tak naprawdę to powrót do tego, jak przez pokolenia dzieci były karmione w sposób naturalny. Kiedyś próbowałam znaleźć jakiekolwiek opracowanie na temat historii rozszerzania diety — może ktoś się tym zajmował naukowo, może są jakieś wspomnienia w literaturze. Ale prawda jest taka, że kiedyś nie było blenderów. Może nasze babcie i prababcie przecierały coś przez sitko albo tarły, ale nikt wtedy nie wpadał na to, żeby jedzenie całkowicie rozdrabniać.

Wystarczy spojrzeć na plemiona żyjące w sposób tradycyjny. Tam nikt nie przygotowuje osobnych dań dla dzieci. Dziecko najpierw jest karmione piersią, potem zaczyna siadać i przebywać przy mamie, a w pewnym momencie po prostu sięga po jedzenie — dokładnie to, co je mama. Nie dostaje nic specjalnego. Zaczyna próbować, smakować i coraz mniej potrzebuje mleka, bo coraz bardziej interesuje je jedzenie stałe. To naturalny proces: dziecko sięga, poznaje, zaspokaja głód innym pokarmem i laktacja stopniowo zanika. To dzieje się bez presji, bez interwencji z zewnątrz.

Warto też wiedzieć, że nazwa „BLW” w oryginale oznacza baby-led weaning, czyli proces odstawiania dziecka od piersi kierowany przez dziecko. Tłumaczenie „bobas lubi wybór” to tylko luźna interpretacja na potrzeby książki. Ale sens pozostaje ten sam — to dziecko decyduje, kiedy i jak przechodzi od mleka do pokarmów stałych.

My od początku propagowałyśmy wspólny stół — żeby cała rodzina jadła to samo. To zawsze budziło zdziwienie: jak to możliwe, że niemowlę może jeść to, co dorośli? Ale jeśli przyjrzymy się naszym posiłkom — śniadaniom, obiadom — to bardzo często są w nich elementy, które dziecko może jeść. Jajka, gotowane warzywa, pieczywo. To nie musi być rewolucja. Gotujemy bez soli, wybieramy odpowiednie formy i konsystencje, i dziecko może jeść razem z nami.

Oczywiście są pewne wyjątki, np. surowa marchewka — zbyt twarda, może być niebezpieczna. Ale w ogromnej większości przypadków wystarczy dostosować danie, a nie przygotowywać coś osobnego. Dlatego nie nazwalibyśmy BLW modą. To raczej powrót do tego, co było naturalne i instynktowne. I coraz więcej specjalistów to dostrzega. Co prawda w oficjalnych zaleceniach jest zastrzeżenie, że brakuje jeszcze szeroko zakrojonych badań, by jednoznacznie potwierdzić wszystkie korzyści, ale metoda zyskuje uznanie także w środowisku medycznym.

Dla nas na początku było naprawdę trudno. Uczyłyśmy się metodą prób i błędów. Pamiętam w poprzednim mieszkaniu tę wiecznie brudną ścianę obok krzesełka — w końcu machnęłam ręką i stwierdziłam, że malowanie zrobię później. Ciągłe mycie nie miało sensu, bo jedzenie lądowało wszędzie: na ścianie, na podłodze, na krzesełku. Dziecko było umorusane od stóp do głów.

Rodzice radzą sobie z tym różnie, my też zaczęłyśmy szukać rozwiązań. Wymyśliłyśmy matę ochronną pod krzesełko — dwustronną, łatwą do czyszczenia. Dzięki niej to, co spadało, nie trafiało bezpośrednio na podłogę, więc często nadal nadawało się do zjedzenia. Wystarczyło potem zwinąć matę, wyrzucić resztki, przetrzeć albo wyprać.

Z ubrankami też bywało ciężko. Latem sadzałyśmy dzieci po prostu w pieluszce — i potem prosto pod prysznic. To była część procesu. Z jednej strony bałagan i dyskomfort, a z drugiej — coś absolutnie uroczego. Dziecko uczy się świata, odkrywa smaki, konsystencje, kolory. Umorusane, szczęśliwe, całe w jedzeniu — ale zaabsorbowane i skupione. To też ważny element rozwoju sensorycznego. Dzieci doświadczają jedzenia wszystkimi zmysłami — dotykiem, zapachem, wzrokiem. A przecież dziś wiele dzieci ma zaburzenia sensoryczne. Nie chcą dotykać rzeczy o „śliskiej” konsystencji, bo ich to brzydzi albo wręcz przeraża. Szybko wycierają ręce, każą się natychmiast myć. Tymczasem BLW oswaja z jedzeniem również na poziomie zmysłów.

Stworzyłyśmy też fartuszki z długim rękawem — szyjemy je do dziś. To realna pomoc w oswajaniu tego „brudnego etapu”. I wiesz, jak się spojrzy na to szerzej, to przy dzieciach brud jest po prostu wpisany w rozwój. Maluch chodzi, przewraca się, rozrzuca rzeczy — trudno, to część nauki. Dziś mój starszy syn ma 11 lat, a córka 7. Potrafią jeść estetycznie, używają noża i widelca, nie rozsypują, nie rozlewają. Ale to właśnie dzięki temu, że kiedyś mogły doświadczać jedzenia swobodnie — także brudząc.

Jeśli mówimy o produktach zakazanych w diecie niemowlęcia, to przede wszystkim są to: sól i cukier. Pozostałe przyprawy — o ile nie zawierają konserwantów — można podawać, oczywiście w rozsądnych ilościach. Przykładowo, jeśli dodamy za dużo pieprzu i danie stanie się ostre, to dziecko po prostu może go nie chcieć, bo nie każdemu ostre smaki odpowiadają. Ale to nie znaczy, że stanie się coś złego — tylko może nie mieć ochoty na taki smak.

Warto też pamiętać, że niemowlęta nie są pozbawione kubków smakowych. One również mają swoje preferencje. Jedne dzieci uwielbiają ostre rzeczy — mój syn jest tego najlepszym przykładem — a inne nie tkną nawet lekko przyprawionego dania. I to jest w porządku.

Często rodzice nie podają dziecku czegoś tylko dlatego, że sami tego nie lubią. Przykład? Ryby. Jeśli rodzice ich nie jedzą, to dziecko też nie dostaje. A przecież dziecko nie jest naszą kopią. Może polubić coś, czego my nie lubimy, i odwrotnie. Warto więc dawać mu możliwość spróbowania różnych smaków.

Do przyprawiania świetnie nadają się zioła — można dzięki nim wzbogacić smak potraw w zdrowy sposób. Ale są też produkty, których zdecydowanie nie podajemy niemowlętom do pierwszego roku życia. Oprócz soli i cukru, to również:

  • mleko krowie do picia (nie do gotowania),

  • napoje roślinne jako zamiennik mleka (np. soja, migdały),

  • miód (ze względu na ryzyko botulizmu),

  • przetwory mięsne: pasztety, parówki, wędliny sklepowej produkcji,

  • koper włoski — szczególnie w postaci herbatek dla niemowląt (które kiedyś były bardzo popularne, a dziś już wiadomo, że mogą być niebezpieczne).

Czasami pojawiają się też mity — na przykład, że nie powinno się podawać czosnku czy cebuli. Tymczasem to są zwyczajne warzywa i warto dawać dzieciom możliwość ich poznania.

Jak widać — ta lista zakazanych produktów wcale nie jest długa. Dziecko spokojnie może jeść razem z nami. I właśnie to powtarzamy: rozszerzanie diety nie powinno być rewolucją, gdzie cała rodzina dostosowuje się do niemowlęcia. To maluch dosiada się do rodzinnego stołu i z tego, co już na nim jest, wybieramy to, co odpowiednie dla jego wieku i możliwości rozwojowych.

Oczywiście, zdarzają się sytuacje, gdy dziecko odmawia jedzenia — i to jest trudne. Ale wtedy warto się zastanowić: w jakim wieku jest dziecko? Czy to niemowlę, które dopiero zaczyna rozszerzanie diety? Jeśli tak — ono jeszcze nie wie, czym jest jedzenie. Może nie być gotowe. Warto dać mu chwilę. Ale jeśli po kilku tygodniach nie widać postępu, trzeba to sprawdzić. Bo żadne dziecko nie odmawia jedzenia ze złośliwości. I nie istnieje coś takiego jak „niejadek” wpisany w geny.

Za odmową jedzenia często stoi realny problem: nadwrażliwość sensoryczna, problemy z napięciem mięśniowym, trudności w obrębie jamy ustnej. Czasem przyczyną jest zbyt krótkie wędzidełko podjęzykowe, innym razem słabe mięśnie żuchwy. Dlatego, jeśli dziecko od samego początku nie chce jeść — warto skonsultować się ze specjalistą: neurologopedą, pediatrą, terapeutą integracji sensorycznej, laryngologiem. W wielu przypadkach to, co z pozoru wygląda na „niejadka”, okazuje się problemem możliwym do rozwiązania — i to dość prostym sposobem.

W przypadku starszych dzieci, które jedzą bardzo wybiórczo, często mamy do czynienia z tzw. neofobią pokarmową. To okres rozwojowy, w którym dzieci boją się nowych smaków i konsystencji. Wpadają w tzw. „beżową dietę” — makaron, bułka, chleb, banan. Jemy to samo, codziennie. Rodzice wtedy, z troski, przestają proponować nowe rzeczy, żeby dziecko cokolwiek zjadło. A to pułapka.

Bo nawet jeśli dziecko czegoś nie chce zjeść, powinno być stale eksponowane na różne produkty. Widzieć je, dotykać, mieć okazję spróbować — nawet jeśli odmawia. I najważniejsze: nie zmuszamy. Szanujemy decyzję odmowną. Ale nie wycofujemy się z proponowania.

Kolejny ważny temat — wspólne posiłki. Bardzo często rodzice sadzają dziecko do krzesełka i obserwują: „Zje? Nie zje? A może zje?” Jak małe dziecko ma zrozumieć, że to, co jest na talerzu, to jedzenie, jeśli nikt mu tego nie pokazuje? Dzieci uczą się przez naśladownictwo. Usiądź z nim do stołu i zjedz razem z nim.

Nie tylko w czasie rozszerzania diety — także później. Wspólne posiłki budują bliskość, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa. Małe dzieci nie lubią jeść same. Zresztą, czy ktokolwiek z nas to lubi? A przecież często sadzamy malucha przy małym stoliku, gdzie sam sobie je — a my w tym czasie krzątamy się po kuchni albo jemy osobno.

We Włoszech czy Francji wspólne jedzenie to codzienna celebracja. Ludzie jedzą długo, rozmawiają, cieszą się posiłkiem. I dzieci uczą się, że jedzenie jest czymś ważnym, przyjemnym. Warto brać z tego przykład.

Jeśli dziecko widzi, że jemy warzywa, pije wodę, próbuje nowych rzeczy — samo też z czasem zacznie to robić. Wystarczy je nie zniechęcać. I nie zniechęcać siebie — bo budowanie zdrowej relacji z jedzeniem to proces. Wymaga cierpliwości, ale przynosi ogromne efekty.

Bywa też tak, że dziecko nie tylko odmawia jedzenia, ale reaguje lękiem na nowe produkty albo zjada bardzo wybiórczo tylko kilka określonych dań. Wtedy warto sprawdzić, czy to faktycznie etap rozwojowy, czy może coś głębszego — na przykład wybiórczość pokarmowa, ARFID (czyli zaburzenie unikania lub ograniczania przyjmowania pokarmów), trudności sensoryczne lub inny poważniejszy problem.

W takich przypadkach naprawdę warto udać się do specjalistów — terapeutów karmienia, psychologów, neurologopedów. I nie ma w tym nic złego. Czasem rodzice przez lata zmagają się z jedzeniowym stresem, a wystarczyłaby jedna konsultacja, by znaleźć przyczynę i skutecznie pomóc.

Warto pamiętać, że dzieci nie robią tego celowo. Nie „udają”, nie „manipulują”. Nie są niejadkami z charakteru — po prostu coś im przeszkadza, czegoś się boją albo nie potrafią sobie z czymś poradzić.

Wielu rodziców opowiada nam historię, że dziecko od początku rozszerzania diety nie chciało jeść, każdy posiłek był stresem, dziecko płakało, mama płakała, pojawiał się lęk i frustracja. W końcu zaczęło się szukanie sposobów: może bajka, może karmienie w biegu, może coś wymyślnego. Ale nikt nie wpadł na to, żeby pójść do specjalisty.

I to trwało latami. Gdyby wtedy ktoś powiedział im: „Hej, to może być problem, który można rozwiązać”, uniknęliby tylu nerwów, łez i napięcia.

Wiele osób pyta: jak sprawić, żeby dzieci nie jadły zbyt dużo słodyczy? Co zrobić, kiedy my pilnujemy, żeby w domu ich nie było, ale one i tak mają do nich dostęp poza domem? To rzeczywiście trudny temat.

Po pierwsze — znowu wracamy do relacji z jedzeniem. Bo jeśli dziecko nie je słodyczy w ogóle, bo tak zostało wychowane, to są dwa możliwe scenariusze. Albo nie będzie za nimi tęsknić, bo ich po prostu nie zna i nie lubi — i to jest super. Albo, przeciwnie, kiedy tylko zobaczy słodycze u kolegi, na urodzinach, w szkole — rzuci się na nie, bo to coś zakazanego, coś ekscytującego. I pojawia się napięcie, poczucie winy, wstyd.

Zdarza się, że dzieci, które nie mają dostępu do słodyczy w domu, objadają się nimi, gdy tylko nadarzy się okazja — bo to coś „wyjątkowego”, „zakazanego”. Dlatego warto mówić dzieciom nie tylko, czego nie jeść, ale dlaczego. I dawać wybór. Pokazywać, które słodycze są lepsze jakościowo, które gorsze. Warto uczyć dzieci czytania etykiet, rozróżniania składów — nie z lęku, ale z ciekawości.

To nie jest tak, że mamy całkowicie eliminować słodki smak. Cukier jest w wielu naturalnych produktach — w owocach, w miodzie. Nie chodzi o to, by całkiem unikać słodyczy, ale o to, jaką pełnią rolę w naszej diecie. Czy są codziennym nawykiem, czy rzadkim dodatkiem? Czy są nagrodą, pocieszeniem, czy po prostu smakołykiem od czasu do czasu?

Bardzo ważna jest postawa rodziców. Dzieci widzą, co my jemy. Jeśli sami codziennie sięgamy po batoniki, a im mówimy: „Nie wolno”, to wysyłamy sprzeczny sygnał. I tak — naprawdę wiele osób mówi nam, że „chowa się z czekoladą w łazience”, żeby dziecko nie zobaczyło. Ale dzieci wyczuwają, że coś tu nie gra. Lepsze jest podejście: „Są słodycze, ale wybieramy je mądrze. I jemy je w rozsądny sposób”.

U nas w domu dzieci same już pytają: „Mamo, a to można? Czy to jest syf?” (śmiech). Nauczyły się czytać etykiety, rozumieją różnicę między lodami z dobrego źródła a gotowymi ciasteczkami z masą dodatków. Nie demonizujemy, ale uczymy rozsądku. I nie robimy z tego wielkiej sprawy.

Gdy dziecko zje coś słodkiego na urodzinach — nie karcimy, nie zawstydzamy. Bo jeśli dziecko nauczy się, że słodycze to coś, co robi się „po kryjomu”, wbrew rodzicowi — to zacznie to ukrywać. A wtedy rodzą się większe problemy.

Lepiej pozwolić dzieciom doświadczać, próbować, ale też rozmawiać z nimi. Uczyć rozróżniania smaków i składów. I ufać, że z czasem nauczą się podejmować dobre wybory — nie dlatego, że ktoś im coś narzucił, tylko dlatego, że wiedzą, co im służy.

Często słyszymy od kobiet: „Nie dam rady gotować dla wszystkich tak samo, bo każdy w rodzinie chce coś innego”. To bardzo powszechna sytuacja. Mama gotuje trzy obiady, bo jedno dziecko nie lubi tego, drugie nie je tamtego, a mąż jeszcze czegoś innego wymaga. I tak zaczynamy funkcjonować jak restauracja. My nawet mówimy o tym żartobliwie „matka-restauracja” — i robimy o tym rolki.

W kobietach jest silna potrzeba: nakarmić. Można nie ogarniać wielu rzeczy, ale „dzieci muszą być najedzone”. I to sprawia, że za wszelką cenę próbujemy zadowolić wszystkich — gotując kilka wersji tego samego posiłku, zmieniając plany, reagując na każde „tego nie lubię”.

Tymczasem warto przypomnieć sobie, że to nie my jesteśmy restauracją. W domu jest jedno danie dnia. Takie, które odpowiada potrzebom większości i uwzględnia podstawowe preferencje, ale nie musi dogadzać każdemu osobno. Znasz swoją rodzinę, więc wiesz, że ktoś nie lubi cebuli, ktoś nie zje pomidorów — nie musisz akurat tego wrzucać. Ale to nie znaczy, że masz gotować pięć różnych obiadów.

Warto też zaangażować rodzinę — usiąść razem i ustalić menu na kilka dni. To może być fajny rytuał, np. w niedzielę: planujecie, kto co chciałby zjeść, co trzeba kupić. Wspólnie ustalacie, co da się przygotować. I wtedy każdy czuje się częścią tej decyzji, więc chętniej zje to, co będzie na stole.

Bywa też, że to nie dzieci są „wybredne”, tylko dorośli partnerzy. I kobiety gotują osobno dla dzieci, osobno dla męża, bo np. „jak zrobię placki ziemniaczane, to on nie zje, jeśli nie będzie mięsa”. Więc dzieci jedzą placki, a dla męża jeszcze żeberka. I znowu — same się w to wpędzamy.

Nie chodzi o ignorowanie potrzeb, tylko o zdrowy rozsądek. Można przecież wspólnie ustalić plan, podzielić się gotowaniem, a raz w tygodniu nawet skorzystać z dobrej jakości gotowców. To nic złego — są mrożonki, które mają świetny skład, można szybko coś przygotować.

Ale najważniejsze — jedzmy wspólnie. Choćby raz dziennie, choćby kolację. Bez telefonów, bez telewizora. Bo przy stole naprawdę dzieje się magia. Dzieci zaczynają mówić, otwierają się, pojawiają się rozmowy, których wcześniej nie było. To jak w samochodzie albo przed snem — to są momenty, w których naprawdę można być razem.

To, co często umyka naszej uwadze, to kwestia jedzenia w samochodzie. Wydaje się niegroźna, ale tak naprawdę może być bardzo niebezpieczna — szczególnie dla małych dzieci.

Rodzice często dają dziecku coś do jedzenia, żeby je uspokoić w czasie jazdy. Płacze? To może gryzak, chrupka, coś do przegryzienia — bo wtedy przestaje płakać, jest zajęte, my możemy spokojnie prowadzić. Ale w razie zakrztuszenia czy zadławienia czas reakcji jest dramatycznie wydłużony. Żeby udzielić pomocy, trzeba się zatrzymać w bezpiecznym miejscu, odpiąć pasy, wyjść z samochodu, otworzyć drzwi, odpiąć dziecko z fotelika i dopiero wtedy zareagować.

To trwa długo — za długo. A przy zadławieniu liczą się sekundy.

I nie chodzi tylko o dzieci. Jeśli ty coś jesz w czasie jazdy, a dziecko widzi, że nie może, to pytania typu: „Dlaczego ja nie mogę, skoro ty możesz?” są nieuniknione. I co wtedy odpowiesz? „Bo jestem dorosły”? To nie buduje zaufania. Dlatego lepiej trzymać się zasady: nie jemy w aucie. Ani dzieci, ani dorośli.

Nie chodzi też tylko o jedzenie. Wiele osób trzyma w aucie ciężkie przedmioty — butelki z wodą, telefony, tablety. W razie wypadku nawet lekki przedmiot, przy dużym przyspieszeniu, może stać się niebezpieczny. Może uderzyć dziecko z ogromną siłą. Butelka z wodą może z łatwością wyrządzić krzywdę.

Czasem karmimy niemowlęta w podróży piersią — wypinamy się z pasów albo wypinamy dziecko. Bo płacze, bo trudno je uspokoić, bo droga długa. I tak, sama to kiedyś zrobiłam. Pomyślałam: „Lepiej ja się wypnę niż dziecko, to będzie bezpieczniej”. Ale dziś wiem, że to była bardzo zła decyzja.

To wszystko wynika z desperacji i zmęczenia, ale konsekwencje mogą być poważne. Dlatego trzeba o tym mówić: nie karmimy w samochodzie. Robimy przerwy, zatrzymujemy się. Dajmy dziecku chwilę na odpoczynek, niech się przewietrzy, poleży, jeśli to niemowlę. Nie może spędzać pięciu godzin w tej samej pozycji w foteliku.

Zatrzymujmy się. Naprawdę warto.

Dziękuję ci serdecznie za tę rozmowę. To była ogromna dawka bardzo praktycznych informacji. Mam nadzieję, że wiele osób skorzysta z tego odcinka — ja sam czuję, że muszę go przesłuchać jeszcze dwa, trzy razy, żeby wszystko sobie przyswoić.

Ogromne dzięki za to spotkanie i za to, co robicie — bo to naprawdę ważna praca.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, koniecznie zajrzyjcie na bloga Alaantkowe BLW, do ich książek i e-booków. Wszystkie linki znajdziecie w opisie odcinka — również do Instagrama, Facebooka i sklepu.

A jeśli korzystacie z TikToka — tam też powoli się rozkręcają, więc warto obserwować.

Jeszcze raz: wielkie dzięki i do zobaczenia!

— Dziękuję bardzo za zaproszenie. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz