Gdy dziecko się boi… Lęki rozwojowe u dziecka – jak mądrze wspierać i czego unikać?
Odcinek 40
-
jakiego rodzaju lęki rozwojowe pojawiają się u dzieci?
-
jak mądrze wspierać dziecko w ich przeżywaniu?
-
jakich reakcji powinniśmy unikać?
-
jakie nasze zachowania mogą bardzo zaszkodzić?
-
jakie mogą być konsekwencje tego, że zaniedbamy przepracowanie lęków?
-
w czym mogą pomóc baśnie?
📌 Linki z odcinka:
- luckymind.pl – gabinet Ewy Bensz-Smagały oraz kursy online, webinary i konferencje dotyczące rozwoju dzieci
📚 Książki z odcinka
- Strefa napięć – Marek Kaczmarzyk
- Najbardziej upragnione dziecko wszech czasów doprowadza mnie do szału – Danielle Graf i Katja Seide
📬 Zapraszamy do newslettera dla rodziców!
Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o tym, co pomocne w wychowaniu i edukacji dzieci oraz w dbaniu o potrzeby nas, rodziców, zapraszamy Cię do naszego newslettera. Znajdziesz tu polecenia pomocnych książek, wydarzeń, spotkań, kursów czy podcastów. Kliknij i zapisz się tutaj 👉 wydawnictwoelement.pl/newsletter/
Posłuchaj
Czy zdarzyło się, że Twoje dziecko bardzo przestraszyło się burzy? Może panicznie boi się ciemności i nie chce zasypiać? Może lęka się potworów, lekarza, zwierząt… A może bardzo silnie przeżywa rozłąkę z rodzicami – i te lęki utrzymują się przez dłuższy czas?
Niektóre lęki są naturalnym etapem rozwoju dziecka. Pojawiają się nie tylko u maluchów, ale także u starszych dzieci i nastolatków. W tym odcinku rozmawiamy o tym, jakie to są lęki, jak wspierać dziecko w ich przeżywaniu i jak pomóc mu uczyć się z nimi radzić. Zastanawiamy się też, jakie reakcje dorosłych mogą zaszkodzić i co może się stać, jeśli takie lęki zostaną zaniedbane.
Naszą gościnią jest Ewa Bensz-Smagała – psycholożka i terapeutka, która specjalizuje się w pracy z dziecięcymi lękami. Ja nazywam się Aleksander Baj i zapraszam Cię do wysłuchania czterdziestego odcinka podcastu „Baj Example” – o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.
– Ewa Bensz-Smagała, witaj.
– Cześć, witam Cię.
Bardzo mi miło, że z nami jesteś, i dziękuję, że przyjęłaś nasze zaproszenie. Ewa jest terapeutką i psycholożką, pracuje przede wszystkim z dziećmi i specjalizuje się w pracy z nimi.
Do tej naszej dzisiejszej rozmowy zainspirowało mnie Twoje wystąpienie na konferencji „Siła relacji” w Toruniu. Mówiłaś tam o lękach – i dziś chciałbym, żebyśmy trochę rozwinęli ten temat.
Kiedy słuchałem Twojego wystąpienia w marcu, od razu przypomniała mi się sytuacja, którą sami przeżyliśmy z naszymi dziećmi. Wychowujemy czwórkę dzieci. To było chyba około dwóch lat temu. Nasza najmłodsza córka miała wtedy trzy, może cztery lata. Poszliśmy na spacer w góry, to była jakaś sobota w Beskidach. Szliśmy może dziesięć minut, kiedy nagle rozległ się grzmot. To było daleko – może dwie, trzy doliny dalej. Nad nami jeszcze nawet nie było widać chmur.
Nasza córka natychmiast wskoczyła mi na ręce i zawołała, że musimy wracać do auta. Próbowałem z nią rozmawiać, przytulać ją, mówić, że przecież nie pada, że może pójdziemy jeszcze kawałek… Ale jej reakcja była bardzo silna. Wierciła się, kopała, powtarzała, że musimy wracać.
Po dziesięciu minutach spaceru zawróciliśmy. Kiedy tylko zobaczyła samochód, zeskoczyła z moich rąk i pobiegła do środka. Wskoczyła do auta i nie chciała stamtąd wyjść, mimo że nie padało i już nie grzmiało. Nie chciała nawet wyjść, żeby się załatwić.
To napięcie trwało jeszcze długo – przez dwa, trzy dni w ogóle bała się wychodzić z domu. A potem, przez wiele tygodni – już nie pamiętam dokładnie jak długo – za każdym razem, kiedy była na podwórku i usłyszała jakiś głośny dźwięk, nawet niekoniecznie burzę – np. coś uderzyło o naczepę samochodu dwie ulice dalej – natychmiast robiła zwrot i biegła do domu. Bez płaczu, ale szybko, zdecydowanie, chciała się schować i nie chciała wyjść.
I kiedy słuchałem Twojego wystąpienia, dowiedziałem się, że lęk przed burzą to jeden z lęków rozwojowych. I właśnie o te lęki chciałbym Cię dziś zapytać – jakie to są lęki? Skąd się biorą?
– No tak się uśmiecham, bo faktycznie burza to jeden z klasycznych przykładów. Dzieci w wieku przedszkolnym często boją się niespodziewanych, nagłych dźwięków. Zanim jeszcze rozwinę ten wątek, dodam coś jako ciekawostkę. Kiedy prowadzi się badania dotyczące ogólnego funkcjonowania dziecka, czyli tego, czy rozwija się w tzw. normie – choć nie przepadam za tym określeniem – to jednym z elementów diagnozy bywa właśnie sprawdzanie reakcji na nieoczekiwany dźwięk. Dziecko nie widzi jego źródła, a my jako specjaliści oceniamy jakość reakcji. Można więc powiedzieć, że lęk – na przykład przed burzą – jest prawidłową reakcją rozwojową.
Skąd się biorą te lęki? One pojawiają się na różnych etapach rozwoju – i to zarówno u młodszych dzieci, jak i u starszych, a nawet u nastolatków. Są naturalne. Można powiedzieć, że mają charakter adaptacyjny – pomagają dziecku nauczyć się, jak reagować na nieznane lub potencjalnie zagrażające sytuacje. Lęk jest częścią procesu uczenia się sposobów reagowania.
Jeśli mielibyśmy to przetłumaczyć na bardziej codzienny język: dziecko uczy się, że może reagować w określony sposób, a dzięki temu z czasem zdobywa strategie, które pomagają mu w podobnych sytuacjach w przyszłości. Takie doświadczenia budują jego zasoby emocjonalne – i dzięki nim kolejne wydarzenia nie muszą już wywoływać tak silnego lęku.
– Już za chwilę Ewa opowie o tym, w jaki sposób dziecko uczy się radzić sobie z lękiem, jak wspiera to jego rozwój emocjonalny, a także jak my – jako rodzice – możemy mu w tym towarzyszyć. Powiemy też, kiedy warto rozważyć konsultację z terapeutą. A jeśli interesują Cię tematy związane z rozwojem dziecka, jego emocjami i uczeniem się – bardzo zapraszam Cię do zapisania się na nasz newsletter. Raz w tygodniu wysyłamy wiadomość z rozmowami, materiałami, podcastami, książkami i kursami, które mogą pomóc w rodzicielstwie. Link znajdziesz w opisie odcinka.
– No dobrze. To powiedz, w jaki sposób dziecko – doświadczając silnego lęku – uczy się sobie z nim radzić? Jak przebiega ten proces?
– Jeśli zostaniemy na chwilę przy przykładzie dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych, to warto pamiętać, że ich reakcje wciąż w dużej mierze oparte są na emocjach. Na tym etapie jest jeszcze niewiele przestrzeni na pracę poznawczą – taką racjonalną, opartą na logicznych argumentach. Kiedy mówiłeś do córki: „To przecież nic takiego, nic się nie dzieje, to daleko, nic nam nie grozi” – to były logiczne komunikaty, ale one jeszcze nie trafiają do dziecka. Nie działają, przynajmniej nie od razu.
Dziecko reaguje emocjonalnie – i jednocześnie próbuje sobie z tymi emocjami poradzić. Jeśli odczuwa strach, to instynktownie szuka strategii ukojenia. I właśnie w Twojej historii pojawił się świetny przykład: Wasza obecność była dla córki źródłem ukojenia. Przytuliła się do Was, była blisko, poczuła się bezpiecznie. Samochód też był dla niej bezpiecznym miejscem – mógł się kojarzyć z domem, z powrotem do znanego, spokojnego świata.
To są bardzo naturalne reakcje. Pierwszym impulsem są emocje – które z naszej, dorosłej perspektywy, mogą się wydawać przesadzone albo nieadekwatne. No bo jak to – aż tak się przestraszyć burzy? Ale trzeba pamiętać, że dziecko nie patrzy z naszej perspektywy. Dla niego to było realne zagrożenie, coś nieznanego, zaskakującego.
Burza to zresztą bardzo dobry przykład, bo w bajkach i książkach często symbolizuje coś złego – zapowiedź nadchodzącego czarnego charakteru albo tajemniczej siły. Nie wiem, czy Twoja córka miała kontakt z takimi historiami, ale to możliwe. Czasem trudno dojść, skąd dzieci czerpią konkretne skojarzenia – bo bodźców jest wiele i nie wszystkie da się wyłapać. Bywa, że reagują na coś, co dla nas w ogóle nie było znaczące, a one zapamiętały i powiązały to z jakąś emocją.
Ale też nie chodzi o to, żeby wszystko filtrować i każdą bajkę oglądać z analizatorem w ręku. To niemożliwe. I to też nie jest złe – dziecko może kojarzyć burzę z tajemnicą, z niepokojem, z czarnym charakterem. Może się przestraszyć, bo usłyszało nagły dźwięk – nawet jeśli to nie była burza, tylko np. coś uderzyło w naczepę kilka ulic dalej. Niespodziewane, nieznane źródło hałasu wywołuje u dziecka odruchową reakcję: napięcie, ucieczkę, schowanie się. I to jest naturalne.
Wtedy dziecko stara się jak najszybciej i najprościej wyregulować emocje – czyli zmniejszyć uczucie strachu. Ukojeniem może być właśnie przytulenie się do rodzica, powrót do bezpiecznego miejsca, jakim był w tym przypadku samochód. Dla innych dzieci może to być płacz – i to też jest w porządku. Płacz jest formą rozładowania napięcia.
Rolą dorosłego nie jest od razu racjonalizować i tłumaczyć: „Nie ma się czego bać”, „To przecież nic takiego”. Na początku najważniejsze jest, żeby pokazać dziecku różne sposoby rozładowania emocji. Możemy powiedzieć: „Rozumiem, że się boisz. Masz do tego prawo. Ja też czasem się boję. Ale jestem tu z Tobą. Możesz się do mnie przytulić. Pójdziemy razem – nic nam się nie stanie”. Ta bliskość, ta obecność – na tym etapie – bardzo często wystarcza.
– Dobrze, to chciałbym jeszcze zapytać o inne przykłady typowych lęków rozwojowych. Pamiętam, że podczas konferencji w Toruniu wspominałaś też o lęku przed ciemnością, przed rozłąką z rodzicami, ale też np. przed potworami.
– Tak, oczywiście. Istnieją pewne normy rozwojowe – widełki wiekowe, w których najczęściej pojawiają się konkretne lęki. Nie musimy ich mieć w głowie na pamięć jako rodzice, ale warto wiedzieć, że te lęki pojawiają się w pewnej kolejności. Zaczyna się od lęków bardziej abstrakcyjnych, jak potwory w szafie, a potem przechodzimy do coraz bardziej konkretnych – związanych z codziennością.
Lęk przed ciemnością to klasyk – i znowu, to nie jest przypadek. W bajkach i opowieściach często to właśnie ciemność niesie zagrożenie. Ciemno = niebezpiecznie. Na konferencji pokazywałam nawet Gargamela jako przykład postaci, która reprezentuje mrok, zło i strach.
Lęk przed rozłąką z rodzicem to kolejny bardzo powszechny i zupełnie naturalny temat. Dziecko kojarzy obecność rodzica z bezpieczeństwem. Kiedy go nie ma – pojawia się zagrożenie. To jest silnie osadzone w biologii i intuicji. Dlatego właśnie okres przedszkolny to czas, kiedy często mamy trudności z adaptacją – dziecko nagle musi się rozstać z rodzicem na kilka godzin, i to jest bardzo trudne.
Warto dodać, że lęk przed ciemnością i lęk separacyjny to jedne z najdłużej trwających lęków rozwojowych – szczególnie w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym.
U dzieci w wieku przedszkolnym często pojawiają się także lęki przed osobami „nietypowymi” – czyli takimi, które wyglądają inaczej niż standardowo. To może być lęk przed lekarzem (niekoniecznie związany z bólem, ale z samym wyglądem – fartuch, stetoskop, maska), przed klaunem, a nawet przed świętym Mikołajem. Dla dziecka każda odmienność może być zaskakująca i wywoływać niepokój.
Później, kiedy dziecko wchodzi w wiek wczesnoszkolny, zaczyna coraz więcej rozumieć, rozwija się jego myślenie przyczynowo-skutkowe i pojawiają się bardziej złożone lęki. Jednym z nich jest lęk przed śmiercią. Czasem rodzice przychodzą do gabinetu bardzo zaniepokojeni, bo dziecko zaczęło zadawać pytania typu: „Mamo, czy ja się jutro obudzę?” albo „Czy Ty jutro też tu będziesz?” i „Czy nie umrzesz?”.
Dla dorosłych te pytania bywają trudne i poruszające. Bo co odpowiedzieć? Że każdy z nas kiedyś umrze? To przecież nie jest coś, co chcemy tłumaczyć kilkuletniemu dziecku – zwłaszcza przed snem. A jednak warto pamiętać, że to są pytania rozwojowe. One niekoniecznie wynikają z realnego lęku. Czasami to czysta ciekawość, naturalna potrzeba zrozumienia świata.
W takich chwilach ważne jest, żeby nie uciekać od tematu. Lepiej wybrać spokojny moment na rozmowę – niekoniecznie wieczorem, tuż przed snem – i po prostu porozmawiać. Nie trzeba się tych pytań bać.
– To chciałbym teraz zapytać, w jaki sposób my – jako rodzice – możemy wspierać dziecko, które przeżywa lęk? Wydaje mi się, że już dotknęłaś kilku istotnych kwestii. Chciałbym też wrócić do przykładu adaptacji w przedszkolu, bo to dotyczy wielu rodzin. Większość dzieci na początku ma trudność z zostaniem w żłobku czy przedszkolu – szczególnie jeśli to pierwszy raz. Dziecko trafia do miejsca, gdzie nikogo nie zna. Może być tak, że nasze dziecko akurat silniej niż inne przeżywa lęk separacyjny. Co wtedy?
– Zawsze warto zacząć od tego, że uczenia radzenia sobie z lękiem nie zaczynamy od sytuacji trudnej. Najpierw ćwiczymy to w bezpiecznym środowisku. Na przykład: jeśli chcemy, by dziecko poradziło sobie z rozłąką, zaczynamy od krótkiego rozstania w domu. Mama wychodzi do sklepu, a dziecko zostaje z tatą – albo odwrotnie. I tu ważna rzecz: często rodzice mówią, że dziecko nie chce zostać z tatą, tylko z mamą. To nie znaczy, że z tatą się nie da. To znaczy, że to proces. To nie zadziała od razu.
Czasem dziecko zostanie na trzy minuty, czasem na pięć, potem dziesięć. Z czasem może zostać dłużej. Kluczowe jest to, żeby budować te rozstania stopniowo, w znanym środowisku – czyli tam, gdzie dziecko czuje się bezpiecznie i gdzie działa rutyna. Bo rutyna też daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Dzieci potrzebują przewidywalności.
Dopiero kiedy widzimy, że dziecko spokojnie zostaje z innym opiekunem w domu, możemy przejść do kolejnego etapu – np. bawialni, sali zabaw, miejsca z innym dorosłym. I dopiero potem żłobek czy przedszkole. Idealnie byłoby, gdybyśmy mogli wcześniej pokazać dziecku to miejsce: przejść się obok, zajrzeć na plac zabaw, przyjść z nim na dzień otwarty, zabrać ulubioną zabawkę. Chodzi o to, żeby oswajać powoli, nie wrzucać dziecka nagle w nową rzeczywistość.
I jeszcze jedno: jeśli na którymś etapie dziecko jednak mocno zareaguje – czyli np. nie chce wejść do przedszkola, mimo że wcześniej dobrze szło w domu czy sali zabaw – nie robimy nic na siłę. Wycofujemy się. Dajemy sobie kilka dni przerwy. Wracamy do wcześniejszego etapu: może znów tylko spacer wokół przedszkola, może tylko pogadanka o tym, co się tam dzieje. Bardzo ważne jest, żebyśmy jako dorośli potrafili rozpoznać, gdzie przebiega granica gotowości dziecka.
– To wszystko brzmi bardzo rozsądnie – żeby dać dziecku czas na oswojenie. Ale co, jeśli – mówiąc kolokwialnie – mleko się już rozlało? Jest wrzesień, dziecko idzie pierwszy raz do przedszkola, nie było przygotowania i adaptacji. Reaguje silnym lękiem, a w przedszkolu słyszymy, że „musi zostać, popłacze, przyzwyczai się”. Co wtedy? Jakie mogą być konsekwencje, jeśli dziecko nie zostanie zaopiekowane w tym lęku?
– To jest temat, który dzieli specjalistów. Nie ma jednej słusznej strategii, co robić w takiej sytuacji. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby podążać za dzieckiem – żeby zaspokajać jego potrzeby. Jeśli dziecko nie chce chodzić do przedszkola, to… może warto na chwilę je zatrzymać? Może warto zrobić przerwę? Oczywiście nie chodzi o to, żeby od razu rezygnować z placówki albo wypisywać dziecko na zawsze. Ale przerwa może pomóc. W tym czasie możemy popracować nad oswojeniem tego lęku, pokazać dziecku, że przedszkole nie jest groźne, że to kolejny krok, który da się przejść.
Nie jestem zwolenniczką zasady „masz iść, bo musisz”. Wolę komunikat: „Widzę, że jest Ci trudno. Rozumiem to. Zostańmy jeszcze chwilę razem. Porozmawiajmy. Zastanówmy się, jak możemy zrobić to inaczej.” Dziecko nie powinno mieć poczucia, że jego lęk jest bagatelizowany, że jego emocje są „nie na miejscu”. Kiedy czujemy, że ono bardzo się boi – dajmy mu przestrzeń. Zróbmy krok w tył. Przyjdźmy za kilka dni tylko na godzinę. Albo na chwilę, tylko się przywitać. Albo zostańmy razem na początku.
Ważne, żeby dziecko zapamiętało, że nawet jeśli coś było trudne, to mogło się wycofać, złapać równowagę i spróbować ponownie. To nie tylko przedszkole – to bardzo ważna życiowa lekcja: mogę mieć trudność, mogę się przestraszyć, ale mogę wrócić i spróbować jeszcze raz, inaczej.
– To bardzo ważne rzeczy, które mówisz. To brzmi jak coś zdroworozsądkowego – żeby dać dziecku przestrzeń, pozwolić mu się oswoić. Ale co, jeśli nie mieliśmy tej przestrzeni wcześniej, wszystko wydarzyło się nagle, a dziecko już jest w sytuacji lękowej? Jak wtedy reagować?
– Wtedy trzeba przyjąć postawę uważnego analityka. Zastanowić się: co się wydarzyło? Co się nie udało? Jakie potrzeby dziecka nie zostały zaspokojone? I co my – jako dorośli – możemy zrobić, żeby mu pomóc? Bo być może to nie chodzi o samo przedszkole, ale o coś, co się wydarzyło: może miało trudne doświadczenie z innym dzieckiem, może przestraszyło się nowej osoby, może wydarzyło się coś, czego nie zauważyliśmy.
Zdarza się też, że nie wiemy, co było punktem zapalnym. Może to była bajka, może rozmowa, może jakiś obraz, który dziecko gdzieś zobaczyło. Wspomniałeś wcześniej o profesorze Marku Kaczmarzyku – on w jednej ze swoich książek, chyba w „Strefie napięć”, pisał o roli baśni w oswajaniu dziecięcych lęków. I to jest bardzo trafna obserwacja. Bo pierwotna funkcja baśni była właśnie taka – nie rozrywka, ale pomoc w przeżywaniu trudnych emocji, w oswajaniu strachu. Baśnie – te prawdziwe, nie wygładzone wersje – zawierały śmierć, samotność, potwory, rozłąkę z rodzicami. I były narzędziem do tego, żeby dziecko mogło zmierzyć się z tymi tematami w bezpieczny sposób.
– Czyli takie wspólne czytanie baśni, nawet tych trudniejszych, może być pomocne?
– Jak najbardziej. Sama jako dziecko byłam fanką baśni Andersena i braci Grimm – i pamiętam, że bałam się niektórych z nich. Ale też bardzo je przeżywałam i one we mnie pracowały. I dziś wiem, że to ma sens. Bo dziecko, słuchając historii o bohaterze, który się bał – i poradził sobie – samo zaczyna szukać wzorca. Zaczyna wierzyć, że ono też może się bać… i też sobie poradzi.
Tylko tu jest kluczowa rzecz: obecność dorosłego. Baśń działa terapeutycznie, kiedy jest wspólna. Kiedy dziecko ma z kim ją przeżyć. Kiedy może zapytać, przytulić się, usłyszeć, że to, co czuje, jest w porządku. Sama czasem wykorzystuję bajki na terapii – robię pauzy, pytam: „Co myślisz? Co czuła ta bohaterka? A co Ty byś zrobił?”. To są bezcenne momenty. Dzięki temu dziecko nie tylko słucha historii – ale uczy się rozumieć emocje, nazywać je i regulować.
– To ważne, co mówisz. Bo dziś mamy taką tendencję, żeby dzieciom coś „puścić” – bajkę, audiobook – i zostawić je z tym same. A przecież właśnie nasza obecność jest tym, co sprawia, że dziecko czuje się bezpieczne.
– Dokładnie. I nawet jeśli bajka poruszy trudny temat, to sama nasza obecność – nasze milczenie, przytulenie – często wystarczy, żeby dziecko poczuło się lepiej. Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć. Wystarczy być.
– To zapytam jeszcze konkretnie: kiedy warto udać się z dzieckiem do terapeuty? Gdzie jest ta granica – żeby nie panikować za szybko, ale też nie przegapić momentu, kiedy pomoc z zewnątrz jest naprawdę potrzebna?
– Granica jest cienka – i bardzo indywidualna. I prawdę mówiąc, bardzo wiele rzeczy rodzice są w stanie zaopiekować sami – jeśli mają czas, przestrzeń i uważność. Ale jeśli widzisz, że Twoje dziecko przeżyło coś trudnego – np. przestraszyło się burzy, psa, ciemności – i ten lęk się utrzymuje, że ono przez kilka dni nie chce wychodzić z domu, że zamyka się w sobie, staje się płaczliwe, pojawiają się koszmary albo silne reakcje lękowe w codziennych sytuacjach – to warto się przyjrzeć bliżej.
Jeśli próbujesz je oswajać, rozmawiać, przytulać – a to nie działa, i po tygodniu, dwóch nie widać żadnej poprawy – to może być sygnał, że warto skonsultować się z terapeutą. Ale uwaga – nie róbmy tego od razu. Nie warto iść do specjalisty po jednym wybuchu płaczu. Dziecko może poczuć, że „coś jest z nim nie tak”. Że skoro mama od razu zabiera mnie do „jakiegoś gabinetu”, to znaczy, że się nie sprawdzam. Zwłaszcza że dzieci bardzo często nie wiedzą, czym zajmuje się psycholog. Zdarza się, że pytają, czy będą miały pobieraną krew.
Dlatego zanim zdecydujemy się na wizytę u specjalisty, warto sprawdzić, czy możemy pomóc dziecku w domu. Dajmy sobie czas, spróbujmy różnych strategii, obserwujmy, co działa. Jeśli jednak widzimy, że mimo starań sytuacja się nie poprawia – że lęk się utrwala, dziecko nadal unika wyjścia z domu, nadal reaguje bardzo silnie albo pojawiają się dodatkowe trudności, takie jak bóle brzucha, koszmary, trudności z zasypianiem – to wtedy warto skorzystać z pomocy.
Tylko ważne, żeby to zrobić spokojnie. Nie „bo coś jest nie tak”, tylko „bo chcemy się dowiedzieć, jak możemy lepiej wspierać”. Dziecko wyczuwa nasze intencje. I nie chodzi o to, żeby budować atmosferę niepokoju – tylko o pokazanie, że szukamy rozwiązań razem z nim.
– Wspomniałaś wcześniej, że cienka jest też granica między wspieraniem a zmuszaniem. I chciałbym Cię dopytać: jak nie przesadzić w żadną stronę? Bo z jednej strony nie chcemy unikać tematu lęku, nie chcemy udawać, że go nie ma. Ale z drugiej – strategia „wrzucania na głęboką wodę” też może być szkodliwa.
– Tak, to bardzo ważne. Niektórzy rodzice – i niektórzy specjaliści – uważają, że dziecko trzeba hartować. Że jak się czegoś boi, to trzeba je z tym skonfrontować. Że jak po 10 minutach spaceru dziecko chce wracać do auta – to na drugi dzień trzeba zrobić pięciogodzinny marsz w góry. I są sytuacje, w których to może zadziałać. Ale moim zdaniem to nie jest podejście, które wspiera rozwój emocjonalny. Bo ono nie uczy dziecka radzenia sobie z lękiem – tylko pokazuje, że „trzeba zacisnąć zęby”, „przemęczyć się”, „pokonać siebie”. I często prowadzi do tłumienia emocji, a nie do ich przepracowania.
Zamiast tego warto uczyć dziecko strategii adaptacyjnych – czyli takich, które pomagają mu krok po kroku oswoić to, co nowe, trudne, nieznane. Dzięki temu buduje swoje wewnętrzne zasoby. Nie uczy się unikać ani ignorować strachu – ale uczy się z nim być. I to jest bezcenne.
– Powiedzieliśmy dużo o małych dzieciach. A co z nastolatkami? Jakie lęki pojawiają się u starszych dzieci?
– Na dalszych etapach rozwoju pojawiają się bardziej dojrzałe lęki. I to jest bardzo ciekawe, bo w pewnym sensie te lęki są bardziej racjonalne – ale wciąż bardzo emocjonalnie przeżywane. U nastolatków może pojawić się lęk przed przyszłością, przed tym, co będzie po szkole, po maturze, jak sobie poradzą. Ale równie często pojawiają się lęki społeczne: że nie zostanę zaakceptowany, że nie znajdę przyjaciół, że nikt mnie nie lubi, że nie znajdę sobie dziewczyny czy chłopaka. Brzmi prosto, ale jeśli spojrzymy na to głębiej – to lęk przed wykluczeniem, przed brakiem przynależności, przed utratą tożsamości.
Na początku są potwory w szafie, potem burza, potem rozłąka z rodzicem. A kiedy dziecko sobie z tymi etapami poradzi, pojawiają się kolejne – związane z relacjami, z oceną społeczną, z poczuciem wartości. To wszystko są lęki rozwojowe – naturalne, choć czasem bardzo trudne do przejścia.
– I co się dzieje, jeśli tych lęków nie zaopiekujemy?
– To zależy. Bo czasem lęk mija sam, dziecko sobie z nim poradzi – w sposób mniej lub bardziej zdrowy. Ale jeśli tych strategii adaptacyjnych nie wypracuje, to może nauczyć się funkcjonować „mimo lęku”, a nie „z lękiem”. Czyli: zaciska zęby, robi, co trzeba – ale emocjonalnie wciąż jest w napięciu. I wtedy pojawiają się tzw. koszty psychiczne. Dziecko może odreagowywać w domu, może mieć bóle brzucha, może uciekać w świat online, gry, odcinać się. Albo wycofywać się z życia społecznego.
Zdarza się też, że lęk nieprzepracowany z dzieciństwa odzywa się później – już niekoniecznie w tej samej formie, ale jako np. fobia szkolna, zaburzenia lękowe, czy ogólne trudności z radzeniem sobie w sytuacjach stresowych. Więc jeśli możemy dziecku pomóc wcześniej – naprawdę warto.
– Powiedz jeszcze o modelu HALT. Wspominałaś o nim na konferencji – a to bardzo ciekawy sposób patrzenia na potrzeby dziecka.
– Tak, HALT to akronim od angielskich słów: Hungry (głodny), Angry (zły), Lonely (samotny), Tired (zmęczony). To model, który początkowo był wykorzystywany w terapii osób uzależnionych, ale świetnie sprawdza się także w pracy z dziećmi – i dorosłymi.
Jeśli dziecko doświadcza silnego lęku albo zachowuje się w sposób trudny, warto najpierw sprawdzić: czy nie jest głodne, zmęczone, złe albo samotne? Bo jeśli któreś z tych podstawowych potrzeb nie jest zaspokojone, to znacznie trudniej będzie mu sobie poradzić z jakimkolwiek wyzwaniem.
Wydaje się banalne, ale to naprawdę działa. W gabinecie zdarza mi się, że dziecko na wejściu jest spięte, rozdrażnione, nie chce rozmawiać. A kiedy pytam: „Czego teraz potrzebujesz?”, odpowiada: „Muszę odpocząć”, „Jestem głodny”. I często wystarczy kilka minut ciszy, spokojna muzyka, możliwość położenia się – żeby napięcie opadło i żebyśmy mogli zacząć pracę. To nie są czary – to uważność na podstawowe potrzeby.
– I to dotyczy także dorosłych, prawda?
– Jak najbardziej. Kiedy jesteśmy głodni, zmęczeni, zestresowani – trudniej nam być cierpliwymi, wspierającymi rodzicami. Dlatego warto najpierw zadbać o siebie, a potem dopiero próbować „zarządzać” cudzymi emocjami. W książce „Najbardziej upragnione dziecko wszech czasów doprowadza mnie do szału” autorki właśnie od tego zaczynają: chcesz, żeby Twoje dziecko było szczęśliwe? Zadbaj o jego podstawowe potrzeby. Dopiero wtedy możesz wymagać współpracy, empatii czy gotowości do wyzwań.
– Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę. Jako rodzic biorę z niej naprawdę dużo – i mam nadzieję, że nasi słuchacze też. To temat, który można by jeszcze długo rozwijać, ale już te podstawowe myśli, które dziś padły, mogą bardzo pomóc rodzicom, nauczycielom i opiekunom.
– Dziękuję. Dla mnie to też była bardzo miła i ważna rozmowa. Mam nadzieję, że przekazane przykłady i wskazówki będą dla kogoś przydatne. Trzymam kciuki za wszystkich dorosłych, którzy chcą wspierać dzieci w radzeniu sobie z lękiem.
– A jeśli chcecie zgłębić temat jeszcze bardziej – zachęcam do zajrzenia na stronę lakimind.pl. Znajdziecie tam zapowiedzi konferencji, webinarów i kursów dla rodziców, nauczycieli i specjalistów. Ewa współtworzy cykl wydarzeń online, które poruszają m.in. temat lęków, rozwoju emocjonalnego, przemocy rówieśniczej, depresji, zaburzeń neurorozwojowych czy adaptacji przedszkolnej. To ogromna dawka wiedzy – praktycznej, przystępnej i bardzo wspierającej.
Dziękujemy, że byliście z nami. Do usłyszenia w kolejnym odcinku podcastu „Baj Example”.

