Ojcostwo – 4 inspiracje, które zmieniły moje decyzje
Odcinek 41
📚 Książki wspomniane w odcinku:
- Marek Kaczmarzyk – Strefa napięć – neurobiolog o rozwoju mózgu dziecka
- Mój ojciec, mój przyjaciel – Arno i Andre Stern – historia dzieciństwa i więzi Arno Sterna
- I nigdy nie chodziłem do szkoły – André Stern – historia jego dzieciństwa i relacji z rodzicami
🎧 Odniesienia do odcinków podcastu:
- odc. 8 – Mikołaj Foks – o planowaniu ojcostwa i stawaniu się takimi ojcami, jakimi chcemy być
- odc. 10 – The Big Five Family – o edukacji domowe j i wspólnym życiu w podróży
🔗 Linki z podcastu:
- Mikołaj Foks – blog Zawód Ojciec
📬 Zapraszamy do newslettera dla rodziców!
Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o tym, co pomocne w wychowaniu i edukacji dzieci oraz w dbaniu o potrzeby nas, rodziców, zapraszamy Cię do naszego newslettera. Znajdziesz tu polecenia pomocnych książek, wydarzeń, spotkań, kursów czy podcastów. Kliknij i zapisz się tutaj 👉 wydawnictwoelement.pl/newsletter/
Posłuchaj
Cześć, nazywamy się Dominika i Aleksander Baj, a to jest czterdziesty pierwszy odcinek naszego podcastu „Baj Example” – o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.
W tym odcinku chcemy opowiedzieć o tym, co inspiruje nas – a może przede wszystkim mnie – w ojcostwie. O kilku osobach, o ich myślach, które są dla mnie i dla nas inspirujące. Ale nie tylko – chcemy pokazać, jak te inspiracje przekładają się na codzienne decyzje i działania.
Zacznijmy od pytania: jaka pierwsza myśl przychodzi Ci do głowy, kiedy myślisz o ojcostwie? Co jest dla Ciebie ważne?
Kiedy myślę o rodzicielstwie, a szczególnie o ojcostwie, od kilku lat powraca do mnie jedno zdanie z książki Marka Kaczmarzyka „Strefa napięć”:
„Nie ma innego sposobu wychowania niż obecność.”
Kaczmarzyk pisze o tym, jak zbudowany jest mózg człowieka, jak rozwija się w pierwszych latach życia. Tłumaczy, że z neurobiologicznego punktu widzenia jesteśmy naszymi mózgami – postrzegamy świat tak, jak postrzega go nasz mózg. A mózg dziecka dopiero się kształtuje. I ten proces odbywa się w obecności ludzi, którzy są wokół.
Albo jesteś obecny w życiu swojego dziecka – albo są obecni inni. On mówi też, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska, ale to zawsze kwestia proporcji – kto jest obecny bardziej, a kto mniej.
Więc kiedy myślę o ojcostwie, to pierwsza myśl brzmi: „Bądź obecny.”
W naszym przypadku często słyszymy pytanie: jak Wam się udaje być obecnymi, skoro macie czwórkę dzieci, które są jeszcze małe, są w edukacji domowej, a do tego prowadzicie wydawnictwo i jeszcze kilka innych rzeczy? Rzeczywiście, bywa trudno. Bywa, że brakuje czasu dosłownie na wszystko, również na bycie z dziećmi tyle, ile byśmy chcieli.
W tym odcinku mówimy o tym, co inspiruje nas w ojcostwie. A w newsletterze, który wysyłamy raz w tygodniu, dzielimy się krótkimi informacjami o tym, co ostatnio zainspirowało nas w rodzicielstwie, edukacji – szczególnie tej domowej – i rozwoju, naszym oraz naszych dzieci. Polecamy tam książki, webinary, kursy, spotkania i osoby, które nas poruszyły. Jeśli chcecie otrzymywać takie wiadomości, zapraszamy do zapisania się – link znajdziecie w opisie odcinka.
Bywają momenty, zwłaszcza u Ciebie, kiedy czujesz, że chciałbyś spędzać z dziećmi więcej czasu. Pojawia się niedosyt. Ale wtedy powtarzam Ci – bo naprawdę to widzę i czuję – że choć rzeczywiście bywa intensywnie i obowiązków jest sporo, to jednak jesteś obecny. Pomaga w tym również to, że pracujesz z domu. Dzieci czują Twoją obecność. Wiedzą, kiedy jesteś bardziej zajęty, ale potrafią wpaść między zajęciami, żeby wykorzystać te pięć minut na szybkie podzielenie się czymś ważnym.
To, że jesteś blisko – nawet jeśli nie zawsze w pełni dostępny – sprawia, że dzieci nie odczuwają tego braku aż tak mocno. Mogą przyjść, zagadać. Albo Ty wpadasz między posiłkami, żartujesz. Myślę, że to właśnie buduje w nich poczucie, że jesteś. I że jesteś wystarczająco.
Tak, to prawda. Myślę, że to bardzo ważne – ta wspólna przestrzeń. Nawet jeśli nie poświęcam dzieciom długich godzin, to one mogą podejść, coś pokazać, zapytać, opowiedzieć. Wspólne posiłki też są istotne – siadamy razem do stołu, jesteśmy wtedy blisko siebie.
Ja zauważyłam jeszcze jedną rzecz – te pięć minut, kiedy dzieci wpadają, działa dlatego, że Ty wtedy naprawdę im poświęcasz uwagę. Nie odbierasz telefonu jedną ręką, nie piszesz drugą i nie patrzysz jednocześnie w ekran. Tylko rzeczywiście jesteś. I to, myślę, buduje relacje. Nie tylko z dziećmi – z każdym, z kim chcemy mieć bliskość. To chodzi o bycie obecnym i duchem, i ciałem.
Nie chodzi o multitasking. Nawet jeśli mamy w uszach słuchawki i słuchamy podcastu – choć nie zniechęcamy! – to nie jest to samo. Jeśli chcemy komuś dać uwagę, to ważne, by była pełna.
Przypomniało mi się coś, kiedy mówiłaś o tej obecności – jedna z psycholożek, z którą niedawno rozmawialiśmy, powiedziała, że ważne jest, by być obecnym wtedy, kiedy dziecko tego potrzebuje. Kiedy coś się dzieje, kiedy dziecko przeżywa trudne emocje. I rzeczywiście, w naszym przypadku pomaga to, że jesteśmy razem w jednej przestrzeni. Nawet jeśli jestem zajęty czymś innym, a słyszę, że coś się dzieje na dole – mogę szybko zareagować. Jeśli Ciebie akurat nie ma, ja mogę być tym pierwszym dorosłym, który się pojawi.
Myślę, że dzieci to czują.
Inna rzecz, która – moim zdaniem – ratuje tę obecność, to wspólne rytuały, które pojawiły się u nas dość wcześnie. Już kiedyś o tym mówiliśmy w podcaście – przez wiele lat, na ile się dało, a to była zdecydowana większość wieczorów, to ja kładłem dzieci spać. Byłem z nimi, kiedy zasypiały. Mieliśmy taki wieczorny rytuał – grałem na gitarze i śpiewaliśmy piosenki. Czasem trwało to kilkanaście minut, czasem ponad godzinę – w zależności od nastroju – ale to był nasz wspólny czas.
Nawet jeśli cały dzień był wypełniony pracą, to wieczorem wiedziałem, że będzie ten moment bycia razem.
Druga inspiracja, która mi się kojarzy, to planowanie. Mieliśmy odcinek z Mikołajem Foksem – to był ósmy odcinek podcastu – w którym mówił o super narzędziu, jakim są rytuały. Mikołaj prowadzi blog „Zawód: ojciec”, organizuje warsztaty dla ojców i mówił o module, który polega na planowaniu ojcostwa. I o tym, jak ważne jest, żeby ten czas był zaplanowany.
U nas to się bardzo sprawdza. Trochę jesteśmy do tego zmuszeni przez okoliczności – kiedy tyle się dzieje, jeśli czegoś nie zaplanujemy, to prawdopodobnie nic się wartościowego nie wydarzy. Czas się po prostu rozmyje. I na koniec wszyscy będą zmęczeni i sfrustrowani. Przerobiliśmy wiele takich weekendów – w sobotę po południu orientowaliśmy się, że jest chaos, frustracja i nie wiadomo, co robić dalej.
Czasem wynikało to z bardzo prozaicznych powodów – mamy czwórkę małych dzieci, noc mogła być trudna, budziliśmy się po kilka razy. Człowiek rano po prostu nie ma siły podejmować kreatywnych decyzji. A jeśli coś zaplanujemy wcześniej, to nie trzeba już wtedy myśleć – wiadomo, co robimy.
Wydaje mi się, że to wynika też z tego, że zanim pojawiły się dzieci, odpoczywaliśmy zupełnie inaczej. W sposób niespieszny – z książką w ręku. A po pojawieniu się dzieci taki sposób odpoczynku nie jest już taki prosty. Choć powoli dochodzimy do momentu, że znowu jest możliwy.
Ale z małymi dziećmi wiadomo – ruch, aktywność, świeże powietrze to jest to, co pomaga odpocząć. Zarówno dzieciom, jak i nam.
Teraz już rzadko się to zdarza, ale kiedyś – gdy nachodziła nas ochota, żeby po śniadaniu usiąść z książką – to nigdy dobrze się to nie kończyło. Natomiast planowanie pomogło nam stworzyć coś, co w ostatnich latach świetnie się sprawdza – wspólne wyjazdy: tata z dziećmi, mama z dziećmi.
W ostatnich dwóch latach to były wyjazdy tata z chłopcami, mama z dziewczynkami. Mam nadzieję, że w tym roku uda się też inne konfiguracje.
Nie pamiętam dokładnie, kto nas do tego zainspirował – mam z tyłu głowy Marcina Sawickiego, ale nie jestem pewien, czy to było od niego.
W każdym razie zaczęliśmy planować takie wyjazdy 1:1 albo 2:1 z dziećmi – żeby poświęcić im jeszcze więcej indywidualnej uwagi. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Dzieci często wracają wspomnieniami właśnie do tych wyjazdów. Nawet jeśli robimy wiele atrakcyjnych rzeczy razem, to właśnie te wypady – tylko z jednym rodzicem – najbardziej zapadają im w pamięć.
W przypadku moich wyjazdów z chłopcami sprowadzało się to często do wspólnego biwaku – weekendu ze spaniem w samochodzie. Dla dzieci już sam fakt, że śpimy w aucie, był wielką atrakcją. Jeździmy też na biwaki pod namiot, ale samochód to było coś nowego. Jeździliśmy w góry – mam nadzieję, że w tym roku znowu się uda.
Ostatnio, kiedy znów pytali, kiedy będzie kolejny taki wyjazd, pomyślałem sobie, że przecież nic spektakularnego się tam nie dzieje. Po prostu – razem szykujemy samochód do spania, rano przygotowujemy śniadanie, potem długa wycieczka w góry, cały dzień w ruchu, potem wspólny obiad – makaron na kuchence turystycznej albo ryż z czymś. Robimy herbatę albo kakao. Chłopcy, pod nadzorem, mogą rąbać drewno na ognisko – co sprawia im ogromną frajdę. Wieczorem czytamy książki z latarką w samochodzie.
To może nie jest jedna wielka, wyjątkowa rzecz, ale po prostu dużo wspólnego czasu. I to działa.
Czasami jako rodzice chcemy za wszelką cenę „zabezpieczyć przyszłość” dzieci – znaleźć im najlepsze zajęcia dodatkowe, żeby miały łatwiejszy start. I łatwo wpaść w przesadne zamartwianie się o przyszłość, przez co… zaniedbujemy teraźniejszość.
A może czasem warto odpuścić te dodatkowe zajęcia, a zamiast tego – dać dzieciom więcej uwagi. To może dać znacznie lepszy efekt. A przynajmniej piękne wspomnienia.
Kiedy mówiłaś o tym, co chcemy dzieciom zapewnić, od razu pomyślałem o Arno Sternie – o tacie André Sterna. Pewnie większość z was zna André – to człowiek, który nigdy nie chodził do szkoły. Mówi o sobie, że dziś jest 53-letnim dzieckiem, któremu nikt nigdy nie przerwał zabawy. Jest autorem książek i popularnym mówcą. Wiele razy odwiedzał Polskę.
Podczas jego ostatnich wizyt w Polsce – które odbywały się już po śmierci jego ojca, Arno Sterna – André zaczął opowiadać historię dzieciństwa swojego taty.
Arno Stern urodził się w 1924 roku w Kassel, w Niemczech, w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej. W 1933 roku, kiedy Hitler doszedł do władzy, Arno miał 9 lat. Jego ojciec podjął decyzję, by natychmiast opuścić Niemcy. Zorganizowali samochód, w kilka godzin spakowali się i zostawili wszystko, co mieli. Wyjechali. Przez kolejne lata żyli na uchodźstwie – w obozach dla uchodźców, ciągle uciekając przed nazistami.
Arno opowiadał, że jego dzieciństwo to była ciągła ucieczka: przed żołnierzami, przed czołgami, chowanie się w stodołach, spanie w stogach siana i drżenie na każdy dźwięk szczekającego psa. To były bombardowania, kryjówki, strach.
Czyli – można powiedzieć – najgorsze możliwe warunki dzieciństwa, jakich nie chcielibyśmy dla naszych dzieci.
A jednak, kiedy André pytał swojego ojca o dzieciństwo, Arno zawsze odpowiadał, że miał szczęśliwe dzieciństwo. To było trudne do zrozumienia dla wielu osób z zewnątrz. Jak to możliwe, że ktoś, kto całe dzieciństwo spędził w czasie wojny, będąc dzieckiem żydowskim, żyjąc w ciągłej ucieczce, mówi, że był szczęśliwy?
Arno tłumaczył, że jego dzieciństwo było szczęśliwe, bo był blisko rodziców. Miał z nimi więź.
To dla mnie bardzo poruszające i bardzo inspirujące. Bo może nie jesteśmy w stanie zapewnić dzieciom idealnego zaplecza materialnego – najlepszych ubrań, sprzętu, wyjazdów na koniec świata. Ale jeśli możemy dać im więź, to możemy dać im szczęśliwe dzieciństwo.
Dla mnie również to jest bardzo poruszające. Często o tym myślę – jak wiele chcielibyśmy dać dzieciom, a tymczasem to, co najważniejsze, to właśnie więź.
Mam też swoje osobiste doświadczenie z dzieciństwa. Mój tata często wyjeżdżał służbowo, zdarzało się, że nie było go dłużej. To było trudne dla mamy, ale… kiedy wspominam tamten czas, nie odczuwam braku. Nie pamiętam, żebym cierpiała z powodu jego nieobecności. I nawet teraz, gdy z perspektywy dorosłego wiem, że te wyjazdy były długie, nie mam poczucia braku.
Bo kiedy tata był, był w stu procentach obecny. Dawał pełną uwagę. Czuliśmy tę więź.
Wracając jeszcze do Sternów – bardzo ważne jest dla mnie jedno zdanie André Sterna, które powtarzamy sobie od początku istnienia tego podcastu. On mówi:
“Wszyscy chcemy, by nasze dzieci wyrosły na szczęśliwych dorosłych. Troszczymy się o to tak bardzo, że zapominamy żyć na ich oczach jak szczęśliwi dorośli.”
To zdanie cały czas nam towarzyszy. Przypominamy je sobie w rozmowach, wraca do nas w różnych momentach.
André mówi też tak: jeśli poświęcasz wszystko, by zapewnić dzieciom jak najlepsze warunki – pracujesz ponad siły, rezygnujesz z odpoczynku, dbasz o dom, o byt – i robisz to z wysiłkiem i cierpieniem, to istnieje duża szansa, że Twoje dzieci dorosną i będą… robić to samo. Będą się poświęcać, cierpieć i pracować ponad siły, żeby zapewnić swoim rodzinom „to, co najlepsze”.
Dzieci uczą się nie z tego, co mówimy, ale z tego, co widzą. Jeżeli widzą, że praca Cię wykańcza, że nie masz radości, że nie odpoczywasz – to z tego właśnie będą czerpać obraz dorosłości.
André często przypomina, że zamiast poświęcać się bez reszty, żeby zarobić na najdroższe wakacje na drugim końcu świata, może lepiej… odpuścić. I tak też było w jego rodzinie – podejmowali decyzję, że z niektórych rzeczy zrezygnują. Może nie będą co roku latać na koniec świata, ale za to wykorzystają te środki i ten czas, by być razem częściej.
To nas bardzo inspiruje. My też nie latamy po świecie, ale staramy się być częściej razem – częściej wyjeżdżać, nawet jeśli nie daleko. Chodzi o czas – by go było więcej dla siebie nawzajem. Czasem trzeba wybrać – czy coś bardziej kosztownego, ale okupionego większą ilością pracy i mniejszą obecnością w domu? Czy może ograniczyć potrzeby i zyskać czas na relację?
Staram się też pokazywać dzieciom, że lubię swoją pracę, że widzę w niej sens, że sprawia mi radość. Staramy się z Dominiką pokazywać im, że lubimy spędzać ze sobą czas, że lubimy siebie nawzajem.
Niedawno ktoś mnie zapytał, jak odpoczywam – mając czwórkę dzieci, edukację domową i kilka działalności. Odpowiedziałem, że odpoczywam z dziećmi. Lubię z nimi być. Lubię jeździć na rower, chodzić do lasu, bawić się w podchody, grać w planszówki, czytać książki, wyjeżdżać w góry, nad wodę.
Dla mnie weekend czy czas wolny to czas z rodziną.
To, o czym mówisz, przekłada się na konkretne decyzje. Czasami ktoś proponuje wyjazd – np. koledzy – i to nie tak, że jestem przeciwny takim wyjazdom. Ale zastanawiam się wtedy: jak mam ułożone priorytety? Jeśli w danym czasie mam dużo przestrzeni na bycie z rodziną – super, mogę pojechać. Ale jeśli to jedyny wolny weekend przez kilka tygodni, to zdecydowanie wybiorę rodzinę.
Tu wracamy też do tematu planowania. Jeśli z wyprzedzeniem zaplanuje się te najważniejsze rodzinne wyjazdy, to okazuje się, że zostaje jeszcze przestrzeń na inne rzeczy – wyjazdy z przyjaciółmi czy inne formy odpoczynku. Jeśli zrobimy to odpowiednio wcześnie, można naprawdę zaspokoić wszystkie potrzeby.
A wracając do odpoczynku z dziećmi – myślę, że to naprawdę możliwe. Trzeba tylko znaleźć swój styl odpoczywania. My dojrzeliśmy do tego, odkryliśmy, w jaki sposób najlepiej wypoczywamy. Kiedyś lubiliśmy spędzać wolny czas z książką w ręku – teraz bardziej aktywnie.
Mamy różne sporty, którymi się dzielimy z dziećmi. I dlatego ten odpoczynek w ruchu jest dla nas przyjemny – robimy to, co lubimy, a dzieci do tego dołączają. Myślę, że to też ważne: dzielić się pasją z dziećmi, bo wtedy można odpoczywać razem, w sposób naturalny.
Pamiętam rozmowę, którą nagrywaliśmy z rodziną „The Big Life Family”. Padło wtedy pytanie: czy to nie jest trudne być ciągle razem – na jednej przestrzeni, wszystko robić wspólnie?
Robert odpowiedział wtedy:
„Ja po prostu lubię swoje dzieci. Lubię swoją żonę. Lubię z nimi przebywać.”
I ja mam tak samo. To nie znaczy, że zawsze jest łatwo – bywa trudno. Ale naprawdę lubię z nimi być. To nie jest dla mnie wysiłek.
A kiedy myślę o byciu przykładem – o pokazywaniu dzieciom, jak być dorosłym – to przychodzi mi na myśl mój własny tata. Miał bardzo ciekawą historię młodości.
Mój tata dorastał w poprzednim ustroju, w Polsce. Na swoje dwudzieste urodziny dostał od rodziców paszport, kilkadziesiąt dolarów i bilet na prom do Londynu. Pojechał tam z przyjacielem. Kiedy wysiedli z promu, z pieniędzy nie zostało prawie nic.
Nie mieli żadnego planu, żadnych kontaktów, nie mieli do kogo pojechać, gdzie się zatrzymać ani gdzie pracować. Poszli do budki telefonicznej, zaczęli przeglądać książkę telefoniczną w poszukiwaniu polskich nazwisk i za resztę monet dzwonili po kolei.
Dodzwonili się do Polaka o nazwisku Snopek, który prowadził sieć pralni. Zaproponował im pracę i mieszkanie. Przez jakiś czas tam pracowali. Mój tata zapisał się do college’u, żeby uczyć się języka. Ale po jakimś czasie – z powodów osobistych – pan Snopek zwolnił mojego tatę.
I znowu – został sam. Bez pracy, bez pieniędzy. Chodził po ulicach Londynu i mówił:
„I’m looking for a job.”
Gdy pytano: „Can you…?”, odpowiadał: „I can.” Nawet nie wiedząc jeszcze, o co chodzi. Brał każdą pracę, jaka się trafiła. Malował, kopał, pomagał w ogrodzie. W końcu dostał lepszą pracę – został kelnerem w dobrej restauracji.
Jego przyjaciel musiał wrócić do Polski – nie przedłużono mu prawa pobytu. Mojemu tacie – tak, bo miał stałą pracę i się uczył. Po dwóch latach wrócił do kraju. Później jeszcze przez wiele lat podróżował, pracował w różnych krajach i przeżył mnóstwo przygód.
Ale to, co zostało ze mną z tych historii, to poczucie, że mój tata zawsze sobie poradzi. Kiedy ja wchodziłem w dorosłość, to był pierwszy człowiek, do którego się zwracałem w trudnych sytuacjach. Bo zawsze wiedział, co trzeba zrobić.
I to przekonanie przeniosło się na mnie – mam w sobie takie głębokie:
„Poradzę sobie.”
I myślę sobie, że to jest właśnie siła przykładu. Nawet jeśli nie powiesz dzieciom wszystkiego, co byś chciał, nawet jeśli nie zrobisz wszystkiego idealnie – jeśli żyjesz na ich oczach w sposób prawdziwy, to one stają się takie, jak Ciebie widzą.
Podam jeden praktyczny przykład. Często znajomi pytają, jak to możliwe, że robisz tak dużo rzeczy z czwórką dzieci? Teraz jest łatwiej, bo są starsze, ale kiedy były młodsze, to naprawdę było wymagające.
I czasami sama się zastanawiałam – jak to jest, że Ty jedziesz z nimi na zakupy? Mnie to przerażało. Potrafiłam sobie wyobrazić tysiąc rzeczy, które mogą po drodze pójść nie tak. Dla mnie zakupy to najlepiej samotnie albo online.
A dla Ciebie nigdy nie było problemem pojechać z czwórką dzieci i coś załatwić.
I wydaje mi się, że to właśnie to, o czym mówiłeś – że w Twojej głowie nie ma tych wszystkich katastroficznych scenariuszy. Nie roztrząsasz, co może się wydarzyć. Tylko jesteś gotów zareagować, jeśli coś się wydarzy. Masz głębokie przekonanie, że sobie poradzisz.
I tak samo jest z dziadkami – których serdecznie pozdrawiamy, jeśli słuchają tego odcinka. Nasi znajomi też są pod wrażeniem, kiedy słyszą, że dziadek zabrał czwórkę wnuków na rowery, na lodowisko, a nawet na weekend w góry – sam.
I myślę, że to bardzo dobrze pokazuje to, o czym mówimy.
W tym odcinku padło mało pytań, ale na koniec chcę zadać jedno, które bardzo lubię:
Czego nauczyłeś się od dzieci?
Myślę, że nauczyłem się od nich bardzo wielu rzeczy. Pierwsze, które przychodzą mi do głowy, to:
twórczość i odkrywanie swoich mocnych stron.
Myślałem o tym też w kontekście naszej pracy, m.in. przy książkach Kena Robinsona. To jest dla mnie szczególnie ważne, gdy patrzę na nasze dzieci.
Na przykład nasza córka pisze własne książki i opowiadania – i robi to najczęściej dla kogoś. Pisze, bo obiecała. Dla niej pisanie ma sens, kiedy ma odbiorcę. Teraz tworzy serię dziesięciu podręczników do wymyślonego przez siebie języka, bo obiecała, że wręczy je kilku osobom. A nawet dziesięciu. Do końca czerwca!
Kiedy ja myślę o napisaniu książki, wydaje mi się to ogromnym wyzwaniem – trudno mi się za to zabrać. A ona po prostu… to robi.
Dodam, że chłopcy z kolei chcą cały czas projektować roboty albo budować samochody. I to, co mnie porusza – za tymi słowami idą czyny. To nie są tylko pomysły – oni naprawdę próbują coś zrobić.
Najmłodsza córka też pisze książki, zainspirowana starszą siostrą.
I to jest właśnie piękne – dzieci nie tylko mówią, ale działają. O ile im na to pozwolimy. O ile nie zdusimy tych pomysłów już w zarodku. Bo jako dorośli często widzimy całą drogę – ile to pracy, ile przeszkód, ile trzeba mieć umiejętności…
Ale dzieci tego nie widzą. I dlatego robią.
Nasi chłopcy często chcą coś zbudować – i wcale nie przejmują się tym, że nie mamy do tego idealnych narzędzi czy materiałów. Biorą to, co jest dostępne, i działają. To kolejna rzecz, której się od nich uczę – wytrwałości.
André Stern, mówiąc o swobodnej zabawie dzieci, podkreśla, że wszyscy chcielibyśmy, aby dorośli byli tak kreatywni jak dziecko, które się bawi – i tak wytrwali jak dziecko, które się bawi.
Kiedy patrzę na chłopców, którzy postanowili zbudować w ogródku „kopalnię do zwiedzania” i przez kilka dni spędzają tam długie godziny – niezależnie od pogody – to naprawdę mnie porusza. To jest właśnie wytrwałość. Albo gdy nasza córka tygodniami pracuje nad prezentem, który komuś obiecała – to również jest wytrwałość.
Myślę też, że uczę się od dzieci cierpliwości – i to nie w tym sensie, że to one uczą mnie, żebym był cierpliwy, ale raczej odwrotnie: to one pokazują mi, czym jest prawdziwa cierpliwość.
Mam czasem wrażenie, że dorośli bywają wobec dzieci niesprawiedliwi. Na przykład krytykujemy dziecko za to, że zareagowało agresywnie wobec rodzeństwa – a nie widzimy, ile prób cierpliwości je to kosztowało. Często słyszę, jak jedno z naszych dzieci mówi: „Nie rób tak”, „Przeszkadza mi to”, „Nie chcę” – raz, drugi, dziesiąty… aż w końcu wybucha. I wtedy łatwo jest powiedzieć: „Nie powinieneś tak reagować”.
Ale gdyby dorosły był w takiej sytuacji i ktoś mu przez kilka minut świadomie robił na złość, myślę, że puściłyby mu nerwy dużo szybciej.
Inne rzeczy, których uczę się od dzieci, to umiejętność mówienia „przepraszam” i – co równie ważne – umiejętność wybaczania. Dzieci potrafią po trudnym zdarzeniu przejść z powrotem do zabawy, do relacji. Potrafią znów okazywać sobie uczucia, nawet jeśli przed chwilą wydarzyło się coś trudnego.
Uczę się też od nich wrażliwości na innych ludzi. One naprawdę pamiętają o różnych okazjach – o rodzicach, rodzeństwie, dziadkach, sąsiadach, przyjaciołach – i często same z siebie robią dla nich prezenty. Po prostu z potrzeby serca, z chęci sprawienia komuś radości.
To – moim zdaniem – wynika z naturalnej dziecięcej postawy. André Stern w jednej ze swoich książek pisał, że dziecko ma doświadczenie, że bardzo dużo dostaje od innych. I jeśli nie zaburzymy tego doświadczenia, to będzie chciało także dużo dawać.
I to dokładnie obserwuję u naszych dzieci.
Poza tym uczę się od nich nowych rzeczy codziennie – bo kiedy przychodzą do nas z tym, co właśnie robią, co ich interesuje, co przeczytały, co odkryły – to przekraczają to, co my sami wiemy. Kiedy mają czas na swobodną zabawę, na eksplorowanie, na podążanie za tym, co je fascynuje, wychodzą daleko poza to, co my moglibyśmy im przekazać.
I naprawdę – codziennie uczę się czegoś nowego dzięki nim.
Na koniec – taki mały apel do mam, do partnerek:
Dajmy ojcom przestrzeń.
Przestrzeń do rozwijania się, do bycia obecnym przy dzieciach.
Wspomniałeś o rytuale grania na gitarze. To się zaczęło wtedy, kiedy ja kończyłam karmić, a Ty bardzo chciałeś mieć swój udział w usypianiu dzieci. I początki nie były łatwe – bo to był duży przeskok, od karmienia do gitary. Czasem trwało to długo. Czasem nie działało.
Ale nie zrezygnowałeś. Dostałeś tę przestrzeń – i ją wypełniłeś. Myślę, że czasem coś nie wychodzi od razu, ale jeśli damy sobie czas, może się wydarzyć coś ważnego.
I to działa też w drugą stronę – musimy dawać sobie nawzajem przestrzeń. Ty wspomniałeś o grze na gitarze – ale też o tenisie. Raz w tygodniu grasz z bratem. Dzieci tego nie widzą, a jednak…
Dziś wszystkie trenują tenis.
To jest kolejny przykład na to, że dzieci nie uczą się z tego, do czego je popychamy, ale z tego, co widzą.
W ostatnich rozmowach z różnymi specjalistami często powtarzało się jedno:
Jeśli chcemy coś dać dzieciom – musimy najpierw mieć to w sobie.
Chcemy, żeby rozwijały pasje? Rozwijajmy swoje.
Chcemy, żeby czerpały radość z pracy? Czerpmy ją sami.
Chcemy, by miały szczęśliwe rodziny? Dbajmy o nasze.
To są właśnie te inspiracje rodzicielskie, którymi chcieliśmy się dziś z Wami podzielić. Takie, które czerpiemy od innych – i które przekładamy na naszą codzienność. Mamy nadzieję, że będą dla Was pomocne. Że Was zainspirują do własnych poszukiwań.
I może jeszcze na koniec – rodzicielstwo to przygoda. To proces, który się zmienia, który nas zaskakuje. I który możemy zmieniać – jeśli coś nam nie pasuje, szukajmy rozwiązań, inspiracji. Tak, żeby naprawdę czerpać radość z tej przygody.
Dziękujemy, że jesteście. Że zadajecie nam pytania, które są inspiracją do naszej pracy. I do nagrywania tego podcastu.
Dzięki, że wysłuchaliście.
Do usłyszenia następnym razem!
Do usłyszenia.

