Podcast

Edukacja hybrydowa w praktyce – jak wspiera rodziców i otwiera drzwi dla mężczyzn

Odcinek 44

Czy da się połączyć edukację domową z pracą, socjalizacją i przygotowaniem dziecka do egzaminów?

W tym odcinku rozmawiam z Remigiuszem Pankiewiczem – twórcą placówek wspierających edukację domową – o tym, czym jest edukacja hybrydowa i jak działa w praktyce.

Z odcinka dowiesz się:

  • na czym polega edukacja hybrydowa i komu służy,
  • czy to rozwiązanie może być przystępne cenowo,
  • jak wspiera dzieci społecznie i edukacyjnie.

Poruszamy też ważny temat wychowania chłopców oraz obecności ojców i mężczyzn w edukacji – co wnoszą, czego potrzebują i jak tworzyć dla nich więcej przestrzeni.

🎙 Prowadzi: Aleksander Baj | Baj Example

🔗 Linki z odcinka:

Placówki Remigiusza:

📬 Zapraszamy do newslettera dla rodziców!

Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o tym, co pomocne w wychowaniu i edukacji dzieci oraz w dbaniu o potrzeby nas, rodziców, zapraszamy Cię do naszego newslettera. Znajdziesz tu polecenia książek, wydarzeń, spotkań, kursów czy podcastów, które okazały się pomocne dla nas. Kliknij i zapisz się tutaj  👉 wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Kiedy myślimy o edukacji domowej, widzimy najczęściej trzy największe wyzwania:
Jak połączyć ją z pracą?
Jak dzieci opanują podstawę programową i przygotują się do egzaminów?
I jak nabędą kompetencje społeczne – gdzie znajdą przyjaciół?

Rozwiązaniem, które może odpowiadać na wszystkie te potrzeby, jest coś, co moglibyśmy nazwać edukacją hybrydową – połączeniem edukacji domowej z przebywaniem dzieci w placówkach.

Do dzisiejszej rozmowy zaprosiliśmy Remigiusza Pankiewicza, który od ponad 10 lat prowadzi właśnie takie placówki. Z tej rozmowy dowiecie się między innymi, jak to rozwiązanie wygląda w praktyce, czy może być czymś dla was i czy musi być drogie.

Tematem, który bardzo leży Remigiuszowi na sercu, jest także obecność mężczyzn w edukacji. Rozmawiamy o tym, dlaczego mężczyzn w edukacji jest tak mało – bo liczby są tutaj nieubłagane – co wnoszą do edukacji i do placówek, w których pracują, i jak możemy tworzyć przestrzeń, by było ich więcej.

Nazywam się Aleksander Baj i bardzo zapraszam do wysłuchania czterdziestego czwartego odcinka podcastu „By Example” – o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.

Remigiuszu, prowadzisz szkołę wspierającą edukację domową w Poznaniu – a właściwie szkoły, bo jest ich więcej niż jedna. Poznaliśmy się, jak ustaliliśmy przed rozmową, już ponad 10 lat temu. Współtworzyłeś wtedy szkołę demokratyczną, przedszkole demokratyczne, Stowarzyszenie Kolektyw Edukacyjny, a także organizowałeś Ogólnopolskie Spotkania Edukacji Alternatywnej. To właśnie tam się poznaliśmy – te spotkania odbywały się regularnie przez kilka lat, chyba aż do wybuchu pandemii COVID.

W tych wydarzeniach uczestniczyłem wielokrotnie i mieliśmy okazję nie tylko się spotkać, ale też współtworzyć różne inicjatywy. Teraz czeka nas kolejna odsłona współpracy – mam nadzieję, że dziś również będziemy mogli o tym wspomnieć.

Chciałbym porozmawiać z tobą o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o twoim spojrzeniu na edukację – jak tworzyć dziś dobre szkoły odpowiadające na potrzeby rodzin w edukacji domowej, ale też szerzej – wszystkich rodzin. Bo to, co robimy w edukacji domowej czy alternatywnej, ma wpływ na to, jak jako społeczeństwo myślimy o kształceniu dzieci.

Po drugie, chciałbym zapytać o zaangażowanie mężczyzn w edukację – o to, co wnosi ich obecność i dlaczego jest ich tak mało.

Sam jesteś rodzicem trójki dzieci, więc na początek zapytam o twoje spojrzenie na edukację i tworzenie dziś placówek odpowiadających na potrzeby rodzin. Masz za sobą wiele lat doświadczenia – współtworzyłeś kilka szkół, współpracowałeś z wieloma rodzinami. Jak twoim zdaniem robić to dobrze?

– Wiesz co, to doświadczenie, które mam, to jest wszystko, co mam – i na tej podstawie mogę się wypowiadać. To ponad 10 lat, odkąd zaangażowałem się w edukację. To mnóstwo doświadczeń, spotkań z rodzinami i własnych przemyśleń. W tym czasie zorganizowałem wiele wydarzeń, poznałem ludzi, którzy chcą tworzyć edukację dobrze i refleksyjnie – którzy zastanawiają się nad tym, jaka powinna być edukacja i jak może wyglądać najlepiej dla ich dzieci.

Najczęściej mam do czynienia z pasjonatami – z ludźmi, którym się chce i którzy są zaangażowani. Ja sam staram się dbać o to, by mieć siłę i energię do dalszego działania.

– Wiesz co, zatrzymam cię tu na chwilę. Przypomniało mi się nasze pierwsze spotkanie. Nie pamiętam już, co to było za wydarzenie, ale pamiętam, że stałem w holu przy stoisku – wtedy pewnie wydawnictwo Element miało cztery tytuły książkowe – i podszedł do mnie profesor Budajczyk, który przedstawił mi ciebie jako swojego studenta. Co sprawiło, że tak wcześnie stałeś się pasjonatem edukacji?

– Myślę, że kierowała mną młodzieńcza naiwność – takie marzycielstwo, specyficzne dla młodych ludzi i studentów, którzy w coś głęboko wierzą. Byłem jedną z tych osób.

Dość szybko zrozumiałem jednak, że niekoniecznie przez demonstracje na ulicach czy plakatowanie przestrzeni i wykrzykiwanie haseł można coś zmienić. Dziś wiem, że zmiany dokonuje się pracą u podstaw. Ta młodzieńcza naiwność po 10–15 latach przerodziła się w pewność, że świat można zmieniać – tyle że dziś nie myślę o tym globalnie, tylko lokalnie.

Razem z moją partnerką i kadrą, z którą pracujemy, staramy się dobrze „uprawiać tę ziemię” na naszym lokalnym poletku – tworzyć edukację przemyślaną, odpowiadającą na potrzeby dzieci i rodzin. To edukacja, która jest w ciągłej refleksji – regularnie sprawdzamy, czy to, co robimy, rzeczywiście służy dzieciom.

Dlatego wierzę w edukację wolną i autonomiczną – taką, w której szkoły mogą samodzielnie decydować o swoim kształcie. Tylko wtedy są w stanie odpowiadać na realne potrzeby tu i teraz.

– No dobrze, to powiedz więcej o tym, jak to wygląda w praktyce. Macie dwie placówki, tak? A nawet trzy – jest Gromada, gdzie dzieci przychodzą dwa razy w tygodniu i mają różnego rodzaju zajęcia, oraz Supernowa, która bardziej przypomina szkołę w pełnym wymiarze czasowym. Szkołę – w sensie, ile czasu dzieci tam spędzają?

– Wiesz co, upraszczając: te szkoły – bo rzeczywiście jest ich kilka – powstały raczej jako efekt naszych życiowych decyzji. Przeprowadzaliśmy się, więc początkowo działaliśmy w jednym miejscu, potem w innym. Teraz całość koncentruje się w Poznaniu – tam mamy naszą bazę.

Stąd historycznie powstały Gromada, Konstelacja i Supernowa – trochę w duchu kosmicznym, bo tak nazwaliśmy te miejsca. Wszystkie szkoły powstały po to, by wspierać szeroko rozumianą edukację domową.

Moje początki były mocno związane z edukacją demokratyczną, wolnościową i leśną – prowadziliśmy jedno z pierwszych w Polsce leśnych przedszkoli – „Na bosaka”, pod Poznaniem, w otulinie Wielkopolskiego Parku Narodowego.

To było moje pierwsze doświadczenie pracy z dziećmi na własny rachunek. I to doświadczenie pokazało mi, że wspólnym mianownikiem tych alternatywnych inicjatyw – zakładanych przez rodziny i pasjonatów edukacji – jest edukacja domowa.

To ona prawnie umożliwia „uwolnienie się” od systemu – od codzienności przychodzenia na ósmą do szkoły i funkcjonowania w systemie klasowo-lekcyjnym – na rzecz różnych pomysłów, jakie rodzice mają na edukację swoich dzieci.

Edukacja domowa stała się formalnym narzędziem, które pozwala takim inicjatywom działać. Ja sam byłem po obu stronach: prowadziłem szkołę demokratyczną – czyli właściwie nie-szkołę, złożoną z grupy rodziców i edukatorów wokół wspólnej idei edukacyjnej – a dziś prowadzę formalnie istniejącą szkołę, która umożliwia takim grupom działanie.

Zrzeszamy blisko 20 takich inicjatyw – w Poznaniu, Szczecinie, Zielonej Górze, Gdańsku, Warszawie. Każde z tych miejsc działa według własnego modelu – i ja nie mam na to większego wpływu, ani nie chcę go mieć. To ich wolność – wolność rodziców i lokalnych społeczności do edukowania dzieci po swojemu.

My ogarniamy kwestie formalne – egzaminy, legitymacje, świadectwa, wsparcie finansowe – i zapewniamy ramy, dzięki którym te miejsca mogą funkcjonować legalnie.

Mamy też wielu uczniów w edukacji domowej niezrzeszonych w grupach – rodziny, które korzystają z naszego lokalnego wsparcia. Tu pojawia się coś, co rodzice często nazywają „hybrydą”. Dzieci uczą się częściowo w domu, a częściowo w naszej pracowni – przychodzą na zajęcia integracyjne, emocjonalne, konsultacje przedmiotowe.

Pracownia funkcjonuje od około trzech lat w Poznaniu i zrzesza uczniów ze wszystkich klas. Spotykają się dwa, czasem trzy razy w tygodniu na takie właśnie zajęcia.

Na podstawie tych doświadczeń otwieramy teraz klasy stacjonarne – pięciodniowe – w Supernowej, na poznańskich Jeżycach. To będzie szerszy, bardziej „szkolny” proces edukacyjny, ale nadal z dużym szacunkiem dla roli rodziców – bo to oni są pierwszym i najważniejszym elementem rozwoju dziecka.

Na przykład nasza wizja szkoły różni się od typowej szkoły prywatnej, która stara się zapewnić opiekę od ósmej do siedemnastej – często za duże pieniądze.

My myślimy o szkole, która działa od dziewiątej do czternastej. Nie zabieramy dzieciom całego dnia – zostawiamy przestrzeń na czas z rodzicami. Chcemy, by kultura relacji, wychowania, edukacji – płynęła przede wszystkim z domu.

– Wiesz co, to, co robicie, jest formą wprowadzania różnorodności do edukacji. Profesor Marek Kaczmarzyk – który był kilkukrotnie gościem podcastu – mówi, że przyszłością edukacji jest różnorodność. Różni ludzie mają różne potrzeby, uczą się w różny sposób i najbardziej brakuje nam dziś… wyboru.

Dzieciom, którym z różnych powodów nie pasuje tradycyjny model edukacji – a statystycznie rzecz biorąc, to cztery piąte uczniów – brakuje alternatywy. A z tego, co mówisz, wynika, że tworzycie właśnie różne inne opcje.

Zastanawiam się więc: co twoim zdaniem jest kluczowe, by taka różnorodność mogła powstawać? Co szkoły – takie jak wasze – powinny dzieciom zapewniać?

– Od początku zaangażowałem się w edukację domową właśnie dlatego, że daje rodzicom prawo do własnego pomysłu, do indywidualnego modelu wychowawczego. To rodzic najlepiej zna swoje dziecko. Placówka nie powinna go zastępować, tylko wspierać różne pomysły edukacyjne.

I oczywiście – możemy mieć jakąś wizję, punkt odniesienia, do którego dążymy. Ale najważniejsze jest to, żebyśmy naprawdę pracowali z dzieckiem, które mamy przed sobą – tu i teraz. Z jego realnymi potrzebami i zasobami.

Dlatego szkoły nie mogą być masowe. Nawet jeśli kadra liczebnie odpowiada liczbie dzieci, to przy dużych placówkach nie da się uniknąć anonimowości, strukturalnych schematów, które niszczą jakość i indywidualność.

Bardzo często mówi się, że dzieci z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego są inne. Ale każde dziecko, któremu pozwolimy być sobą, jest inne. Każde ma swoje potrzeby i sposób ich wyrażania.

Oczywiście – wszyscy ludzie mają podobne potrzeby, ale wyrażają je bardzo różnie. I to widać na każdym etapie rozwoju.

Dlatego szkoła musi być kameralna, nastawiona na poznanie dziecka takim, jakie jest. Powinna dawać narzędzia do poznania samego siebie i wspierać rozwój na każdym poziomie.

Szkoła musi też oferować różnorodne formy działania – bo jedno dziecko uwielbia zdobywać wiedzę w formie intelektualnych wyzwań, inne woli ruch, a jeszcze inne działa artystycznie. Jedno lubi obserwować świat siedząc na drzewie, inne – siedząc na dywanie, a jeszcze inne – w ławce.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby odpowiadać na każdą możliwą potrzebę. Ale jeśli możemy zindywidualizować proces edukacyjny – to róbmy to.

Dzisiaj uważam, że w szkołach masowych, w obecnym modelu – to nie jest możliwe. Po prostu nie.

– Dobra, to mam kilka konkretnych pytań. Pierwsze: jak w takim razie wygląda dzień i tydzień w waszych szkołach?

– Na przykładzie pracowni: dzień zaczynamy o dziesiątej, bo uważamy, że mózg – nie tylko dziecka, ale ogólnie – najlepiej pracuje, kiedy jest wyspany. Myślę, że Marek Kaczmarzyk też mógłby się pod tym podpisać.

Oczywiście wiem, że to może być trudne – nie każdy rodzic może przywieźć dziecko na dziesiątą, bo pracuje. Ale dla nas to taki najbardziej efektywny moment na rozpoczęcie nauki.

W pracowni pracujemy od dziesiątej do czternastej – to czas najbardziej optymalny do działania z dziećmi.

Druga sprawa to przestrzeń – ona musi być przyjazna dzieciom. Skrojona pod nie – zarówno architektonicznie, jak i pod względem kolorystyki, a przede wszystkim: aktywności.

Model, w którym dzieci głównie siedzą w ławkach – to nie nasz model. Dzieci są w ruchu. I to nie tylko te najmłodsze, które naturalnie tego potrzebują – wszystkie dzieci potrzebują ruchu.

Potrzebują też odpoczynku – miejsca, gdzie można się położyć, posiedzieć, pobyć chwilę w spokoju. Szkoła musi być przemyślana także pod tym kątem.

Dziś w rozwoju osobistym dużo mówi się o odpoczynku. Ale czy szkoła nadążyła za tą refleksją? Czy tworzy przestrzeń i czas na odpoczynek? Bo przecież 10 czy 15 minut przerwy to nie jest realny czas na regenerację.

W Supernowej – naszej szkole stacjonarnej – dzień zaczyna się o dziewiątej. Pierwsza godzina to czas na łagodne wejście w dzień.

Jeśli ktoś nie zdążył zjeść – może to zrobić. Jeśli ktoś potrzebuje porozmawiać z kolegą, pograć w szachy, wymienić się kartami – to jest na to miejsce. Wejście w dzień jest spokojne.

Możesz dospać, posiedzieć chwilę w samotności. Nie zaczynamy od kartkówki na rozruch, nie budzimy dziecka wywołując je do tablicy – tylko dajemy mu czas.

Ale żeby tak działać, trzeba widzieć dziecko. Trzeba je dostrzegać. To wymaga czasu, namysłu i doświadczenia.

Ja też nie wiedziałem tego wszystkiego 10 lat temu. Na szczęście edukacja demokratyczna, od której zaczynałem, od razu wrzuciła mnie na głęboką wodę.

– A jeśli ktoś nie wie, czym jest edukacja demokratyczna, to zapraszamy do rozmowy z Marianem Kusińską – tam dokładnie omawiamy, jak wyglądają takie szkoły.

– Dokładnie. To doświadczenie pozwoliło mi zobaczyć szerokie spektrum możliwości i wybrać to, co uważam za wartościowe – to, co może działać w naszym modelu.

– Musimy też pamiętać o różnorodności samych rodziców. Dzisiaj edukacja domowa wygląda inaczej niż kiedyś.

Wcześniej najczęściej wybierali ją rodzice, którzy mieli na to pomysł i możliwości – przemyśleli tę decyzję i byli gotowi wspierać dzieci w tym procesie.

Dziś trafia do nas coraz więcej dzieci, które nie poradziły sobie w systemowej edukacji – albo to system sobie z nimi nie poradził. Może nie jesteśmy ostatnią deską ratunku, ale jesteśmy miejscem, które potrafi ich usłyszeć i zobaczyć.

Wracając do pytania: jak to robimy? Na pewno ważne miejsce zajmują u nas prace manualne – robienie czegoś rękami. Dzisiaj dzieci bardzo tego potrzebują.

W świecie, w którym telefon czy tablet jest obecny na każdym kroku, a dorośli ciągle patrzą w ekrany, dzieci też chcą to robić. Naśladują dorosłych.

Ten cyfrowy świat jest dla nich atrakcyjny – ale jeśli dasz im glinę, farby, piłę i młotek – potrafią powiedzieć: „To jest lepsze niż informatyka!”.

Edukacja, jaką widzę dzisiaj, to nie tylko nauka – ale też realny czas na rozmowę z kolegami, na poznanie się, na wspólną zabawę.

Żyjemy w świecie bez podwórek – a kiedyś to właśnie tam dzieci uczyły się relacji.

Na podwórku ustalaliśmy zasady, kłóciliśmy się, obrażaliśmy i wracaliśmy po dwóch godzinach, żeby znów się bawić. To był nieustanny trening umiejętności społecznych – dzisiaj tak modne pojęcie w kontekście dzieci z orzeczeniami.

My traktujemy całą naszą szkołę jako taki „wieczny trening umiejętności społecznych”. Dzięki małym klasom – po 12 dzieci i dwóm prowadzącym – mamy komfort, by się zatrzymać, gdy pojawia się konflikt.

Nie gonimy za programem – zatrzymujemy się przy tym, co dzieje się tu i teraz. I widzimy efekty. Bo co nam po tym, że damy dziecku uwagę lub karę, wyprowadzimy z klasy i… właściwie nic się nie zmieni?

Zamiast tego wolimy się zatrzymać i popracować nad sytuacją.

– Właśnie o to też chciałem cię zapytać. Bo w tradycyjnej edukacji dominuje przekonanie, że istnieje określony zestaw wiedzy i umiejętności, które każde dziecko musi opanować. Cały proces edukacyjny organizuje się wokół tego celu.

Jaka jest skuteczność takiego podejścia – to osobny temat. Ale duża część ruchu edukacji alternatywnej wynika chyba z niezgody na to założenie.

Sir Ken Robinson mówił w swoich wystąpieniach, że nie jesteśmy w stanie dziś określić, co dzieci będą musiały wiedzieć w przyszłości.

Ty mówisz o pracach manualnych, czasie na odpoczynek, szachach, rozmowach z kolegami. Czy twoim zdaniem istnieje jakiś zestaw kompetencji, które dzieci powinny zdobywać? Czy dążycie do tego, by dzieci opanowały podstawę programową?

– Wiesz co, myślę, że gdybyś zadał mi to pytanie 5 czy 10 lat temu, odpowiedziałbym inaczej. Wtedy bardziej bym się z tą podstawą programową kłócił.

Dziś kłócę się z nią mniej – nie tylko dlatego, że prowadzę formalnie istniejącą szkołę, która musi się do niej odnosić, ale dlatego, że… może być punktem wyjścia.

Szczególnie w edukacji wczesnoszkolnej warto się nad nią zastanowić i nie odrzucać jej od razu. Wbrew pozorom nasze prawo oświatowe jest dość liberalne – pozwala na wiele, tylko trzeba to wiedzieć i mieć odwagę, żeby to wdrażać.

Problemem nie jest sama podstawa programowa, tylko to, jak bardzo się ją rozciąga – podręczniki ją sztucznie rozszerzają. Te same zadania powielane są w pięciu książkach, tylko cukierki zmieniają się na piłki, a Ala na Olę.

Dlatego nie korzystamy z podręczników, ale z samej podstawy już tak – zapraszam moich nauczycieli, żeby się z nią zaprzyjaźnili.

Bo kiedy już się nią zajmiemy, okazuje się, że zostaje dużo przestrzeni na inne rzeczy – np. na zainteresowania dzieci.

Jak Olek interesuje się motoryzacją, to może opowiedzieć o tym klasie, możemy zrobić tydzień poświęcony temu tematowi, zaprosić dziadka, który pracuje w salonie samochodowym, pojechać z wizytą, zrobić prezentację…

Nauczyciel może pokazać, jak się ją robi, a dziecko przy okazji nauczy się obsługi programu do prezentacji. To działa.

Oczywiście na późniejszych etapach nauczania – kiedy pojawiają się przedmioty, wiedza się dzieli, staje się bardziej abstrakcyjna – jest trudniej.

Ale nadal można robić to ciekawie. Na przykład: u nas w szkole robiliśmy projekt PRL-u. Graliśmy w planszówkę „Kolejka”, organizowaliśmy scenki z ustawianiem się w sklepowych kolejkach, dzieci się przebierały, tworzyły scenografię.

To wszystko podstawa programowa – historia, sztuka, społeczeństwo. Wystarczy wierzyć w to, co się robi, nie bać się, że coś odbiega od schematu – i po prostu to robić.

Z drugiej strony: wiedza to tylko jeden kawałek układanki. Dziś wiedzę mamy w telefonie – naszym zadaniem jest raczej nauczyć dzieci, jak ją ocenić:

Czy jest aktualna? Czy prawdziwa? Czy da się ją zastosować?

Bo wiemy, że przekazywanie wiedzy w formie wykładu – gdzie nauczyciel mówi, jak jest, a dzieci mają to zapamiętać – jest najmniej skuteczne.

Dlatego uczymy matematyki w stolarni – dzieci odmierzą kawałek drewna, wyznaczą miejsce na odwiert, użyją liniału, kątomierza… I nauczą się tego realnie, w działaniu.

Bo jeśli twierdzenie Pitagorasa ma sens, to nie tylko na papierze.

– No tak. Od razu przypomina mi się to, co mówi Marek Kaczmarzyk – że nasze mózgi nie są stworzone do zapamiętywania informacji w taki sposób, jak zakłada szkoła.

Albo może inaczej: tylko część osób uczy się w ten sposób. A my musimy w końcu zobaczyć, że dzieci uczą się różnie – i szkoła powinna odpowiadać na potrzeby wszystkich, nie tylko tych z dobrą pamięcią.

– Dokładnie. Dzieci, które wstają, nie mogą usiedzieć w miejscu – to nie są „niegrzeczne dzieci”, tylko takie, które wołają o inny sposób poznawania.

Jeśli mówimy o wiedzy, to one też mogą się jej uczyć – tylko inaczej. Przez dotyk, ruch, doświadczenie. A szkoła wciąż jest monotematyczna – zakłada, że jej zadaniem jest transmisja wiedzy.

Ale gdzie miejsce na rozwój społeczny, emocjonalny, fizyczny, duchowy? Przecież człowiek to nie tylko mózg – to znacznie więcej.

– Tak, i mamy mnóstwo przykładów, zwłaszcza w edukacji domowej, jak dzieci uczą się skutecznie właśnie przez doświadczenie.

U nas w mieście działa świetne miejsce – miejski warsztat. Dzieci mogą tam korzystać z narzędzi, budować różne rzeczy.

Ostatnio nasz sześciolatek i ośmiolatek postanowili zbudować sobie skrzynię na zabawki. I co się dzieje?

Ten sześciolatek bierze linijkę, odmierza, rysuje projekt, a kiedy pani z warsztatu pyta: „Zostawiłeś miejsce na zawiasy?”, przelicza wszystko od nowa – o te dwa milimetry.

To jest realna nauka.

– Dokładnie. I to jest dla mnie kluczowe: kiedy dzieci uczą się przez rozwiązywanie swoich własnych problemów, wynikających z ich inicjatywy, z ciekawości, z entuzjazmu – wtedy uczą się najskuteczniej.

I dlatego ja nie nazywam tego „alternatywą”.

Dla mnie to po prostu dobra edukacja. Świadoma, przemyślana, oparta na uważności i autentyczności.

Bo jaka w tym alternatywa, że ja po prostu widzę dziecko takim, jakie ono jest?

– To prawda. A to, co mówisz o uczelniach, też jest ciekawe – bo często mówimy o zmianie szkoły, ale uczelnie wyższe uczą tak samo jak szkoły podstawowe. Przekazują wiedzę wykładem i tyle.

– Dokładnie. Uczymy tam o tym, jak uczyć – a robimy to tak, jak w szkole. To temat na osobną rozmowę.

Ale wracając: ja wolę mówić po prostu o dobrej edukacji. Takiej, którą ciągle przemyślamy i rozwijamy – bo nie wiemy wszystkiego, jesteśmy w procesie. I tak chcę na to patrzeć.

– Wcześniej powiedziałeś, że rodzice czasem nazywają wasze podejście edukacją hybrydową. Przyznam, że sam też czasem tak to nazywam – na własny użytek. Rozumiem przez to połączenie edukacji domowej z byciem w jakiejś placówce.

Powiedz może więcej: jak to wygląda z perspektywy rodzin, które u was uczą dzieci? I czy twoim zdaniem możemy naprawdę mówić o edukacji hybrydowej?

– Tak. I myślę, że to może być – jeśli spojrzymy w przyszłość – naturalny kierunek.

Dziś mamy dostęp do wiedzy dużo łatwiej niż 100 lat temu. W tym kontekście szkoła może stać się przede wszystkim miejscem rozwoju społecznego – przestrzenią do wspólnych projektów, do działania, do praktyki.

Wiedzę można zdobywać samodzielnie – przez podcasty, kursy online, warsztaty. Jeśli dziecko czegoś potrzebuje, znajdzie to. A szkoła może służyć temu, żeby tę wiedzę wdrażać, doświadczać jej w praktyce.

Trochę tak jak pisał Ivan Illich w książce „Społeczeństwo bez szkoły”. Opisywał model, w którym biblioteki przestają być tylko miejscem wypożyczania książek – stają się przestrzenią kultury, wymiany, działania.

Można w nich wypożyczyć nie tylko książkę, ale też rower, gitarę – i uczyć się wspólnie z innymi.

Państwo wspiera wtedy miejsca, w których ludzie mogą się skrzyknąć, uczyć razem, korzystać z zasobów – bez formalnego programu.

Szkoła może być właśnie takim miejscem – wyposażonym w laboratoria, warsztaty, salę gimnastyczną, narzędzia.

Może stać się pracownią, w której dzieci robią różne rzeczy – bo w domu często brakuje miejsca, narzędzi, wsparcia.

Dla jednych to miejsce może być potrzebne na trzy dni w tygodniu, dla innych na pięć. W zależności od potrzeb.

I wydaje mi się, że częściowo już taki model wdrażamy.

– To brzmi świetnie, ale też… drogo.

Małe grupy, dzieci robiące różne rzeczy, warsztaty, instrumenty, komputery, miejsce na odpoczynek, nauczyciele – czy takie formy edukacji muszą być drogie? Czy widzisz szansę, by takie rozwiązania były bardziej dostępne?

– Powiem tak: na tyle, na ile rozumiem ekonomię – i na tyle, ile obserwuję wydatki publiczne – pieniądze w systemie są.

Problemem jest to, jak są wydawane.

U nas edukacja domowa jest bezpłatna. Pracownia – od niedawna – kosztuje symboliczne 200 zł miesięcznie. Za 8, czasem 12 spotkań w miesiącu.

Da się to zrobić. Można mieć fajnie wyposażone sale. Trzeba po prostu dobrze zarządzać środkami.

Nauczyciele też mogą zarabiać – może nie kokosy, ale godnie. Nasza szkoła nie podlega Karcie Nauczyciela – więc mamy większą elastyczność, jeśli chodzi o wynagrodzenia.

Nauczyciel świeżo po studiach może u nas zarabiać więcej niż ktoś z 10-letnim stażem w szkole publicznej. I to działa.

– Zdaję sobie oczywiście sprawę, że systemowo edukacja może być niedofinansowana – nie wypowiadam się za cały kraj, tylko jako praktyk, który prowadzi szkoły od lat.

I wiem jedno: nie trzeba pobierać od rodziców ogromnych opłat, żeby stworzyć dobrą edukację.

Na dziś – przy obecnym poziomie dotacji – to jest możliwe. Oczywiście co roku są dyskusje o tym, czy finansowanie edukacji domowej zostanie ograniczone. Jeżeli rzeczywiście dotacja spadnie, być może będziemy musieli wprowadzić większe opłaty.

Ale na ten moment – da się.

I mówię to też jako rodzic. Bo ostatecznie chodzi o nasze dzieci.

To kwestia priorytetów. Jeżeli rozwój i edukacja naszych dzieci są dla nas ważne – to po prostu dokonujemy wyboru. Albo inwestujemy w to, albo nie.

– Powiedziałeś wcześniej o relacjach i o kompetencjach społecznych – że to podstawa. Dziś mówi się, że to właśnie one są najważniejsze: umiejętność współpracy, empatia, komunikacja.

– Ja bym nawet nie nazywał tego kompetencjami – dla mnie to fundament życia.

Bez relacji, bez czasu spędzanego razem, bez słuchania siebie nawzajem… to się po prostu nie uda.

W rodzinie, w wychowywaniu dzieci – to właśnie relacja i wspólny czas budują zaufanie. Dziecko potrzebuje naszej obecności.

Jako ojciec wiem, że dzieci bardzo mocno chłoną to, co widzą w domu. Obserwują, jak się przytulamy, jak spędzamy czas. One to powielają.

Nawet jeśli w pewnym momencie telefon czy internet będą bardziej atrakcyjne, to to, co zbudowaliśmy wcześniej – zostaje.

Nastolatki będą miały swoje światy, będą się bardziej identyfikować z rówieśnikami – ale to nie zmienia faktu, że relacja z rodzicem jest fundamentem.

Dlatego warto uświadomić sobie, że dzieci potrzebują nas szczególnie w określonych etapach życia. I dobrze, jeśli umiemy ten czas naprawdę wykorzystać.

W szkole chodzi o to samo – by dziecko zostało zauważone, by miało przestrzeń do rozmowy.

Oczywiście nauczyciel nie zastąpi rodzica – ale szczególnie w edukacji wczesnoszkolnej może mieć ogromne znaczenie.

Dzieci często mówią: „Bo pani w szkole powiedziała…” – i to ma dla nich duże znaczenie.

Pamiętam ze swojego dzieciństwa, jak moja nauczycielka matematyki powiedziała mi, że zna moją mamę.

To zmieniło wszystko. Przestałem widzieć w niej tylko nauczycielkę – stała się kimś bliskim, kimś, kto zna moją rodzinę.

To było małe odkrycie, a miało wielki wpływ. I to pokazuje, jak bardzo ważna jest relacja w edukacji.

Szkoła to infrastruktura, to miejsce – ale przede wszystkim to ludzie. I właśnie z tym wiążę największy potencjał rozwoju.

– To prowadzi mnie do kolejnego tematu – bo jednym z najczęstszych pytań o edukację domową jest pytanie o socjalizację.

Moim zdaniem edukacja domowa często daje więcej szans na rozwój społeczny niż szkoła.

Po pierwsze – tradycyjna szkoła opiera się na grupach jednowiekowych, co w realnym życiu nie ma odzwierciedlenia.

Po drugie – społeczność dorosłych w szkole jest bardzo sfeminizowana. I to też nie odzwierciedla świata poza szkołą.

W tradycyjnej szkole brakuje mężczyzn – a wasze placówki, jak rozumiem, są trochę inne. Jak wygląda u was budowanie relacji i kompetencji społecznych? I co z tą obecnością mężczyzn w edukacji?

– Zacznę od tego, że rzeczywiście obserwuję coraz większe zaangażowanie ojców.

Aby zapisać dziecko do edukacji domowej, potrzeba zgody obojga rodziców – i często widzę, że ojcowie są naprawdę aktywni.

Zmienia się struktura rodzinna – coraz więcej ojców chce uczestniczyć w wychowaniu dzieci. To duża zmiana w porównaniu do poprzednich pokoleń, gdzie ojciec był nieobecny, przepracowany, nieumiejący okazywać emocji.

Dziś wielu ojców przyprowadza dzieci, bierze udział w wydarzeniach szkolnych, organizuje zajęcia – np. u nas jeden z ojców prowadzi warsztaty gry na ukulele.

– Faktem jest, że mężczyzn w edukacji jest bardzo mało. Statystyki są tu bezlitosne – w Polsce to około 15% ogółu nauczycieli.

A w edukacji wczesnoszkolnej? Zaledwie 1%.

I naprawdę to widać.

Ja sam, prowadząc rekrutacje do naszych szkół, obserwuję, że zdecydowana większość zgłoszeń to kobiety.

Od pół roku rozwijamy projekt warsztatu stolarskiego w naszej szkole. Współtworzę go z zaprzyjaźnionym stolarzem. Chcieliśmy zatrudnić dodatkowe osoby do prowadzenia zajęć – zgłosiły się same kobiety.

I to świetnie, że kobiety pracują z drewnem, z młotkiem, z piłą – to stereotypowo „męskie” zajęcia, a one doskonale się w tym odnajdują.

Ale ciekawe jest to, że nie było ani jednego zgłoszenia od mężczyzny.

Również przy rekrutacji do naszej szkoły stacjonarnej – na dziesięć zgłoszeń tylko jedno było od mężczyzny. I to bardzo młodego – szukającego dopiero swojej drogi, zaangażowanego, ciekawego.

To jest dla mnie zastanawiające.

Dlaczego tak jest?

Praktyka pokazuje, że mężczyźni, którzy pracują z dziećmi – czy w naszej kadrze, czy w innych placówkach – są bardzo dobrze odbierani.

Rodzice to zauważają i doceniają. Dzieci to pamiętają. Kadra również widzi wartość ich obecności.

Mój syn, na przykład, chodzi do przedszkola, gdzie jest mężczyzna – wychowawca. I to jest osoba, którą mój syn najczęściej wspomina.

„Z kim się dziś bawiłeś?” – „Z Jackiem!”. Bo Jacek jest facetem, który robi inne rzeczy niż nauczycielki – pozwala dzieciom wejść na drzewo, nie panikuje, kiedy się przewrócą.

Nie mówi „nie rycz”, ale potrafi powiedzieć coś, co pozwoli dziecku się otrzepać i pójść dalej.

Jest empatyczny – ale inaczej.

I to jest ważne. Potrzebujemy różnorodności. Różne style komunikacji, różne podejścia – nie muszą krzywdzić.

W naszej szkole mamy też Marcina – informatyka, który gotuje, gra w planszówki, prowadzi zajęcia. Dzieci go uwielbiają. Jest facetem, wygląda inaczej niż większość nauczycielek, ma swój styl.

I to działa. Dzieci czują się przy nim bezpiecznie.

Nie chodzi o to, by oceniać kogoś przez pryzmat płci – ale by doceniać realne kompetencje i wpływ, jaki mają na dzieci.

A mężczyźni mają coś do wniesienia. I musimy im dawać szansę – by mogli się w tej edukacji rozwijać i wnosić swoją perspektywę.

– Zastanawiam się, co możemy zrobić, żeby zaprosić do edukacji więcej mężczyzn. Bo jeśli spojrzymy na całość systemu edukacji w Polsce, to ta nierównowaga jest naprawdę duża.

Jednym z powodów może być kwestia finansów. Przez lata zawód nauczyciela był po prostu słabo opłacany – i to mogło wpływać na decyzje zawodowe mężczyzn.

– Tak, to ciekawa obserwacja. Historycznie, w czasach rewolucji przemysłowej, pojawiło się wiele nowych zawodów. W tym samym czasie rozwijał się ruch sufrażystek, kobiety zyskały dostęp do edukacji i zaczęły pracować zawodowo.

Zawód nauczyciela – kiedyś zdominowany przez mężczyzn – został w dużej mierze przejęty przez kobiety.

Z jednej strony naturalnie – bo wiele kobiet miało już doświadczenie w opiece nad dziećmi, a edukacja wczesnoszkolna jest bardzo bliska temu, co robi się w domu.

Z drugiej strony – mężczyźni zaczęli szukać lepiej płatnych zawodów.

Dziś sytuacja się zmienia. Kobiety są w pełni obecne na rynku pracy. Zarabiają, mają własne firmy, rozwijają się zawodowo.

I to daje mężczyznom większą elastyczność – nie muszą być jedynymi żywicielami rodziny.

Mogą wybrać zawód nauczyciela, bo naprawdę ich to interesuje – bo mają na to kompetencje, chcą pracować z dziećmi.

Nie muszą już zarabiać „na dwóch etatach”, pracować po 14 godzin, żeby utrzymać rodzinę.

– A mimo to, wciąż na 10 zgłoszeń do pracy, 9 to kobiety. Dlaczego?

– Myślę, że wciąż żyjemy w wielu społecznych stereotypach.

Dla chłopaka „opieka nad dziećmi” nie jest naturalnym pierwszym wyborem.

A mężczyzna pracujący w przedszkolu czy szkole podstawowej? Dla wielu ludzi to nadal coś dziwnego.

Trzeba te stereotypy rozbrajać.

Na szczęście dziś mamy też więcej narzędzi, by dbać o bezpieczeństwo dzieci. Są procedury, sygnaliści, narzędzia państwowe – szkoły i placówki są pod większą kontrolą.

To pomaga – bo niezależnie od płci, każdy nauczyciel powinien być oceniany przez pryzmat kompetencji i relacji z dziećmi.

I mam nadzieję, że szkoły będą coraz bardziej otwarte na młodych ludzi, którzy chcą pracować w edukacji – także w edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej.

Bo im więcej takich dobrych przykładów, tym więcej fermentu i zmiany – tym większa szansa, że mężczyźni zostaną zauważeni jako realna wartość w edukacji.

– Wiesz, to jest jedna rzecz. Ale druga – szkoła musi też nadążać za tym, jakie aktywności są atrakcyjne dla mężczyzn.

Weźmy choćby nasz warsztat stolarski. To może być stereotypowo „męska” przestrzeń – ale okazuje się, że takie zajęcia są świetne nie tylko dla dzieci, ale też dla nauczycieli.

Bo praca manualna – czy to drewno, glina, gotowanie – to nie tylko motoryka mała. To cierpliwość, skupienie, uważność, umiejętność odroczenia efektu w czasie.

Bo nie zrobisz skrzynki w jedną lekcję – potrzebujesz kilku spotkań, planu, konsekwencji.

Jeśli w szkołach będzie więcej takich aktywności – projektowych, procesowych, namacalnych – to stanie się to też atrakcyjne dla nauczycieli-mężczyzn.

Bo jeśli edukacja opiera się głównie na siedzeniu w ławce, powtarzaniu i pisaniu – to po pierwsze, nie działa dla wielu dzieci, a po drugie – dla wielu potencjalnych edukatorów to po prostu nie jest pociągające.

W dodatku system wciąż bywa „uszyty pod dziewczynki” – bo one łatwiej odnajdują się w szkolnym modelu: dłużej siedzą, więcej zapamiętują, lepiej zapisują.

Widać to na każdym szczeblu edukacji – choćby w statystykach ukończenia studiów.

Ale chłopcy – to nie znaczy, że są „gorsi”. Oni po prostu potrzebują innych form uczenia się.

I kiedy to zrozumiemy, i kiedy szkoła zacznie to uwzględniać – będzie to korzyść dla wszystkich.

Bo edukacja zróżnicowana, elastyczna, oparta na realnym doświadczeniu – to edukacja, która może służyć każdemu.

I taka, w której jest miejsce dla mężczyzn – i jako ojców, i jako nauczycieli.

Dodaj komentarz