Podcast

Po 10 latach edukacja domowa mnie przeciążyła – choć wiem, że to najlepsza droga dla dzieci

Odcinek 45

Dziś rozmowa o czymś, co rzadko wybrzmiewa w kontekście edukacji domowej – o zmęczeniu i przeciążeniu rodzica.

Agnieszka Gozdek – mama czwórki dzieci i autorka kanału EduRodzinka – od 10 lat uczy swoich synów w edukacji domowej.

W tym roku dwóch jej synów – z własnej decyzji – wraca do szkoły. Agnieszka mówi dziś wprost:„Jestem zmęczona i przeciążona. Czuję, że nie jestem już w stanie zaspokajać potrzeb edukacyjnych moich dzieci tak, jak bym chciała.”

W tej szczerej rozmowie opowiada m.in. o tym:

  •  jak wyglądała ich codzienność w edukacji domowej,
  •  jak jej synowie rozwijali kompetencje społeczne,
  •  kiedy i dlaczego poczuła, że to już za wiele.

To także opowieść o tym, że edukacja domowa nie musi być decyzją na zawsze. Że ma odpowiadać na potrzeby całej rodziny i zawsze możemy pozwolić sobie na zmianę kursu.

Zapraszamy do wysłuchania 45. odcinka podcastu BajExample – o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.

📬 Zapraszamy do newslettera dla rodziców!

Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o tym, co pomocne w wychowaniu i edukacji dzieci oraz w dbaniu o potrzeby nas, rodziców, zapraszamy Cię do naszego newslettera. Znajdziesz tu polecenia książek, wydarzeń, spotkań, kursów czy podcastów, które okazały się pomocne dla nas. Kliknij i zapisz się tutaj  👉 wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Przeczytaj

Dziś rozmowa o tym, o czym rzadko mówi się w kontekście edukacji domowej — że choć jest to piękna droga dla dzieci i całej rodziny, może prowadzić do zmęczenia i przeciążenia rodzica. Naszą rozmówczynią jest Agnieszka Gozdek, mama czwórki dzieci, znana z kanału Edu Rodzinka, która od dziesięciu lat prowadzi edukację domową. W tym roku dwaj jej synowie, z własnej decyzji, wracają do szkoły. Agnieszka mówi wprost: czuje się zmęczona i przeciążona, a także, że nie jest już w stanie w taki sposób, jak by chciała, odpowiadać na potrzeby edukacyjne swoich dzieci. Opowie też o codzienności w edukacji domowej, przygotowaniach do egzaminów, socjalizacji i o tym, w jakich sytuacjach jej synowie rozwijali kompetencje społeczne. Wreszcie o tym, kiedy poczuła, że to już dla niej za dużo.

To rozmowa, która pokazuje, że edukacja domowa nie musi być decyzją na całe życie. Ma odpowiadać na potrzeby całej rodziny, a kierunek można w każdej chwili zmienić.

Nazywam się Aleksander Baj i zapraszam do wysłuchania 45. odcinka podcastu By Example — o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i tym, co z nas wyrośnie.

Agnieszka Gozdek — mama czterech chłopaków, którzy dotychczas nie chodzili do szkoły. Od tego roku część z nich wraca do systemu.

— To znaczy, Szymon chodził wcześniej do szkoły, więc dla niego to powrót, a niektórzy idą pierwszy raz. W każdym razie połowa rodziny zostaje w edukacji domowej, połowa od września zacznie szkołę — tłumaczy Agnieszka.

Tworzyła (i częściowo wciąż prowadzi) kanał na YouTube Edu Rodzinka, pokazując, jak wyglądało ich życie w edukacji domowej.

Początki edukacji domowej

— Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, nawet nie słyszałam o edukacji domowej — mówi Agnieszka. — Wszystko zaczęło się w 2015 roku, kiedy Maksymilian miał iść do zerówki jako pięciolatek. Wtedy w moim życiu pojawiły się trzy rodziny, które zaczęły opowiadać o tym sposobie edukacji. To było dla mnie ogromne zaskoczenie — temat zupełnie mi obcy, a nagle z różnych stron spotykam ludzi, którzy o tym mówią.

Punktem przełomowym było obejrzenie filmu Alfabet. Nie był to moment „od jutra uczymy w domu”, ale zasiane zostało ziarenko. W tamtym czasie byłam w ciąży z Tomkiem i na L4, ciąża była trudna, a Maks miał zacząć zerówkę. W sierpniu zadzwoniliśmy do szkoły z informacją, że ani Maks nie idzie do zerówki, ani Szymon do przedszkola. Pani w sekretariacie zapytała „Dlaczego?”, a ja — już nastawiona bojowo — odpowiedziałam: „Bo tak zdecydowaliśmy, i koniec”.

Pomyślałam wtedy: mam czas, jestem w domu, spróbujemy. Pociągało mnie też to, że nie będę musiała rano wstawać i szykować dzieci do placówek. Z noworodkiem mogliśmy żyć w spokojniejszym rytmie.

Z tego, co widziałam na waszym kanale, wydawałaś się bardzo poukładaną osobą, a wasze życie w edukacji domowej wyglądało na dobrze zorganizowane. — Ja ogólnie nie jestem osobą spontaniczną ani taką, która działa wyłącznie pod wpływem chwili — odpowiada Agnieszka. — Od początku podeszłam do tego poważnie: książki o wychowaniu, o edukacji Montessori, warsztaty… Na tyle, na ile mogłam, bo po dwóch latach urodził się Piotruś, a życie kręciło się wokół dzieci. Starałam się jednak, żeby było to poukładane — na tyle, na ile można przy noworodkach. W teorii brzmi to fajnie, ale w praktyce była to jazda bez trzymanki.

Na szczęście Maks, nasz najstarszy syn, był bardzo zdolny. Już w przedszkolu panie mówiły, że się nudzi, nie chce się bawić, więc przygotowywały dla niego dodatkowe zadania. Chwytał nowe rzeczy bardzo szybko, co dodatkowo zmotywowało nas do spróbowania edukacji domowej. Pomyślałam wtedy: mamy zdolne dziecko, możemy je pokierować po swojemu, dać wolność, ale też dobrą edukację. Nie zależało mi na całkowitej swobodzie, chciałam przedłużyć dzieciństwo, ale bez rezygnowania z nauki.

Nauka zawsze była dla nas ważna. Często, gdy ktoś pytał, jak to robię, że moje dzieci dobrze się uczą, odpowiadałam: „Normalnie, jestem wymagającą mamą”. Nie chodziło o to, żeby nie robiły nic — raczej o to, żeby uczyły się więcej, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Na początku, kiedy zaczynałam z Maksem, sama uczyłam się, jak wypracować odpowiedni rytm dnia. Wszystko wyglądało inaczej, kiedy każde z dzieci miało już swoje łóżko, a ja mogłam wstawać wcześniej. Do dziś wstaję pierwsza, choć od roku robi to też mój mąż, bo pracuje na pierwszą zmianę w górnictwie — wstaje o czwartej, a o wpół do piątej jedzie do pracy. Ja wstaję około 5:00–5:30, ogarniam śniadanie, lubię mieć chwilę dla siebie i przygotowuję materiały do nauki.

Kiedy chłopcy byli mali, wyglądało to inaczej. Jeśli wstawałam, oni też się budzili, więc wolałam leżeć jak najdłużej, by mogli spać. Czasem czytałam książkę, czasem po prostu patrzyłam w sufit — byle ich nie obudzić. W początkowym etapie dzieci głównie się bawiły, a ja, gdy tylko była chwila spokoju, mówiłam Maksowi, co ma zrobić.

Maks od zawsze lubił się uczyć. Kochał matematykę i robił zadania znacznie wykraczające poza swój wiek. Motywacją do nauki czytania w wieku pięciu lat było to, że chciał samodzielnie rozwiązywać zadania tekstowe. Powiedziałam mu, że jeśli nauczy się czytać, będzie mógł je robić bez mojej pomocy, bo przy małych dzieciach nie mogłam mu tego ciągle czytać. Był tak zmotywowany, że nauczył się bardzo szybko. Potem książki całkowicie go pochłonęły.

Przez dwa lata czytał praktycznie bez przerwy. W drugiej klasie, mając osiem lat, pochłonął całe Opowieści z Narnii. Dla mnie to było wygodne — książki kształcą, a ja mogłam poświęcić czas młodszym dzieciom. Szymon, w przeciwieństwie do Maksa, wszędzie biegał, skakał, ciągle był w ruchu. Do tego miałam jeszcze Tomka i później Piotrusia, więc to, że Maks potrafił sam się zająć nauką, było ogromnym ułatwieniem.

Podkreślam jednak, że to nie była kwestia jakiejś niezwykłej metody, tylko jego wrodzonej chęci i łatwości uczenia się. Z pozostałymi dziećmi wyglądało to zupełnie inaczej. Szymon uczył się w ruchu, więc musiałam szukać sposobów, żeby choć na chwilę skupił się na materiale. Czasem powtarzaliśmy lekcję, rzucając sobie piłkę — on odgrywał piłkę, podając odpowiedź. Brzmi to zabawnie, ale było naprawdę wymagające.

Najwięcej energii poświęcałam właśnie na niego. W czwartej klasie egzaminy zaczęły być trudniejsze, a on coraz bardziej skłaniał się ku szkole. Koledzy go namówili, a ja — zmęczona gonieniem go do nauki i wymyślaniem coraz to nowych sposobów na skupienie — z jednej strony cieszyłam się, że idzie do szkoły, a z drugiej było mi przykro, bo kończył się pewien etap.

To była zwykła, publiczna szkoła, od poniedziałku do piątku. U nas nie wchodziła w grę żadna inna opcja, bo wszystkie pozostałe placówki są zbyt daleko. Nie wyobrażam sobie codziennych dojazdów po kilkanaście kilometrów i jeszcze płacenia za szkołę. Nasza szkoła jest niewielka, wiejska, z jedną klasą w każdym roczniku. Uczy się tam około setki dzieci, więc wszyscy się znają. To nie jest ogromny moloch, w którym nagle trzeba odnaleźć się po latach edukacji domowej. Moje dzieci znały prawie wszystkich ze swojego rocznika, więc od razu trafiły do znajomego środowiska.

Nie mieliśmy epizodu w leśnej szkole w sensie codziennej nauki, ale byliśmy zapisani do leśnej szkoły w trybie edukacji domowej. Chłopcy uczestniczyli w zajęciach organizowanych specjalnie dla takich rodzin. Na początku w naszej okolicy edukacja domowa była rzadkością — może dwie, trzy rodziny. Dyrektorka i wicedyrektorka leśnej szkoły, Kinga i Helena, stały się moimi koleżankami. Poznałam Helenę na warsztatach w Koszarawie, kiedy jej córka też była w edukacji domowej. Później wraz z Kingą założyły leśną szkołę.

Pamiętam, jak przy okazji rozmowy o szkole muzycznej powiedziałam Helenie: „Nie chcielibyście w tej leśnej szkole wziąć pod skrzydła także edukacji domowej? Coraz starsze dzieci, coraz więcej egzaminów, a dojazdy do Koszarawy stają się męką”. Kiedy dziecko ma trzy egzaminy, to jeszcze da się to zorganizować, ale gdy ma ich kilkanaście — logistyka robi się bardzo trudna.

Od kolejnego roku byliśmy już zapisani do leśnej szkoły. Dziewczyny zapytały mnie wtedy, z czego mam największe trudności. Odpowiedziałam, że z angielskim — to mój słaby punkt, zawsze czułam się w nim niepewnie. Zorganizowały więc dla chłopców cotygodniowe zajęcia z angielskiego. Później, gdy grupa się rozrosła, a szkoła nie mogła już zapewnić nauczyciela, zebraliśmy się w kilku rodziców i prowadziliśmy spotkania samodzielnie. Każdy brał na siebie prowadzenie jakichś zajęć, czasem zapraszaliśmy trenerów, a szkoła finansowała ich przyjazd.

Leśna szkoła jest położona tuż przy lesie, z plażą nad niewielkim zbiornikiem wodnym. Po zajęciach dzieci spędzały tam mnóstwo czasu, bawiąc się i ucząc w naturalny sposób. Od września planuję kontynuować te spotkania, ale już tylko z Piotrkiem, bo tylko on zostaje w edukacji domowej w tej szkole.

W klasach 1–3 nauka zajmowała zwykle godzinę, czasem półtorej, maksymalnie dwie. Zależało to od tego, czy byliśmy przed egzaminem z angielskiego czy po, od pory roku i od tego, jak bardzo byliśmy już rozkręceni po wakacjach. W tym etapie bardziej stawiałam na czytanie książek i matematykę w formie zabawy niż na sztywne lekcje.

Od czwartej klasy zaczynało się już więcej „prawdziwej” nauki — trzy, cztery godziny dziennie. U Maksa, który jest teraz w liceum, od siódmej–ósmej klasy nauki było naprawdę dużo. Spędzał nad książkami całe dnie. Trudno nawet określić, ile czasu poświęcał wyłącznie na materiał szkolny, bo oprócz tego miał własne ambicje — przygotowywał się do olimpiady matematycznej, pisał eseje, planował wyjazdy na wymianę zagraniczną. Czasem wychodziło po 5–7 godzin dziennie.

Temat, który często wraca w rozmowach o edukacji domowej, to socjalizacja — czyli gdzie dzieci mają kontakt z rówieśnikami i jak uczą się funkcjonowania w grupie. Na początku zupełnie się tym nie przejmowałam. Spotykaliśmy się regularnie z innymi rodzinami edukującymi domowo, prowadziliśmy zajęcia, wynajmowaliśmy salę u emerytowanej przedszkolanki. Z czasem jednak ta inicjatywa się rozpadła — z powodów zdrowotnych, finansowych i logistycznych.

Dla nas głównym miejscem socjalizacji była i jest szkoła muzyczna. Wszystkie nasze dzieci do niej chodzą lub chodziły, więc mają tam swoją grupę znajomych, bliższych lub dalszych przyjaciół. Do tego dochodzi codzienne życie na wsi, gdzie mamy wielu sąsiadów w podobnym wieku — głównie chłopców. Dzieci spędzają razem mnóstwo czasu, biegając i bawiąc się na podwórku.

Uważam, że brak socjalizacji nie dotyczy dzieci z rodzin, które świadomie dbają o kontakty społeczne. Większym problemem bywa później brak tolerancji u dzieci szkolnych wobec tych, które nie chodzą z nimi do klasy. Czasem pojawia się podział na „naszą grupę” i „obcych”, ale podobne podziały istnieją też w samej szkole.

Śmieję się, że temat socjalizacji w szkole jest mocno przereklamowany. Jak powiedział Szymon po pójściu do piątej klasy: „Na przerwie mamy pięć minut, pogadamy chwilę i wszyscy wracają do gadania o grach komputerowych”.

Nie wydarzyło się nic spektakularnego, co nagle zmieniłoby nasze podejście. Jesteśmy w edukacji domowej od dziesięciu lat, choć była jedna sytuacja, która mocno mną wstrząsnęła. Moja koleżanka, mama piątki dzieci uczących się w domu, nagle została sama. Pomyślałam wtedy: „A co, jeśli coś stanie się mojemu mężowi? Jak sobie poradzę? Jak wrzucę dzieci w system z dnia na dzień i jeszcze będę musiała iść do pracy?”.

Od tamtej pory zaczęłam szukać sposobu, żeby mieć choć częściowy kontakt z rynkiem pracy. Od dwóch lat taką pracę mam. Może to był moment, w którym zaczęłam podchodzić do edukacji domowej inaczej — nie podważając jej sensu, bo wciąż uważam, że to najlepszy sposób dla dziecka, ale trochę oswajając swój lęk.

Zawsze miałam kryzys jesienno-zimowy. Każda mama małych dzieci wie, co to znaczy: plucha, brak słońca, siedzenie w domu 24 godziny na dobę. Na początku planszówki są fajne, ale po tygodniu deszczu każdy ma dość. Potem przychodziła wiosna, egzaminy, lato — i problemy znikały. Tym razem jednak wiosna i lato nie przyniosły ulgi. Nadal czułam się przygnieciona.

Duże znaczenie miała też rozpiętość wieku chłopców. Z Maksem rozmawiałam o jego pasjach — potrafił nawijać godzinami o tym, co robi, a po dwóch minutach mój mózg już się „przegrzewał”, bo nie nadążałam za poziomem rozmowy. Potem Szymon pytał o historię, której nie znoszę, więc ratowałam się wyszukiwarką. Zaraz po nim przychodził Tomek z pretensją, że wymyśliłam jakieś „głupie” ćwiczenia z kaligrafii, bo on nie cierpi pisać. I jeszcze Piotruś z hasłem: „Mamo, jestem głodny”.

Przy małych dzieciach byłam zmęczona fizycznie — przewijanie, karmienie, usypianie. Teraz zmęczenie jest mentalne. Mam wrażenie, że mój mózg po prostu wysiada. Coraz częściej czułam, że nie jestem w stanie zaspokajać ich potrzeb edukacyjnych tak, jakbym chciała. A ja nie umiem działać „po łebkach” — muszę mieć poczucie, że dostają to, czego naprawdę potrzebują.

U nas moment, w którym dziecko zaczyna przejmować odpowiedzialność za naukę, zwykle przychodzi w okolicach szóstej klasy. Tak było zarówno z Maksem, jak i z Szymonem. Oboje robili wtedy kurs metody skutecznej nauki u Uli — tam poznali różne sposoby prowadzenia notatek, zapamiętywania i organizowania materiału, żeby każdy mógł znaleźć swój własny styl uczenia się. Po tym kursie zaczęli pracować samodzielnie.

Maks przejął kontrolę nad nauką bardzo naturalnie. Szymon w piątej klasie świetnie odnalazł się w szkole i byłam przekonana, że tam zostanie. To doświadczenie uświadomiło mi, że czasem za mocno „podkręcam śrubę” — uważałam, że uczy się za mało, a w szkole okazał się bardzo dobrym uczniem.

Zaskoczył mnie jednak, gdy po roku w szkole powiedział, że chce wrócić do edukacji domowej. Ustaliłam wtedy zasadę: można raz wrócić na ED i raz wrócić do szkoły, żeby nie skakać tam i z powrotem bez końca. W szóstej klasie rzeczywiście wrócił do nauki w domu, ale tym razem warunek był jasny — uczy się samodzielnie, a do mnie przychodzi tylko wtedy, gdy czegoś nie rozumie. Plan możemy ułożyć wspólnie, ale nie będę codziennie sprawdzać, czy wszystko zrobił.

Po roku stwierdził jednak, że w siódmej klasie dochodzi drugi język, fizyka i chemia, a do tego egzaminy w edukacji domowej wymagają ogromnego samozaparcia. W szkole — jak sam powiedział — jest łatwiej, bo materiał dzieli się na mniejsze etapy, a w domu trzeba opanować wszystko na raz. Tak więc wraca do szkoły.

Tomek od września idzie do czwartej klasy. Jest chyba najbardziej podobny do mnie pod względem temperamentu — lubi ludzi i nigdy nie był w przedszkolu ani w zerówce, więc bardzo chciał zobaczyć, jak to jest w szkole. To czysta ciekawość. Umówiliśmy się jednak, że zaczyna we wrześniu i kończy w czerwcu — żadnego rezygnowania w połowie roku. Co będzie później, zdecyduje sam, choć podejrzewam, że zostanie, bo widzę, jak bardzo potrzebuje kontaktów z innymi dziećmi.

Piotruś, który idzie teraz do drugiej klasy, nie chce iść do szkoły. W zerówce radził sobie dobrze, ale jest bardziej wycofany, podobny do Maksa, i dla niego zbyt duża grupa oraz hałas są męczące. Powiedział jednak, że jeśli w przyszłym roku Tomek zostanie w szkole, a jemu będzie się nudzić, to też pójdzie — nie chce zostać sam w domu.

Co roku, po zakończeniu egzaminów, pytamy dzieci, czy chcą zostać w edukacji domowej, czy iść do szkoły. Przez osiem lat wszyscy wybierali ED, aż nagle Szymon powiedział, że chce spróbować szkoły. Tomek też miał taki pomysł wcześniej, ale doradziłam mu, by poczekał do czwartej klasy. Dzięki temu wszyscy w jego klasie będą wtedy w nowej sytuacji — z nową wychowawczynią, salą i przedmiotami — a on nie będzie „nowy” tylko on jeden.

Po dziesięciu latach edukacji domowej na pewno mniej przejmowałabym się opiniami innych. Teraz łatwo mi to powiedzieć, ale wtedy naprawdę nie wiedziałam, czy robię dobrze. Dziś edukacja domowa jest dużo bardziej popularna, ale gdy zaczynaliśmy, wciąż była niszą. Do pandemii wiedziało o niej niewiele osób, a ja często słyszałam, że krzywdzę swoje dzieci, że wyrosną na nieporadne osoby, że nie odnajdą się w społeczeństwie, że odbieram im dzieciństwo i najlepsze wspomnienia. Te komentarze, powtarzane przez lata, powodowały wątpliwości.

Dziś mogę powiedzieć, że to była niepotrzebna strata energii i nerwów. Moje dzieci, mimo że część z nich jest introwertyczna, świetnie radzą sobie w różnych sytuacjach. Najbardziej wycofany z nich potrafi pojechać sam do Warszawy na warsztaty i odnaleźć się w nowym środowisku, podczas gdy jego rówieśnicy mówią, że nigdy by się na to nie odważyli. W edukacji domowej dzieci nie czują dystansu do dorosłych, jaki często wytwarza się w szkole. Czasami wręcz musiałam tłumaczyć, że nie do każdego dorosłego mówi się na „ty” i „ciociu”.

Z perspektywy czasu zmieniłabym też swoje podejście do pomocy Montessori. Wtedy poświęciłam mnóstwo czasu na drukowanie, laminowanie i tworzenie pomocy, a później okazało się, że wcale mnie ta pedagogika aż tak nie zachwyca. To była fajna przygoda, robiliśmy to razem, ale dziś wiem, że można było ten czas wykorzystać inaczej. Pewnie wcześniej poszłabym w kierunku tzw. żywych książek i bardziej naturalnych metod.

Zrozumiałam też, że szkoła nie powinna być miejscem, które „załatwia” wszystko za rodzica — zarówno w edukacji domowej, jak i w systemowej wiele zależy od tego, jakie możliwości i sytuacje tworzymy dzieciom. Umiejętności, które teraz mają moje dzieci, w dużej mierze wynikają z tego, że świadomie wprowadzaliśmy je w różne życiowe doświadczenia.

Edukacja domowa jest wymagająca również dlatego, że w jej trakcie dziecko buntuje się wobec nauki, a rodzic pełni jednocześnie rolę mamy i nauczycielki. Czasem trzeba odpuścić, bo nie uważam, że wszystko z podstawy programowej jest niezbędne. Są rzeczy, które naprawdę nie są potrzebne na danym etapie i i tak zostaną zapomniane. Na przykład w pierwszej klasie uczyliśmy się podziału na sylaby, z rozróżnieniem, kiedy „i” jest osobno, a kiedy jest zmiękczeniem. Pomyślałam wtedy: „Czy to naprawdę jest konieczne dla siedmiolatka? Przecież i tak zapomni to za rok”.

Ale są też elementy, które trzeba przerobić, choć dziecko ich nie lubi. U nas najwięcej oporu było przy gramatyce języka polskiego. Tomek, tak jak większość moich dzieci poza Szymonem, jest typowym „ścisłowcem” i na wieść o powtórce z rzeczownika, czasownika czy przymiotnika potrafił powiedzieć: „Nigdy wcześniej tego ze mną nie robiłaś!”. Mimo że ćwiczyliśmy to co roku do egzaminu, on był przekonany, że widzi te zagadnienia pierwszy raz.

Tomek ma w sobie ten typ buntu, który sprawia, że cokolwiek powiem, jest „głupie” i bez sensu, a ja „się nie znam”. W takich momentach łatwo poczuć frustrację, bo przy edukacji domowej nie można „oddać” dziecka innemu nauczycielowi na kilka godzin. Dlatego nauczyłam się wybierać, o co warto walczyć, a co można odpuścić, żeby zachować spokój w domu.

To, co jest w podstawach programowych, to w ogóle osobny temat — na ile trzeba je realizować, a na ile można odpuścić, i czy w ogóle są dostosowane do rzeczywistości, w której nasze dzieci będą żyły. Wiele treści jest oderwanych od praktyki. Film Alfabet pokazywał to już 12 lat temu, a od tamtej pory niewiele się zmieniło.

Nie wiem, czy szkoły „nie nadążają za czasami”, czy raczej są celowo skonstruowane w ten sam sposób od dziesięcioleci — po to, by przygotowywać ludzi do pracy według określonego schematu, w systemie, który wcale się tak szybko nie zmienia, jeśli chodzi o strukturę. Problem w tym, że świat wokół jest już zupełnie inny.

O tym można by zrobić osobny panel dyskusyjny. W Polsce i na świecie jest wielu innowatorów edukacji, którzy próbują nagłaśniać potrzebę zmian, ale najczęściej słuchają ich ludzie już zainteresowani tym tematem. Przebić się z taką narracją do ogółu społeczeństwa jest bardzo trudno.

Z perspektywy dziesięciu lat w edukacji domowej mogę powiedzieć, że dziś wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Przede wszystkim mniej przejmowałabym się tym, co inni o nas myślą. Kiedy zaczynaliśmy, ED wciąż była niszowa — ludzie niewiele o niej wiedzieli, a ja regularnie słyszałam komentarze, że krzywdzę swoje dzieci, że wyrosną na „dziwaków”, nie odnajdą się w społeczeństwie, że zabieram im dzieciństwo i najlepsze wspomnienia. Przez lata powtarzane wątpliwości potrafią podkopać pewność siebie. Dziś już wiem, że to była niepotrzebna strata energii.

Po latach widzę efekty — moje dzieci, nawet te introwertyczne, radzą sobie w różnych sytuacjach lepiej, niż przewidywali krytycy. Potrafią same podróżować, odnaleźć się w nowym otoczeniu, rozmawiać z dorosłymi bez poczucia dystansu, które często powstaje w szkole. W zasadzie musiałam ich uczyć, że nie do każdego dorosłego mówi się na „ty” czy „ciociu”, bo kontakt międzypokoleniowy był dla nich czymś naturalnym.

Zmieniłabym też swoje podejście do pomocy Montessori. W tamtym czasie poświęcałam godziny na drukowanie, laminowanie i przygotowywanie materiałów, które w praktyce nie dawały aż tak dużej przewagi. To była fajna przygoda, robiliśmy to całą rodziną, ale wiem, że można było ten czas przeznaczyć na coś innego. Pewnie wcześniej sięgnęłabym po tzw. żywe książki i metody bardziej naturalne.

Ważną lekcją było też zrozumienie, że niezależnie od formy edukacji — czy to szkoła, czy ED — to rodzic ma ogromny wpływ na to, jakie doświadczenia życiowe zdobędzie dziecko. Moje dzieci wiele umiejętności zdobyły dzięki temu, że stwarzaliśmy im okazje do samodzielnego działania: od robienia pierwszych zakupów w szkolnym bufecie po uczestniczenie w zajęciach i warsztatach poza domem.

Edukacja domowa ma też swoje cienie. Kiedy dziecko buntuje się wobec nauki, a rodzic jest jednocześnie mamą i nauczycielką, trudno oddzielić te dwie role. Czasem trzeba świadomie wybierać, o co warto walczyć, a co można odpuścić, żeby zachować dobrą atmosferę w domu. Nie wszystko w podstawie programowej jest warte tego, by się przy nim upierać. Są zagadnienia, które w praktyce nie mają znaczenia na danym etapie, a i tak wylecą z głowy w ciągu roku. Ale są też takie, które trzeba przerobić, choćby dziecko ich nie lubiło. U nas największy opór dotyczył gramatyki języka polskiego — zwłaszcza u Tomka, który jest „na nie” wobec wszystkiego, co mu proponuję.

Patrząc na to całościowo, edukacja domowa to ogromne wyzwanie, które wymaga od rodzica cierpliwości, elastyczności i gotowości do ciągłego uczenia się. Daje niesamowite możliwości, ale też potrafi zmęczyć psychicznie. Ja dziś wiem, że nie była to decyzja na zawsze i że w każdej chwili można zmienić kurs, jeśli wymaga tego dobro całej rodziny.

Zrozumiałam też, że system szkolny sam w sobie jest tematem do długiej dyskusji. Można się zastanawiać, czy szkoły po prostu „nie nadążają” za współczesnym światem, czy raczej są celowo utrzymywane w formie, która niewiele się zmienia od dziesięcioleci. Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji — system wydaje się wciąż nastawiony na przygotowanie ludzi do pracy według określonego schematu, a nie do funkcjonowania w szybko zmieniającej się rzeczywistości.

Problem w tym, że świat, w którym dorastają nasze dzieci, jest już zupełnie inny. Zmienia się rynek pracy, sposób zdobywania informacji, a także to, jakie umiejętności są naprawdę potrzebne. Wciąż jednak w szkołach dominuje model, który bardziej przypomina przygotowanie do pracy w fabryce czy korporacji niż rozwijanie indywidualnych talentów.

Są w Polsce i na świecie ludzie, którzy próbują zmieniać edukację, nagłaśniają jej słabe strony i proponują nowe rozwiązania. Niestety, najczęściej docierają głównie do tych, którzy i tak są już przekonani o potrzebie zmian. Przebicie się z tym przekazem do szerszego grona jest bardzo trudne.

Po latach mogę powiedzieć jedno — edukacja domowa nie jest dla każdego, ale też szkoła nie jest dla każdego. Najważniejsze, by patrzeć na potrzeby konkretnego dziecka i całej rodziny, a nie na to, co „powinno się” robić według ogólnych schematów. U nas sprawdziło się elastyczne podejście — pytanie co roku, kto chce zostać w edukacji domowej, a kto pójść do szkoły. Dzięki temu każde dziecko mogło spróbować różnych ścieżek i wybrać tę, w której czuje się najlepiej.

Nie żałuję tych dziesięciu lat. To był czas pełen wyzwań, ale też radości i satysfakcji. Były momenty frustracji, zmęczenia i zwątpienia, ale też chwile dumy i poczucia, że to, co robimy, ma sens. Nawet jeśli część moich dzieci wraca do szkoły, wiem, że te lata w edukacji domowej dały im coś, czego szkoła nie byłaby w stanie zapewnić — indywidualne podejście, czas na rozwijanie pasji i doświadczenie, że nauka może wyglądać inaczej niż w tradycyjnej klasie.

I może to jest właśnie najważniejsze — świadomość, że edukacja to nie tylko miejsce, ale przede wszystkim proces, który można kształtować w taki sposób, aby odpowiadał na realne potrzeby dzieci i rodziny.

Oprócz edukacji domowej mamy też doświadczenie z alternatywnymi formami nauczania. Chłopcy przez jakiś czas uczestniczyli w zajęciach w leśnej szkole w trybie edukacji domowej. To były spotkania raz w tygodniu, prowadzone przez pasjonatów, którzy wierzyli, że nauka może odbywać się w naturalnym otoczeniu — w lesie, nad wodą, podczas wspólnych zabaw i eksperymentów.

Dla dzieci była to przede wszystkim okazja do kontaktu z rówieśnikami i uczenia się w inny sposób niż przy biurku w domu. Czasem po zajęciach zostawaliśmy tam jeszcze długo, żeby dzieci mogły się pobawić. Było w tym dużo swobody i przestrzeni, której trudno szukać w szkolnych murach.

Takie doświadczenia pokazały mi, że edukacja nie musi ograniczać się do podręczników i ławek. Można uczyć się w ruchu, w kontakcie z naturą, w rozmowach i wspólnych projektach. I choć obecnie z różnych powodów mniej w tym uczestniczymy, nadal uważam, że takie inicjatywy są ogromną wartością — i dla dzieci, i dla rodziców.

Kolejnym ważnym doświadczeniem były nasze coroczne egzaminy. W edukacji domowej wyglądają one inaczej niż w szkole — dziecko musi zdać materiał z całego roku w jednym podejściu. W szkole nauczyciel może nie przerobić wszystkiego, ale w domu trzeba przejść przez cały zakres podstawy programowej.

To bywa stresujące, szczególnie gdy dziecko ma wiele przedmiotów i różny poziom motywacji. W szkole można „rozłożyć” materiał na sprawdziany i kartkówki, w edukacji domowej trzeba go ogarnąć w całości. A jeśli egzamin nie wyjdzie, jest tylko komis, a potem — w razie niepowodzenia — powtarzanie klasy. Dla mnie to zawsze był moment dużej mobilizacji, ale też źródło zmęczenia, bo trzeba było wszystko powtarzać i dopilnować, żeby dzieci były gotowe.

Z czasem nauczyłam się lepiej planować ten proces. Przerabialiśmy materiał wcześniej, a wiosną skupialiśmy się na powtórkach. Mimo to widziałam, że dla niektórych moich synów sama forma egzaminu jest bardziej stresująca niż sama nauka. Szczególnie dla Szymona to było wyzwanie — z jednej strony radził sobie dobrze, ale z drugiej narzekał, że wymaga to od niego zbyt dużej dyscypliny. To między innymi dlatego w pewnym momencie wolał wrócić do szkoły.

Każde z moich dzieci ma zupełnie inny temperament i sposób uczenia się, więc w praktyce edukacja domowa wyglądała dla nich inaczej.

Maks od początku był samodzielny i szybko łapał nowe rzeczy. Wystarczyło mu wyznaczyć zadania, a on je po prostu robił — często nawet wychodził poza zakres podstawy programowej. Lubił uczyć się sam i rozwijał własne pasje, więc moja rola ograniczała się głównie do wspierania go, kiedy o coś zapytał.

Szymon był jego przeciwieństwem — ruchliwy, energiczny, z trudem wysiedział przy biurku. Wymagał ode mnie ogromnej kreatywności, żeby go zaangażować. Czasem powtarzaliśmy materiał w ruchu, rzucając sobie piłkę albo wplatając naukę w różne aktywności fizyczne. Potrzebował też częstszych przerw i większej swobody. To sprawiało, że byłam po nim zwyczajnie zmęczona — bo przy trójce innych dzieci takie „indywidualne podejście” wymagało ode mnie bardzo dużo czasu i energii.

Tomek z kolei ma w sobie sporo uporu i buntowniczości. Potrafi powiedzieć, że „nigdy wcześniej” czegoś ze mną nie robił, mimo że powtarzaliśmy to wielokrotnie. Bywa, że odrzuca moje propozycje nauki tylko dlatego, że pochodzą ode mnie. Wymaga to ode mnie spokoju i dystansu — muszę wybierać, które bitwy warto toczyć, a które lepiej odpuścić.

Piotruś jest raczej spokojny, introwertyczny, podobny do Maksa, ale z większą wrażliwością na hałas i nadmiar bodźców. Dlatego woli uczyć się w domu, w ciszy. W szkole szybko by się męczył, choć myślę, że z czasem, gdy jego układ nerwowy się rozwinie, mógłby spróbować.

Tak różne potrzeby i charaktery powodowały, że w jednym czasie prowadziłam cztery zupełnie inne „projekty edukacyjne”. To wymagało ciągłego przestawiania się, zmiany metod i dostosowywania planu dnia, co na dłuższą metę bywało wyczerpujące.

Każde z moich dzieci ma zupełnie inny temperament i sposób uczenia się, więc w praktyce edukacja domowa wyglądała dla nich inaczej.

Maks od początku był samodzielny i szybko łapał nowe rzeczy. Wystarczyło mu wyznaczyć zadania, a on je po prostu robił — często nawet wychodził poza zakres podstawy programowej. Lubił uczyć się sam i rozwijał własne pasje, więc moja rola ograniczała się głównie do wspierania go, kiedy o coś zapytał.

Szymon był jego przeciwieństwem — ruchliwy, energiczny, z trudem wysiedział przy biurku. Wymagał ode mnie ogromnej kreatywności, żeby go zaangażować. Czasem powtarzaliśmy materiał w ruchu, rzucając sobie piłkę albo wplatając naukę w różne aktywności fizyczne. Potrzebował też częstszych przerw i większej swobody. To sprawiało, że byłam po nim zwyczajnie zmęczona — bo przy trójce innych dzieci takie „indywidualne podejście” wymagało ode mnie bardzo dużo czasu i energii.

Tomek z kolei ma w sobie sporo uporu i buntowniczości. Potrafi powiedzieć, że „nigdy wcześniej” czegoś ze mną nie robił, mimo że powtarzaliśmy to wielokrotnie. Bywa, że odrzuca moje propozycje nauki tylko dlatego, że pochodzą ode mnie. Wymaga to ode mnie spokoju i dystansu — muszę wybierać, które bitwy warto toczyć, a które lepiej odpuścić.

Piotruś jest raczej spokojny, introwertyczny, podobny do Maksa, ale z większą wrażliwością na hałas i nadmiar bodźców. Dlatego woli uczyć się w domu, w ciszy. W szkole szybko by się męczył, choć myślę, że z czasem, gdy jego układ nerwowy się rozwinie, mógłby spróbować.

Tak różne potrzeby i charaktery powodowały, że w jednym czasie prowadziłam cztery zupełnie inne „projekty edukacyjne”. To wymagało ciągłego przestawiania się, zmiany metod i dostosowywania planu dnia, co na dłuższą metę bywało wyczerpujące.

Patrząc wstecz na te dziesięć lat, widzę, jak ogromnym wyzwaniem, ale i jak dużą szansą była dla nas edukacja domowa. Dała moim dzieciom czas na rozwijanie pasji, możliwość uczenia się we własnym tempie i w sposób dopasowany do ich potrzeb. Pozwoliła nam spędzać razem dużo czasu i budować więzi, które w codziennym rytmie szkoły mogłyby wyglądać inaczej.

Jednocześnie nie mam złudzeń — to nie jest rozwiązanie idealne ani dla każdego dziecka, ani dla każdego rodzica. Wymaga ogromnej samodyscypliny, cierpliwości i elastyczności. Trzeba umieć pogodzić rolę rodzica i nauczyciela, a przy tym zaakceptować, że nie zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z planem. Są dni, kiedy nauka idzie gładko, ale są też takie, kiedy każde dziecko ma gorszy humor, a rodzic czuje się przeciążony.

Nauczyłam się, że najważniejsze jest patrzenie na dobro całej rodziny, a nie tylko trzymanie się raz podjętej decyzji. Dlatego co roku pytamy dzieci, czy chcą zostać w edukacji domowej, czy iść do szkoły. Dzięki temu każdy może spróbować różnych ścieżek, a my nie jesteśmy „uwięzieni” w jednym wyborze.

Dziś, gdy część moich dzieci jest w szkole, a część wciąż uczy się w domu, czuję spokój z tym, że podchodzimy do edukacji elastycznie. Wiem, że niezależnie od formy, najważniejsze jest, by dzieci czuły się dobrze w swoim środowisku i miały przestrzeń do rozwoju. A edukacja domowa nauczyła mnie, że można kształtować proces nauki tak, by naprawdę odpowiadał na indywidualne potrzeby, a nie tylko na to, co jest zapisane w programie.

ChatGPT powiedział:

Poza codziennym planem i egzaminami, dużym wyzwaniem w edukacji domowej była dla mnie logistyka życia rodzinnego. Kiedy masz czwórkę dzieci w różnym wieku i każde z nich uczy się czegoś innego, trudno jest zaplanować dzień tak, by każdy dostał swoją porcję uwagi i wsparcia.

Często wyglądało to tak, że z jednym dzieckiem przerabiałam matematykę, w tym czasie drugie robiło ćwiczenia z polskiego, trzecie czekało na swoją kolej, a czwarte potrzebowało pomocy przy zadaniu praktycznym. Do tego zwykłe obowiązki domowe, posiłki, zakupy… W efekcie kończyłam dzień z poczuciem, że cały czas byłam w biegu, ale i tak nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam.

Z biegiem lat zaczęłam inaczej podchodzić do organizacji. Zrozumiałam, że nie muszę „odhaczać” każdego punktu z listy, by edukacja była skuteczna. Ważniejsze było dla mnie, by dzieci realnie coś zapamiętały i nauczyły się samodzielności. Kiedy odpuściłam sztywny plan i wprowadziłam więcej elastyczności, napięcie w domu znacznie się zmniejszyło.

Z czasem zaczęłam też dostrzegać, że edukacja domowa to nie tylko nauka przedmiotów, ale ogromna lekcja dla mnie jako mamy. Musiałam nauczyć się cierpliwości, odpuszczania perfekcjonizmu i tego, że nie zawsze mogę kontrolować proces. Czasem dziecko ma gorszy dzień, czasem ja mam mniej energii — i to jest w porządku.

Zrozumiałam też, że w edukacji domowej szczególnie ważne jest rozwijanie kompetencji, które trudno ćwiczyć w tradycyjnej szkole. Moje dzieci nauczyły się planować własny czas, same szukać informacji, podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Te umiejętności widzę teraz w ich codziennym życiu — potrafią odnaleźć się w nowym miejscu, załatwić coś samodzielnie, bez stresu porozmawiać z dorosłym czy poprosić o pomoc.

Były też momenty, gdy zastanawiałam się, czy nie wrócić z dziećmi do szkoły wcześniej. Zwłaszcza w chwilach największego zmęczenia kusiła mnie myśl, że „oddam” ich do placówki i odzyskam trochę czasu dla siebie. Ale zawsze wracałam do pytania: co będzie dla nich najlepsze tu i teraz? To ono było dla mnie ważniejsze niż wygoda.

Z perspektywy czasu widzę, że kluczowe w edukacji domowej było dla nas elastyczne podejście. Nigdy nie traktowaliśmy tego jako decyzji „na zawsze”. Co roku rozmawialiśmy z dziećmi, czy chcą kontynuować naukę w domu, czy spróbować szkoły. Dzięki temu każdy miał poczucie, że ma wpływ na swoją ścieżkę edukacyjną, a ja nie czułam się „uwięziona” w jednym wyborze.

Dla części moich dzieci szkoła okazała się dobrym rozwiązaniem — szczególnie dla tych, które potrzebują wyraźnej struktury, rywalizacji czy stałego kontaktu z rówieśnikami. Inne lepiej rozwijały się w domu, gdzie mogły uczyć się we własnym tempie i głębiej wchodzić w interesujące je tematy.

Dziś mam poczucie, że popełniłam wiele błędów, ale też zdobyłam ogromne doświadczenie. Wiem, że edukacja domowa to nie jest złoty środek na wszystkie problemy szkolne, ale może być wspaniałą drogą, jeśli dopasuje się ją do potrzeb dziecka i rodziny. Wymaga to jednak odwagi, pokory i gotowości do zmiany planów, gdy sytuacja tego wymaga.

Najważniejsze, co wyniosłam z tych lat, to przekonanie, że edukacja to proces, który można kształtować. Niezależnie od tego, czy odbywa się on w domu, w szkole, czy w innej formie, powinien odpowiadać na realne potrzeby dziecka i wspierać jego rozwój — nie tylko akademicki, ale i emocjonalny, społeczny oraz życiowy.

I może właśnie to jest największa wartość naszej przygody z edukacją domową — świadomość, że można inaczej. Że można budować ścieżkę edukacji wokół dziecka, a nie odwrotnie.

Dodaj komentarz