Kiedy już będę duży… dlaczego dzieci czują się dyskryminowane i jak pomóc im cieszyć się dzieciństwem
Odcinek 48
Jeśli dziecko chce jak najszybciej przestać być dzieckiem, to sygnał, że coś może być nie tak.
W tym odcinku rozmawiamy o tym, co sprawia, że dzieci czują się dyskryminowane, które z naszych zachowań odbierają im radość z bycia dzieckiem i co możemy zrobić, by cieszyły się swoim dzieciństwem.
-
języku, jakim zwracamy się do dzieci i gestach, które wobec dorosłych byłyby nie do przyjęcia,
-
presji, karach i porównaniach – i ich wpływie na poczucie własnej wartości dziecka,
-
zabawkach, książkach i filmach,
-
postawie, która pozwala dzieciom przeżywać szczęśliwe dzieciństwo.
🔗 Linki z odcinka:
📖 Zobacz książkę W obronie dzieciństwa André Sterna
🎧 Rozmowa z Marią Berlińską o trzech najważniejszych kompetencjach wychowawczych
🎧 Rozmowa z psychologiem sportu o otwieraniu się na różnorodne doświadczenia
👉 Dołącz do naszego newslettera (już ponad 20 tys. rodziców i nauczycieli): wydawnictwoelement.pl/newsletter/
Posłuchaj
Przeczytaj
Dzieci często powtarzają: „Kiedy będę duży, to…”. To naturalne, że wyobrażają sobie, co będą robić, gdy dorosną. Jednak czasami za tym prostym zdaniem kryje się coś głębszego – pragnienie, by przestać być dzieckiem jak najszybciej. Jeśli dziecko nie chce już być dzieckiem, może to oznaczać, że przeżywa coś trudnego albo że doświadcza sytuacji, które sprawiają, że dzieciństwo nie jest dla niego źródłem radości.
Warto zastanowić się, co sprawia, że dzieci czują się dyskryminowane. Jakie nasze zachowania powodują, że odbierają dzieciństwo jako coś, co należy przetrwać? I co możemy zrobić, aby pomóc im cieszyć się tym wyjątkowym czasem?
Do takich refleksji skłania nas książka André Sterna W obronie dzieciństwa. Stern, znany jako „ambasador dzieci”, potrafi patrzeć na świat oczami najmłodszych i przypomina, że dzieci dysponują ogromnym potencjałem, który łatwo zagubić pod presją dorosłych. W tej książce jasno i dobitnie pokazuje, jak często dzieci czują się gorzej traktowane od dorosłych i jakie konsekwencje ma to dla ich rozwoju.
Stern zwraca uwagę na drobne gesty i słowa, które wydają nam się niewinne, a w oczach dziecka mogą być znakiem, że nie traktuje się go na równi. Najbardziej widoczny przykład to język. Kiedy rozmawiamy ze sobą poważnie, a do dzieci używamy sztucznych zdrobnień albo infantylnego tonu, one doskonale to czują. Wiedzą, że to, jak mówimy do nich, różni się od tego, jak rozmawiamy z innymi dorosłymi.
Czasami są to też słowa pobłażliwe, określenia w stylu „maluchy”, albo komunikaty, które mają być wyrazem czułości, ale tak naprawdę podkreślają różnicę i dystans. Dzieci odczytują takie niuanse z ogromną precyzją. Jeżeli tata powie do mamy: „Chodź, zrobiłem kolację”, a do dziecka: „Chodź, zrobimy am-am”, to dziecko momentalnie wie, że jest traktowane inaczej.
Podobnie jest z gestami. Często dorosłym wydaje się, że okazują serdeczność, gdy głaszczą obce dziecko po głowie czy chwytają je za policzek. Tymczasem to przekroczenie granicy. Do innego dorosłego byśmy tak nie podeszli, nie dotknęli go bez pytania. A wobec dzieci robimy to regularnie, czasem wręcz automatycznie. Stern przywołuje mocny przykład: co byś zrobiła, gdyby obcy mężczyzna na ulicy podszedł i pogłaskał cię po twarzy, a przy okazji uszczypnął i nazwał „śliczniutką”? Każdy dorosły zareagowałby oburzeniem. Tymczasem wobec dzieci takie zachowania często są tolerowane, a nawet akceptowane.
Stern podkreśla, że dyskryminacja dzieci ujawnia się także w stosowaniu kar. O nagrodach i karach powiedziano już wiele, ale on zwraca uwagę na jeden szczególny aspekt: kary wobec dzieci są zachowaniem, którego dorośli nigdy nie stosują między sobą.
Do dziecka mówimy: „Jeśli nie zrobisz tego, to nie dostaniesz telefonu” albo „Nie będziesz mógł iść na plac zabaw”. Tymczasem trudno wyobrazić sobie, by żona powiedziała do męża: „Jeśli nie pozmywasz, to nie obejrzysz meczu”. Dzieci widzą, że są traktowane według innej miary niż dorośli i to budzi w nich poczucie niesprawiedliwości.
Dyskryminujące zachowania pojawiają się także wtedy, gdy dorośli ignorują temperament dziecka i jego granice. W nowych sytuacjach – na przykład na rodzinnej imprezie – często zachęcamy dzieci, a właściwie popychamy je, by od razu wchodziły do grupy, bawiły się i nawiązywały kontakty. Dla niektórych dzieci jest to trudne, a nawet bolesne. Gdy mówią „nie”, my naciskamy jeszcze bardziej. To coś, czego nie zrobilibyśmy wobec dorosłego partnera czy znajomego.
Dr Marzena Żylińska i Agnieszka Misiak nagrały kiedyś scenkę, która świetnie to pokazuje. Wyobraźmy sobie, że na imprezie firmowej ktoś próbuje siłą wypchnąć swojego męża do rozmowy z innymi: „Idź się przywitaj, przecież nie możesz tak stać z boku!”. Brzmi absurdalnie. A jednak dokładnie tak postępujemy wobec dzieci, które jasno pokazują, że nie chcą w danej chwili angażować się w zabawę.
Podczas spotkań z polskimi rodzicami Stern zwrócił uwagę także na zabawki. To, jakie przedmioty dajemy dzieciom, bywa źródłem ich poczucia niższości. Dzieci chcą być takie jak dorośli – dlatego, jeśli bawią się w strażaków, chcą mieć wóz strażacki możliwie najbardziej podobny do prawdziwego. Jeśli interesują się narzędziami, nie zadowolą się plastikowym młoteczkiem w jaskrawych kolorach.
Stern opowiada historię chłopca, który dostał plastikowy zestaw śrubokrętów, młotków i kluczy. Były kolorowe, lekkie, a nawet miały sztuczne śrubki do wkręcania. Jednak dziecko nie chciało się nimi bawić – wybierało prawdziwe narzędzia z domowego warsztatu. Tak samo jego córka, która bawiła się w lekarza. Najbardziej cieszyła ją torba wyposażona w prawdziwe bandaże, plastry czy strzykawki (bez igieł, ale z prawdziwym tłokiem), a nie plastikowy zestaw ze sklepu.
To doświadczenie powtarza się w wielu domach. Dzieci wolą prawdziwe, dobrej jakości przedmioty niż imitacje. To nie znaczy, że zawsze muszą być drogie. Wystarczy, że będą prawdziwe – takie, z jakich korzystają dorośli. To okazuje im szacunek i buduje poczucie, że są traktowane poważnie.
Dyskryminacja dzieci przejawia się nie tylko w zabawkach, ale także w książkach, filmach i muzyce.
Często zakładamy, że dzieci powinny mieć specjalną muzykę – piosenki stworzone wyłącznie dla nich, proste, powtarzalne, nierzadko nużące dla dorosłych. Wiele osób puszcza dzieciom takie utwory, jak „Jadą, jadą misie” czy inne dziecięce melodie w kółko, bo wydaje się, że to właśnie one są odpowiednie. Tymczasem dzieci nie kochają jedynie takiej muzyki – po prostu często nie mają kontaktu z inną.
Możemy pokazywać im również muzykę, którą sami lubimy: popularną, klasyczną czy instrumentalną. Dzięki temu rozwijają się nie tylko ich gusta, ale i wrażliwość muzyczna. W naszym domu przez wiele lat istniał rytuał wspólnego muzykowania wieczorami. Graliśmy na gitarze i śpiewaliśmy, ale nie były to typowe piosenki dziecięce – śpiewaliśmy te utwory, które sami lubimy i które towarzyszą nam dorosłym. Dzieci przyjmowały je z entuzjazmem, a my mogliśmy pokazywać im, że traktujemy je poważnie, tak samo jak siebie nawzajem. To forma okazania szacunku i zaufania – że dziecko potrafi czuć i rozumieć podobnie jak dorosły.
Stern, analizując różne przykłady, podkreśla, że dzieciństwo to wyjątkowy okres w życiu człowieka. Dzieci mówią: „Kiedy będę duży, to…”, bo często nakładamy na nie presję dorosłości zbyt wcześnie. Zamiast cieszyć się chwilą, marzą o przyszłości, w której będą mogły decydować same o sobie.
Autor rozpoczyna książkę cytatem z Janusza Korczaka, z Kiedy znów będę mały:
„Powiadacie – nuży nas obcowanie z dziećmi. Macie słuszność.
Mówicie – musimy się zniżać do ich pojęć, naginać, pochylać. Mylicie się.
Nie to nas męczy, ale że musimy się wspinać do ich uczuć.
Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać, żeby nie urazić”.
Stern nawiązuje do tych słów i przypomina, że dzieci mają ogromny potencjał, którego dorośli już w sobie nie posiadają. To one są gigantami możliwości, podczas gdy my – dorośli – jesteśmy przycięci doświadczeniem, normami i ograniczeniami niczym drzewko bonsai.
Dzieci uczą się szybciej, przeżywają emocje głębiej, entuzjazm mają w sobie naturalny i nieskrępowany. Potrafią wymyślić tysiąc pomysłów w minutę, znaleźć rozwiązania dla problemów, które dorosłym wydają się niemożliwe. Mają wrodzoną empatię i zdolność współodczuwania. To jest ich siła.
Naszą rolą jako dorosłych nie jest więc „zniżanie się” do dziecka, lecz dostrzeganie jego wielkości i podążanie za tym potencjałem.
André Stern podkreśla, że aby dzieci mogły cieszyć się dzieciństwem i rozwijać swój potencjał, potrzebne są trzy podstawowe rzeczy.
Po pierwsze – pozwolić im się bawić. Chodzi o zupełnie swobodną zabawę, bez ingerencji dorosłych, bez planu i bez oczekiwań. Zabawa to nie jest strata czasu ani rozrywka. To najważniejsza aktywność dziecka – poważna, pełna zaangażowania i nauki.
Po drugie – nie gasić entuzjazmu. Dzieci rodzą się z ogromnym zapałem do poznawania świata. W naturalny sposób chcą próbować nowych rzeczy, zadają pytania, wymyślają rozwiązania. Kiedy dorośli podchodzą do tego z ironią, krytyką albo nadmiernym poprawianiem, ten entuzjazm gaśnie. A przecież właśnie on jest siłą napędową rozwoju.
Po trzecie – pozwolić na powtarzanie. Dzieci uczą się poprzez powtarzanie czynności, które sprawiają im radość. Dorośli często się niecierpliwią: „Przecież już to robiłeś, spróbuj czegoś nowego”. Tymczasem powtarzanie daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i pozwala pogłębiać umiejętności.
Stern zauważa, że dorośli często poświęcają teraźniejszość dziecka w imię przyszłości. Zapisują je na dziesiątki zajęć dodatkowych, wypełniają czas tak, by „miało lepszy start w dorosłość”. Wydaje się, że robimy to z troski, ale w praktyce dzieci tracą to, co mają najcenniejszego – spontaniczność, pasję, ciekawość świata i radość uczenia się.
Wciąż wielu dorosłych powtarza przekonania z własnego dzieciństwa: „My byliśmy wychowywani twardą ręką i wyrośliśmy na ludzi, więc nasze dzieci też muszą to przejść”. To najczęściej oznacza akceptację krzyku, kar czy nawet przemocy. Wielu rodziców uważa też, że jeśli dziecko nie doświadczy stresu w dzieciństwie, to nie poradzi sobie ze stresem w dorosłości. Stern, podobnie jak wielu badaczy, pokazuje, że to fałszywe założenie.
Dziecko nie potrzebuje dodatkowej presji, by się uczyć i rozwijać. Ma w sobie ogromny potencjał – naturalną ciekawość, kreatywność i chęć eksplorowania. Wystarczy mu w tym nie przeszkadzać.
Swobodna zabawa – z perspektywy dorosłego czasem błaha i niepoważna – jest jednym z najważniejszych narzędzi uczenia się. To właśnie w zabawie dziecko uczy się wytrwałości, pokonywania trudności i współpracy. To w zabawie rozwija swoje pasje, ćwiczy język, matematyczne myślenie, zdolności konstrukcyjne.
Stern, podobnie jak Ken Robinson, przestrzega przed nadmierną standaryzacją edukacji. Robinson mówił, że dzieci we wszystkich kulturach uczą się przede wszystkim przez zabawę. Jeśli chcemy, by chciały się uczyć, nie musimy nic robić – wystarczy im nie przeszkadzać. To przymus sprawia, że tracą naturalną ciekawość.
W codziennym życiu możemy obserwować, jak ogromny potencjał rozwija się w dzieciach poprzez swobodną zabawę.
Kiedy nasze dzieci wymyślają przedstawienie dla dziadków, potrafią przygotowywać je przez kilka dni. Tworzą scenografię, bilety, kostiumy, a nawet kurtynę. Same rozpisują role, wymyślają scenariusz i ćwiczą piosenki w języku obcym. Z pozoru to tylko zabawa, ale w rzeczywistości to wielowymiarowa nauka: planowanie, współpraca, kreatywność i odpowiedzialność.
Podobnie jest z projektami, które podejmują spontanicznie. Gdy dzieci planują zbudować domek na drzewie, zaczynają od rysunków technicznych i mierzenia wszystkiego, co będzie potrzebne. Nie zawsze zdają sobie sprawę, że właśnie uczą się geometrii i matematyki. Zadają pytania, sprawdzają rozwiązania, myślą konstrukcyjnie. To doskonały przykład, jak swobodna zabawa naturalnie przeradza się w naukę.
Stern przywołuje też ważną myśl: samodzielności uczymy się, przebywając z samodzielnymi ludźmi, a nie będąc porzuconymi samymi sobie. Dzieci uczą się od dorosłych, obserwując ich codzienność i to, jak radzą sobie w życiu. Często słyszy pytania: „Skoro Stern nigdy nie chodził do szkoły, to jak nauczył się tego wszystkiego?”. Odpowiedź jest prosta – niczego nie nauczył się sam. Nauczył się od innych, żyjąc wśród ludzi, obserwując i naśladując.
Najlepsze, co możemy zrobić, by pomóc dzieciom zdobyć potrzebne kompetencje, to pokazywać im je na własnym przykładzie. Jeśli chcemy, by były samodzielne – pokażmy im, jak sami działamy. Jeśli chcemy, by były pełne pasji – rozwijajmy własne pasje i róbmy to na ich oczach.
Stern przywołuje przykład z Puszczy Amazońskiej. W wielu plemionach dzieci nosi się na rękach tak długo, aż same nie nauczą się chodzić. Dla nas może to brzmieć nieprawdopodobnie, a jednak tam to naturalne. Powód jest prosty: dziecko, które raczkowałoby po ziemi, mogłoby natknąć się na coś niebezpiecznego. Dlatego jest noszone – przez mamę, tatę, starsze rodzeństwo, wujków.
I choć takie dziecko długo nie stawia samodzielnych kroków, w końcu uczy się chodzić. Stern wyciąga z tego ważny wniosek: im silniejsza więź i poczucie bezpieczeństwa, tym większa samodzielność dziecka. Paradoksalnie to właśnie bliskość daje siłę do niezależności, a nie wczesne „wypychanie” w świat.
Mamy podobne doświadczenia we własnym domu. Nasz syn, postrzegany przez innych jako bardziej nieśmiały czy lękliwy, w rzeczywistości jest bardzo otwarty. Jednak gdy ktoś próbuje go na siłę „otworzyć”, reaguje oporem. Nie dlatego, że nie jest towarzyski, ale dlatego, że nie lubi nacisku. Kiedy ma poczucie, że dorośli zachowują się naturalnie i dają mu przestrzeń, sam wchodzi w nowe grupy i sytuacje.
To właśnie ten przykład pokazuje, że rozwój dziecka ma swój rytm i swoje tempo. Jeśli damy mu bezpieczeństwo i zaufanie, rozwinie się w odpowiednim momencie.
Podczas jednego ze spotkań z André Sternem pewna mama podzieliła się swoją obawą. Jej dziecko musiało wybrać profil klasy w liceum i oboje – i mama, i dziecko – przeżywali ogromny stres, czy podejmą „dobrą decyzję”. W ich przekonaniu od tego wyboru zależała przyszłość dziecka: studia, praca i dorosłe życie.
Stern odpowiedział spokojnie: dziecko ma prawo jeszcze nie wiedzieć, w którą stronę chce iść. I to jest zupełnie normalne. Współczesny świat zmienia się tak szybko, że i tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie kompetencje będą potrzebne za kilka lat. Najlepsze, co możemy zrobić, to wspierać dzieci w odkrywaniu ich mocnych stron, w rozwijaniu pasji i w próbowaniu różnych rzeczy.
To ważna lekcja dla dorosłych – zdjąć z dzieci presję, że już teraz muszą podejmować decyzje na całe życie. W dzieciństwie najcenniejsze jest przeżywanie chwili, swobodna zabawa, próbowanie i odkrywanie. To czas, w którym mogą popełniać błędy, zmieniać zdanie i testować różne drogi.
Wielu rodziców uważa, że skoro dziecko długo chodziło na zajęcia, to powinno je kontynuować. Jeśli grało na gitarze trzy lata, to „szkoda by było przerywać”. Jeśli trenowało tenis przez pięć lat, to „bez sensu rzucać, skoro tak dobrze już idzie”. Ale dzieciństwo to czas poszukiwań. Zmiana zainteresowań nie jest porażką – jest bogactwem. Każda nowa aktywność ubogaca rozwój, poszerza horyzonty i dodaje doświadczeń, które mogą się przydać w przyszłości.
Stern przypomina też, że wszyscy chcemy, by nasze dzieci były w przyszłości szczęśliwymi dorosłymi. Troszczymy się o to tak bardzo, że zapominamy pokazywać im na własnym przykładzie, jak wygląda życie szczęśliwego dorosłego tu i teraz. Jeśli chcemy, by nasze dzieci miały pasje, powinniśmy sami rozwijać swoje. Jeśli chcemy, by w przyszłości miały udane relacje, powinniśmy im pokazać, jak wyglądają dobre związki i przyjaźnie.
To trudne zadanie, bo jako dorośli mamy wiele obowiązków i zmartwień. Ale dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację. Jeśli widzą, że rodzice potrafią cieszyć się codziennością, rozwijać zainteresowania i budować dobre relacje, one same będą chciały podążać tą drogą.
I w tym tkwi kluczowe przesłanie Sterna: książka W obronie dzieciństwa nie jest tylko o tym, jak wychować szczęśliwego dorosłego. Jest przede wszystkim o tym, jak dać dziecku szczęśliwe dzieciństwo – czas wyjątkowy, pełen potencjału, radości i wolności.
André Stern przypomina, że dzieciństwo to nie tylko przygotowanie do dorosłości, ale przede wszystkim wyjątkowy i niepowtarzalny czas sam w sobie. To okres, w którym dziecko może rozwijać swoje talenty, odkrywać pasje, próbować różnych dróg i uczyć się świata w naturalny sposób.
Naszym zadaniem jako dorosłych nie jest wypełnianie dzieciństwa presją i planami na przyszłość, ale stworzenie warunków, w których dziecko będzie mogło naprawdę być dzieckiem. Dać mu przestrzeń na swobodną zabawę, pozwolić powtarzać te same czynności, nie gasić entuzjazmu, okazywać szacunek poprzez język, gesty, relacje i traktowanie go tak samo poważnie, jak traktujemy innych dorosłych.
Stern pokazuje, że dzieci uczą się najwięcej nie wtedy, gdy są zmuszane czy naciskane, ale wtedy, gdy czują więź, bliskość i bezpieczeństwo. To właśnie silna więź daje im siłę do samodzielności, odwagi i niezależności. Paradoksalnie – im bardziej otoczymy dzieci miłością i akceptacją, tym szybciej będą gotowe, by wejść w świat dorosłych.
Dlatego warto zatrzymać się i zadać sobie pytanie: czy nasze codzienne zachowania sprawiają, że dziecko chce jak najszybciej dorosnąć, czy raczej pomagają mu cieszyć się chwilą, w której jest?
Wszyscy chcemy, by nasze dzieci wyrosły na szczęśliwych dorosłych. Ale żeby tak się stało, musimy dać im szansę na szczęśliwe dzieciństwo. To właśnie dziś jest najważniejszy czas – pełen potencjału, pasji i radości. Nie przyszłość, nie dorosłość, ale tu i teraz.
Bo dziecko, które doświadcza szacunku, bliskości i zaufania, odkryje w sobie to, co ma najcenniejsze – poczucie, że jest wartościowe, zdolne i gotowe rozwijać się na własnych zasadach.
I to jest największy dar, jaki możemy mu ofiarować.

