Podcast

Debora Broda – dwie rzeczy, które są kluczem do edukacji i relacji z dzieckiem

Odcinek 50

Debora i Joszko Brodowie wychowują jedenaścioro dzieci w edukacji domowej.

W tej rozmowie Debora dzieli się dojrzałymi przemyśleniami płynącymi z wielu lat towarzyszenia dzieciom procesie edukacji — mówi o tym, co naprawdę sprawia, że dzieci się uczą, że chcą się uczyć i czym edukacja domowa nie jest.

Rozmawiamy o:

  • roli matki i ojca w edukacji,
  • tym, dlaczego matka nie powinna być nauczycielką swoich dzieci,
  • dziecięcym entuzjazmie i motywacji do nauki,
  • rozwijaniu talentów i naturalnych predyspozycji,
  • roli muzyki i sztuki w życiu rodziny,
  • dbaniu o potrzeby rodziców, regulacji emocji i odpoczynku,
  • celach edukacji — i o tym, że wybór między tradycyjną szkołą a edukacją domową wcale nie jest najważniejszy.

To rozmowa o dawaniu dzieciom poczucia bezpieczeństwa, o dziecięcym zachwycie i o istocie tego, czym jest edukacja.

Serdecznie zapraszamy do wysłuchania 50. odcinka podcastu Baj Example — o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.

Linki z odcinka:

👉 deborabroda.pl

👉 Debora Borda na Instagramie

👉 Debora Broda na Facebooku

👉 Dołącz do naszego newslettera (już ponad 20 tys. rodziców i nauczycieli):  wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Debora i Joszko Brodowie wychowują razem jedenaścioro dzieci w edukacji domowej. W tej rozmowie Debora opowiada, dlaczego jej dzieci w pewnym momencie powiedziały: „Matka, nie ucz nas” – i co z tego wyniknęło. Dzieli się dojrzałymi przemyśleniami na temat tego, co jest kluczem do edukacji, jak dawać dzieciom poczucie bezpieczeństwa, jakie są role matki i ojca, oraz o dziecięcym zachwycie światem.

Mówi również o tym, co – jej zdaniem – jest prawdziwym celem edukacji i dlaczego wybór między tradycyjną szkołą a edukacją domową wcale nie jest najważniejszy. W tej rozmowie Debora dzieli się doświadczeniem płynącym nie tylko z wychowania własnych dzieci, ale też z pracy z rodzicami podczas warsztatów, które prowadzi.

Debora Broda, mama jedenastu dzieci, które wychowujecie w edukacji domowej. Już sam ten fakt generuje mnóstwo pytań – dla słuchaczy i dla mnie. Mam też wrażenie, że masz bardzo dojrzałe spojrzenie na edukację i wychowanie. Prowadzisz warsztaty dla rodziców, więc chciałbym dziś porozmawiać o tym, jak patrzysz na to, co jest ważne w edukacji dzieci, co jest ważne dla rodziców – i dla kogo edukacja domowa jest, a dla kogo niekoniecznie.

Zacznijmy od początku. Co spowodowało, że zdecydowaliście się na edukację domową, mając tak dużą rodzinę?

To było tak, że idea edukacji domowej chodziła mi po głowie, odkąd w ogóle wysłałam dzieci do szkoły. Na początku nasze dzieci chodziły do szkoły, ale gdzieś miałam z tyłu głowy myśl, że edukacja domowa to byłoby coś fajnego. Choć wtedy była to jeszcze bardzo niepopularna forma nauki.

Nie pamiętam nawet, skąd o niej wiedziałam – gdzieś mi się musiało obić o uszy. Ale decyzja ostatecznie wyszła od Joszka. Dzieci miały w szkole różne spięcia na temat swoich prac plastycznych – na przykład nauczycielka mówiła, że na danym obrazku musi być brokat.

Pewnego dnia Joszko odbierał chłopców ze szkoły i usłyszał ich rozmowę z sześciolatkiem, który miał dopiero iść do szkoły. Rozmawiali o tym, jak to będzie z tymi pracami plastycznymi. Wtedy coś w nim pękło i powiedział: „Nie, dobra, idziemy na edukację domową.” Więc można powiedzieć, że u nas decyzja wyszła całkowicie od strony sztuki.

Z takiego poczucia, że tradycyjna szkoła może w dzieciach zabić naturalną kreatywność i chęć do twórczej ekspresji?

Tak, myślę, że to był jeden z głównych motywów. Oczywiście były też kwestie praktyczne – dzieci często wyjeżdżały z Joszkiem na warsztaty czy koncerty. Uznawaliśmy, że to dla nich rozwojowo lepsze, więc opuszczały trochę szkołę. Bywaliśmy w różnych miejscach, na wystawach – i to kolidowało logistycznie. To nie była główna przyczyna decyzji, ale na pewno miała wpływ.

Czy mieliście od razu plan, że to ty będziesz prowadzić edukację dzieci, czy raczej zakładaliście, że dacie im po prostu przestrzeń i wolność – i że z tego już wiele wyniknie?

Ja i tak byłam z dziećmi, bo oprócz tych szkolnych mieliśmy jeszcze sporo maluchów. Joszko ma wolny zawód, więc też był często w domu. Plan był taki, że będziemy realizować różne fajne rzeczy. Ale wiadomo – spotkaliśmy się z wymaganiami podstawy programowej, które potraktowałam bardzo serio. Zrobiłam plan realizacji i zaczęliśmy balansować między tym, co my chcemy, a tym, czego od nas oczekuje system.

No i jak to wyglądało? Przenieśliście się do edukacji domowej i co było po pierwszym miesiącu, po dwóch, trzech?

Nie, takiej myśli, że „po co nam to było”, nie miałam. Natomiast były te punkty do zrealizowania na egzaminy. A że potraktowałam to bardzo serio – jak się potem okazało, o wiele bardziej serio niż inni rodzice – to wzięłam się za to porządnie. I po trzech miesiącach dowiedziałam się, czym edukacja domowa na pewno nie jest.

Myślę, że cały pierwszy rok polegał właśnie na odkrywaniu, czym ona nie jest, bo moje dzieci nie chciały ze mną za bardzo współpracować. Miałam koncepcję, że będę je przygotowywać do egzaminów, ale pojawił się opór.

Zaczęliśmy więc testować różne metody. Zapisaliśmy się do szkoły Sawickich – to była wtedy jedna z niewielu szkół w Polsce zajmujących się edukacją domową. Poznałam tam metodę Montessori, więc pomyślałam: dobra, spróbujemy. Ale szybko się okazało, że dzieci wolały grać w planszówki, niż robić „matematyczek” czy polski. Więc i ta metoda się nie przyjęła.

Ostatecznie i tak zdaliśmy wszystkie egzaminy bez problemu – po trzech miesiącach nauki, a potem już z większym luzem. Ale we mnie pozostało pytanie: jaka metoda jest właściwa? Co zrobić, skoro mam wolność i nie muszę iść szkolnym trybem? Jak to wszystko poukładać?

Zaczęłam czytać podręczniki, które dzieci dostały, i stwierdziłam, że nie da się z nich uczyć. Wróciłam więc do starszych, tych, z których sama się uczyłam. Ale po chwili zobaczyłam, że to też nie to. Sięgnęłam jeszcze po starsze – i te z kolei okazały się kompletnie niedostosowane do dzisiejszych realiów. Dzieciom podobały się jako ciekawostka, ale nie miały ochoty poświęcać im więcej czasu.

W końcu zapisałam się na studia z retoryki stosowanej, żeby zrozumieć, jak to wszystko wyglądało u źródeł – kiedy edukację wymyślili starożytni Grecy, by kształcić zawodowych mówców. Wtedy retoryka decydowała o losach wojen, majątków, a nawet życia, więc traktowano ją bardzo poważnie. Grecy opracowali system edukacji mówców – i ten system można zastosować w każdej edukacji, w każdym procesie, w którym człowiek chce stać się profesjonalistą.

Po kilku latach znalazłam odpowiedź na pytanie, jak wygląda proces uczenia się. Ale wcześniej zauważyłam, że niezależnie od metody czy materiału, wszystko sprowadza się do jednego klucza: jeśli u dziecka pojawia się słowo chcę, to ono się nauczy. Jeśli nie chce – nie ma takiej siły, żeby je nauczyć.

Śmiałam się, że w podstawie programowej, w tych wszystkich zdaniach „uczeń umie”, „uczeń rozumie”, „uczeń potrafi”, wystarczyłoby dopisać jedno zdanie: jeśli uczeń chce.

Masz dużo racji. Ja też wiele razy przeglądałem podstawę programową i zastanawiałem się nad tym serio. Tam jest napisane, że „uczeń potrafi”, „uczeń rozumie”, „uczeń wie” – a dane pokazują, że to się po prostu nie dzieje.

Tak. I ja czasem żartuję, że podstawa programowa to raczej podstawa roszczeniowa. Ktoś, kto kocha jakiś temat, stwierdził, że każdy ma go znać. Zastanawiam się, czy autorzy tej podstawy sami byliby w stanie ją zaliczyć ze wszystkich przedmiotów. Dla dorosłego to może układa się logicznie, ale dla dziecka to niemożliwe do objęcia.

Więc z jednej strony mamy tę motywację – „czy dziecko chce się uczyć”, a z drugiej – pytanie, czym w ogóle jest ta podstawa programowa i czy naprawdę chodzi dziś o to, żeby uczyć się na pamięć kawałka Wikipedii.

Korci mnie, żeby podrążyć temat retoryki, o której wspomniałaś. Mówiłaś, że to proces, który służył kształceniu profesjonalistów, i od niego przeszłaś do stwierdzenia, że jeśli dziecko chce, to się nauczy, a jeśli nie – to nic tego nie zmieni. Jak te dwa wątki się łączą? Na czym polegał ten proces, którego używali starożytni Grecy?

To proces składający się z pięciu etapów. Pierwszy to inwencja – sztuka szukania i układania materiału. Uczymy się myśleć, analizować, zadawać pytania, tworzyć argumentację. To umiejętność odróżniania opinii od prawdy, przyglądania się sprawom z różnych perspektyw, analizowania konsekwencji, tworzenia kontrargumentów.

Drugi etap to dyspozycja – czyli układanie wszystkiego w porządku. Można powiedzieć, że uczeń, który przejdzie ten proces, potrafi stworzyć test, a nie tylko go rozwiązać. W szkole ktoś już za dziecko wykonał ten etap – podał gotową strukturę w podręczniku.

Trzeci etap to elokucja – ćwiczenie materiału. I to jest właśnie to, od czego w szkole się zaczyna: ćwiczenia, zadania, powtarzanie. Ale to już nie jest nauka myślenia, tylko praca na gotowym materiale.

Czwarty to memoria – nauka pamięciowa. Pewne rzeczy trzeba po prostu zapamiętać, ale to powinna być wisienka na torcie. Grecy wymyślili mnemotechniki i traktowali zapamiętywanie jako ostatni element. A u nas w edukacji często zaczyna się właśnie od tego.

Na końcu jest akcja – czyli prezentacja, wystąpienie, komunikacja. Grecy uczyli się mówić tak, żeby słuchacze nie domyślali się, że mowa jest wyuczona na pamięć. U nas to się kompletnie gubi – nie przywiązuje się wagi do sposobu mówienia, gestów, postawy.

Ciekawi mnie, jak udało ci się przenieść ten proces na edukację domową i zaangażować w niego dzieci – zwłaszcza w te dwa pierwsze etapy, które w szkole praktycznie nie istnieją.

Moje dzieci postawiły mnie pod ścianą: „Matka, nie ucz nas.” Więc nie wprowadziłam tego formalnie, ale świetnym modelem do rozwijania tych kompetencji okazała się dyskusja. Rozmawiamy, zadajemy pytania, szukamy odpowiedzi. Czasem korzystamy z pomocy różnych nauczycieli, którzy też pracują w ten sposób.

Czyli „matka nie ucz nas” – to kto? Kto ich uczył?

Wszyscy, byle nie matka. Z podstawą programową jest tak, że tylko niektóre przedmioty wymagają wsparcia. W pierwszych klasach trzeba nauczyć się pisać, czytać i liczyć – wiadomo. Ale dalej dzieci mogą uczyć się same albo z kimś. W większości tego, co wiedzą, nauczyły się same – bo chciały.

No właśnie, to prowadzi do pytania o to, co jest dla ciebie najważniejsze w edukacji dzieci. Bo z tego, co mówisz, przebija przekonanie, że podstawa programowa nie jest kluczem do przygotowania dziecka do życia. Co więc jest dla was ważne? Co chcesz, żeby twoje dzieci wiedziały i potrafiły?

Powiem, co myślę dzisiaj. Bo to się zmieniało. Jeśli chcemy określić, co jest ważne w edukacji, musimy najpierw wiedzieć, jaki chcemy osiągnąć cel. Jeśli dziecko przygotowujemy do tego, żeby skręcało żelazka, to uczymy je historii żelazek, konstrukcji, ograniczamy jego horyzont i potencjał, nie pokazujemy świata. Wszystko zależy więc od celu.

A moim celem jest, żeby dziecko było szczęśliwe.

Jeżeli dziecko ma być szczęśliwe, to edukacja zaczyna się od narodzin. Pierwsze, czego musi się nauczyć, to jak radzić sobie ze swoimi emocjami. Co robić, gdy się boi, gdy ma trudno. I to jest taka szkoła mamy – bo dziecko samo sobie jeszcze nie poradzi.

Mama pomaga mu przeżyć emocje, pokazuje, że można sobie z nimi radzić, że zawsze jest obok i że można na nią liczyć. To uczy dziecko, że świat jest bezpieczny. A jeśli czuje się bezpiecznie, to może się zacząć rozglądać, poznawać świat, próbować.

Druga rzecz – dziecko musi się dowiedzieć, że jest odrębnym bytem od mamy. Uczy się swojej autonomii, czyli tego, że ja jestem. To ten moment, kiedy dwulatek mówi: „Ja siam!” – i bardzo potrzebuje, żebyśmy mu pozwolili. To buduje poczucie odrębności.

Wyodrębnione dziecko, między trzecim a szóstym rokiem życia, uczy się negocjacji. Tu pojawia się rola taty. Mama jest od tego, żeby wchodzić w inicjatywę dziecka – żeby pokazywać mu, że jego pomysły mają znaczenie. A tata uczy negocjować, czyli jak dążyć do sytuacji wygrana–wygrana.

Od dwóch do trzech lat dziecko uczy się wystąpień publicznych – jeśli ma poczucie autonomii, to nie wstydzi się, potrafi podejmować decyzje, wchodzić w relacje. A między trzecim a szóstym rokiem życia rozwija zdolność współpracy z innymi.

Dopiero około siódmego roku życia zaczyna się okres budowania kompetencji. Dziecko, które wie, że może coś proponować innym i że inni mogą na to reagować, zaczyna pytać: Jaka jest wartość tego, co proponuję? Wtedy rodzi się chęć uczenia się – naturalna, niewymuszona. Jeśli dziecko przez pierwsze lata życia dostało bezpieczeństwo emocjonalne, to w wieku siedmiu lat chce się uczyć wszystkiego. I żadna siła tego nie powstrzyma.

Od siódmego roku życia wchodzą kompetencje poznawcze – to, o czym mówiłam wcześniej przy retoryce: uczenie się myślenia, analizowania, rozróżniania prawdy od opinii, tworzenia argumentów, dyskutowania. To są umiejętności, które dziecko rozwija mniej więcej do dwunastego roku życia.

Potem zaczyna się etap społeczny – dziecko rozgląda się po świecie, szuka grup, w których może potwierdzić swoją tożsamość, zadaje sobie pytanie: Kim ja jestem? Do tej pory propozycje szły od rodziców, teraz szuka ich na zewnątrz. I to jest ten moment, w którym kształtuje się dobrze zintegrowana tożsamość.

Zapytałem cię o to, co jest ważne w edukacji, a ty zaczęłaś od emocji i bezpieczeństwa emocjonalnego. Bardzo mocno czuć w tym echo myślenia André Sterna. On też mówi o tym, że dziecko potrzebuje bezpiecznego portu, żeby wypłynąć w świat i nauczyć się wszystkiego, co mu potrzebne. Ciekawi mnie, czy nie miałaś obawy, że twoje dzieci, nie chodząc do tradycyjnej szkoły, czegoś nie nauczą się – czegoś, co okaże się im potem potrzebne?

Oczywiście, że miałam mnóstwo obaw. Ale patrząc z perspektywy mojego doświadczenia – a byłam uczennicą piątkowo-szóstkową – wiem, że to, czego uczyłam się w szkole, nie miało dużego wpływu na to, co potem robiłam w życiu.

Najważniejsze jest to, że jeśli dziecko ma bezpieczną bazę, to będzie eksplorować świat. Będzie podążać za tym, co je pociąga, rozwijać swoje zainteresowania. I nie chodzi o to, żeby wiedziało wszystko – tylko żeby potrafiło sobie poradzić. Albo dzięki temu, co już umie, albo zwiększając swoje zasoby, gdy zajdzie taka potrzeba.

Powiedziałaś o inicjatywie dziecka, które chce się czegoś nauczyć. W jednym z wywiadów wspominałaś o dziecięcym zachwycie. To też bardzo przypomina myślenie André Sterna, który mówi, że entuzjazm jest motorem uczenia się. Że dziecko, które jest czymś zafascynowane, nauczy się tego, bo jego emocje są zaangażowane. Jak ty to widzisz?

Myślę, że ten entuzjazm to właśnie to moje słówko chcę. Jeśli coś mnie interesuje, to chcę się tego nauczyć. Ale to może się wydarzyć tylko wtedy, gdy dziecko czuje się bezpieczne. Kiedy nie żyje w lęku, świat je ciekawi, eksploruje, podejmuje wyzwania, chce wiedzieć. A gdy żyje w lęku, cała jego energia idzie na to, żeby przetrwać.

I wydaje mi się, że kiedy dziecko idzie do szkoły i traci entuzjazm, to niekoniecznie wina szkoły. To zależy od tego, czy wcześniej zostało wyposażone przez rodziców w poczucie bezpieczeństwa. Bo szkoła nie jest od tego, żeby zapewniać emocjonalne bezpieczeństwo – to rola rodziny.

Oczywiście, jeśli w szkole panuje atmosfera strachu, kary i nagrody, to trudno o rozwój. Ale jeśli dziecko ma w sobie to bezpieczeństwo, to nawet w takim środowisku potrafi zachwycać się światem.

A nie sądzisz, że kiedy dziecko idzie do szkoły i nie może już zajmować się tym, co je ciekawi, tylko dostaje z góry ustalony plan – przez 45 minut robi jedno, potem coś zupełnie innego – to właśnie wtedy ten jego naturalny entuzjazm gaśnie? Szczególnie, że nauczyciele i rodzice powtarzają mu, że to, co teraz robimy, jest ważne, i że powinno się tym zajmować, nawet jeśli tego nie czuje?

Myślę, że jeśli dziecko jest bezpieczne, to nikt nie jest w stanie zgasić jego entuzjazmu. Oczywiście, jeśli coś jest totalnie nudne, niezrozumiałe i w nieprzyjemnej atmosferze, to nie będzie chciało w tym uczestniczyć. Ale takie dziecko i tak znajdzie sposób, żeby się rozwijać, nawet w szkole. Jeśli lekcja jest nudna, wyciągnie książkę i zacznie czytać. Ono nie uzależnia swojej wartości od tego, czy dostanie piątkę, ani od tego, czy komuś się spodoba to, co robi.

Właśnie o tym pomyślałem – że żeby nie zaburzyć poczucia bezpieczeństwa, trzeba dziecku dać do zrozumienia, że jest okej takie, jakie jest. Że będzie kochane bez względu na to, czy dostanie piątkę, czy dwójkę.

Dokładnie. Ocena to po prostu informacja zwrotna. Jeśli ktoś się czymś nie interesuje, to interesuje go tylko tyle, żeby mieć dwójkę i przejść dalej. Ale bezpiecznemu dziecku to nie robi różnicy emocjonalnie. Jeśli ma dwójkę z chemii, pomyśli: „Nie lubię chemii, to mam dwójkę, i tyle.”

Natomiast jeśli dziecko nosi w sobie wstyd, to ocena staje się powodem do cierpienia. I tu pojawia się presja rodziców – bo często to rodzice mają problem z ocenami swoich dzieci. To nie dziecko potrzebuje czerwonego paska, tylko rodzic, który coś sobie przez to rekompensuje: wstyd, lęk, potrzebę kontroli.

Czyli można powiedzieć, że jeśli rodzic bardzo mocno skupia się na ocenach, to prawdopodobnie coś z jego własnym poczuciem bezpieczeństwa kiedyś poszło nie tak.

Tak, dokładnie. Bo żeby dać dziecku poczucie bezpieczeństwa, trzeba mieć je w sobie. Nie da się dać tego, czego samemu się nie ma.

Wydaje mi się, że to też trudne w edukacji domowej – bo żeby dzieci mogły czuć się bezpiecznie, rodzic musi zadbać o siebie. Jak to wyglądało u ciebie? Jak dbałaś o swoją przestrzeń, o swoje potrzeby, mając tak dużą rodzinę i edukację domową na głowie?

Myślę, że są tu dwie ważne rzeczy. Po pierwsze – moje napięcie. Najważniejsze jest, żebym wiedziała, co z nim zrobić. Żebym miała kogoś, z kim mogę o tym porozmawiać, i żebym miała czas na regenerację. Każdy ma swoje sposoby – ważne, żeby o tym nie zapominać.

Po drugie – szkoła. Trzeba znaleźć taką, która współpracuje i rozumie, o co chodzi z edukacją domową. Taką, która potrafi pogodzić wymagania systemowe z naszym podejściem, naszym rytmem, zainteresowaniami dzieci. Oczywiście, egzaminy, ósmoklasista, matura – tego nie przeskoczymy, ale można to zrobić w sposób sensowny i wspierający. I takie szkoły są.

Prowadzisz też warsztaty dla rodziców. Co chcesz im przekazać w czasie tych spotkań?

Mój warsztat to taka mapa rozwoju dziecka – z podziałem na etapy i potrzeby, które się w każdym z nich pojawiają, oraz z uwzględnieniem ról rodzicielskich. Mam trzy główne obszary: wychowanie (oparte na teorii przywiązania), edukację (opartą na retoryce klasycznej, czyli motywacji do nauki) oraz kulturę – to, co warto z niej czerpać, żeby wspierać rozwój dziecka.

Wrócę do zdania, które powiedziałaś na początku: „Matka, nie ucz nas.” To bardzo mocne. Bo jedno z najczęstszych pytań o edukację domową brzmi: jak być nauczycielem dla własnego dziecka? Przecież rodzice nie wiedzą wszystkiego, czego uczą się dzieci. Czy ty czułaś się nauczycielką swoich dzieci – mimo że one wyraźnie dały ci znać, że tego nie chcą?

Byłam bardzo zaangażowana w poszukiwanie odpowiedzi, jak to wszystko działa. Chciałam być nauczycielką – nawet żartowałam, że urodziłam sobie klasę, więc będę jej nauczać. Ale praktyka szybko pokazała, że coś tu nie gra. Kiedy próbowałam uczyć dzieci, one się buntowały.

Później zrozumiałam dlaczego. Mama jest od bezpieczeństwa. Filar bezpieczeństwa opiera się na dwóch przekonaniach: poradzę sobie sama oraz jeśli sobie nie poradzę, ktoś mnie uratuje. I tym kimś jest mama. Jeśli mama staje się nauczycielką, czyli tą, która wymaga, to znika. Nie ma już bezpiecznej przystani – jest ocean. A w oceanie dziecko się boi. A jeśli jest lęk, to nie ma edukacji.

Dlatego mama jest jedyną osobą, która nie może uczyć. Może wspierać, pomagać, być obok – ale nie stawiać wymagań.

Pewnie wielu osobom wydaje się, że poszliście w edukację domową, bo jesteście artystami – oboje tworzycie muzykę, komponujecie – i że chcieliście po prostu, żeby dzieci mogły rozwijać się w podobnym duchu. Na ile sztuka i muzyka były obecne w waszym domu i w edukacji waszych dzieci?

U nas muzyka jest po prostu częścią życia. Ale okazało się, że nie tylko muzyka – dzieciaki rozwijają się też plastycznie. Rzeźbią, malują, rysują. Cały dom jest zasypany ich pracami. I to nie jest coś „w ramach szkoły” – to po prostu naturalna forma życia. Ekspresja. Nigdy nie musieliśmy tego organizować na siłę, w stylu: „teraz wszyscy malujemy” albo „teraz śpiewamy”. To po prostu u nas się dzieje.

A jak widzisz granicę między taką codzienną aktywnością dziecka a sztuką? Bo mam wrażenie, że to, co mówisz, bardzo przypomina to, co obserwuję u naszych dzieci – one piszą książki, tworzą przedstawienia, śpiewają, grają na instrumentach. Ale nie czują się „twórcami”. Po prostu to robią.

Myślę, że to trochę jak w twórczości ludowej. Człowiek tworzył, żeby przeżywać satysfakcję z tworzenia piękna. Wyobraź sobie wiejską chatę w listopadzie – pada deszcz, nie ma telewizji, nie ma transportu. Moja babcia robiła kwiatki z bibuły. Pokazywała, jak to się robi. I tak powstawały pierwsze trzy kwiatki. Potem cały bukiecik, palma, kolejne wzory. Z potrzeby tworzenia i satysfakcji.

Tak właśnie rodzi się prawdziwa sztuka – z chęci zrobienia czegoś pięknego, z potrzeby działania. To proces, nie efekt. Nie chodzi o to, czy coś nadaje się do galerii, tylko o to, czy tworzenie dało mi radość i poczucie przepływu.

A jak patrzysz na dziecięce talenty?

Myślę, że wszystkie dzieci są z natury utalentowane. Kluczowe jest, czy będą miały przestrzeń, żeby ten talent rozwijać. Jeśli damy im miejsce, pokażemy ciekawe rzeczy – koncert, wystawę, coś inspirującego – to może je to zapalić do działania. Tak było u nas.

Są też talenty dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Mają wtedy dodatkowy wymiar, bo niosą połączenie z rodziną. Jeśli dziecko dostaje coś, co miała mama, babcia czy prababcia – jakąś piosenkę, sposób tworzenia, gest – to to buduje jego poczucie bezpieczeństwa. Ma biologiczne przekonanie, że to, co dostało od rodziny, jest dobre, bo pochodzi od tych, którzy chcą dla niego jak najlepiej.

Powiedziałaś, że każde dziecko ma talent, ale chodzi o przestrzeń. Czy to było coś, na czym się koncentrowaliście – żeby dzieci mogły odkrywać swoje predyspozycje i je rozwijać?

Nie wiem, czy aż tak się na tym skupialiśmy. To wychodziło samo z siebie. Ktoś się czymś zainteresował, było widać, że ma do tego zapał, i nic nie było w stanie go powstrzymać.

Nasz Jasiek rzeźbił już jako mały chłopak. Chodził do stodoły i strugał z drewna małe zwierzątka. Oczywiście próbowałam go powstrzymać, bo się bałam, że sobie coś zrobi, ale się nie dało.

Znam ten lęk. Moi chłopcy też lubią majsterkować i czasem zastanawiam się, na ile pozwolić im na pracę z ostrymi narzędziami bez nadzoru.

To rzeczywiście wymaga wyczucia. Ale to też rola taty – żeby nauczyć dziecko, jak bezpiecznie posługiwać się narzędziami. Nie po to, żeby je przestraszyć, tylko żeby pokazać, jak to robić dobrze. Bo jeśli będziemy wciąż powtarzać: „Uważaj, bo sobie coś zrobisz”, to ono się nauczy tylko jednego – bać się.

Powiedziałaś mi przed rozmową, że edukacja domowa nie jest dogmatem. Że nie jest jedyną słuszną drogą. To bardzo ważne zdanie, bo często rodzice, którzy się na nią decydują, traktują ją jak ideologię. Co miałaś na myśli?

To, że klucz jest zawsze w rękach rodziców. Mama i tata. Mama jest od ratowania, tata od pomagania. I wszystko zaczyna się od nich. Forma edukacji – domowa, systemowa czy hybrydowa – to tylko konsekwencja tego, co dzieje się w relacji.

A gdybyś dziś miała podjąć decyzję jeszcze raz, wybrałabyś edukację domową?

Gdybym miała te same zasoby i wiedzę, co wtedy – tak. Ale dziś nasze dzieci same wybierają. Nie wszystkie są w edukacji domowej. Jedne uczą się w systemie, inne w modelu hybrydowym. Dajemy im prawo wyboru. I elastyczność – bo to się może zmieniać.

To pokazuje waszą postawę – że nie chodzi o przekonanie „tylko edukacja domowa jest dobra”, ale o to, żeby dopasować formę do dziecka.

Dokładnie. Nie chodzi o to, gdzie się dziecko uczy, tylko dlaczego. Jaką mamy motywację. Jeśli chcemy, żeby mogło realizować swoje potrzeby, to dobierzemy formę do dziecka. Ale jeśli naszą motywacją jest lęk – np. że dziecko spotka coś trudnego, więc chcemy je „chronić przed światem” – to problemem nie jest szkoła, tylko nadopiekuńczość.

I to znowu brzmi bardzo podobnie do myślenia André Sterna – że nie metoda się liczy, tylko postawa rodzica.

Tak, dokładnie. Poza tym w praktyce nie ma jednej definicji edukacji domowej. Tyle, ile rodzin, tyle sposobów jej realizacji.

To prawda. My też często to powtarzamy – że edukacja domowa to edukacja szyta na miarę. Dla każdej rodziny wygląda inaczej.

Tak właśnie jest.

Gdybyś miała przekazać jedną myśl rodzicom, którzy rozważają edukację domową, mają wątpliwości, czegoś się boją – co byś im powiedziała?

Powiedziałabym, żeby sprawdzili swoje motywacje. Dlaczego tego chcą? Co nimi kieruje? Gdzie w tym wszystkim jest dziecko?

Jeśli kieruje nimi troska o emocjonalne bezpieczeństwo dziecka i jego zdrowy rozwój, to edukacja domowa może być dla nich dobrym wyborem. Ale każda sytuacja jest inna. Trzeba zobaczyć, o co naprawdę chodzi – czy o relację, czy o logistykę, czy o wartości.

Bardzo ci dziękuję za tę rozmowę. Jestem pod wrażeniem twojego spojrzenia na edukację – dojrzałego, spokojnego, opartego na doświadczeniu. I tego, jak potrafisz to ubrać w słowa. To naprawdę pomaga lepiej rozumieć, czym może być edukacja.

Dziękuję również.

Moim i waszym gościem była Debora Broda.

Dodaj komentarz