51. Czy dzisiejsi nastolatkowie to stracone pokolenie? Tomasz Bilicki: oni są lepsi od nas
Odcinek 51
Słyszymy, że dzisiejsi nastolatkowie to stracone pokolenie.
Że nic z nich nie będzie, są beznadziejni.
Tomasz Bilicki mówi: oni są lepsi od nas.
Bilicki jest interwentem kryzysowym, nauczycielem i psychoterapeutą, który pracuje z nastolatkami.
W tej rozmowie mówi o tym, że dzisiejsi nastolatkowie to pokolenie ludzi unieważnionych. Pokazuje, w jaki sposób unieważniamy ich uczucia, myśli i dążenia.
Usłyszysz tu także o tym:
- dlaczego to my, jako pokolenie ludzi dorosłych, nie poradziliśmy sobie,
- co nastolatki mówią w pracowniach interwencji kryzysowej,
- dlaczego część młodych ludzi się okalecza i co to dla nich znaczy,
- czy media społecznościowe i komunikatory są dla nich zagrożeniem,
- jak być obecnym, kiedy nasze dzieci robią pierwszy krok w dorosłość.
To rozmowa o tym, że nastolatki bardzo potrzebują naszej obecności i chcą, żebyśmy byli obecni – nawet kiedy nam tego nie okazują.
Jeśli do bycia rodzicem nastolatka można się przygotować, ta rozmowa jest na to jednym z lepszych sposobów.
Serdecznie zapraszamy do wysłuchania!
Linki z odcinka:
-
Tomasz Bilicki na Facebooku
-
Tomasz Bilicki na Instagramie
-
Książka Tomasza BIlickiego Unieważnieni
👉 Dołącz do naszego newslettera (już ponad 20 tys. rodziców i nauczycieli): wydawnictwoelement.pl/newsletter/
Posłuchaj
Często słyszymy, że dzisiejsi nastolatkowie to „stracone pokolenie”, że nic z nich nie będzie, że sobie nie poradzą. Tymczasem Tomasz Bilicki mówi coś zupełnie przeciwnego – że oni są od nas lepsi. Że mają dla nas więcej zrozumienia i wyrozumiałości, niż my mamy dla nich.
Tomasz Bilicki jest interwentem kryzysowym, psychoterapeutą i nauczycielem, który od wielu lat pracuje z młodymi ludźmi. Rozmawia z nimi głęboko, jest przy nich obecny. W tej rozmowie mówi o tym, dlaczego to my – dorośli – często nie poradziliśmy sobie z własnymi emocjami, relacjami i światem. I dlaczego nastolatki dziś to pokolenie „unieważnionych”.
Co to znaczy „być unieważnionym”?
Chodzi o sytuacje, w których nie widzimy, nie uznajemy i nie szanujemy tego, co młodzi czują, myślą i przeżywają. Kiedy bagatelizujemy ich emocje i potrzeby, gasimy ich sprawczość albo śmiejemy się z ich marzeń.
Ta rozmowa jest przede wszystkim o tym, że nastolatki bardzo potrzebują naszej obecności. I że naprawdę chcą, żebyśmy byli blisko. Jeśli jesteś rodzicem lub opiekunem, wiesz, że wiek nastoletni potrafi być wyzwaniem. Perspektywa, którą przedstawia Tomasz, może pomóc te wyzwania zrozumieć i przygotować się na nie inaczej – z większą czułością, spokojem i otwartością.
Tomasz opowiada o unieważnianiu emocji na prostym przykładzie. Dziecko przewraca się, zdziera kolano i zaczyna płakać. A dorosły mówi: „Nie płacz, nic się nie stało, to nie boli”. Takie reakcje wydają się drobne, ale to właśnie one uczą dzieci, że to, co czują, jest nieważne. A dzisiejsze nastolatki – jak podkreśla – chcą żyć prawdziwie. Mają dość nieautentyczności. Nie chcą odkładać życia na „kiedyś”, w imię kredytów i planów, które nie należą do nich.
Unieważniamy ich, kiedy mówimy:
„Weź się w garść.”
„Nie przesadzaj.”
„Jak będziesz dorosły, to zobaczysz, co to problemy.”
Dla młodych to nie jest rada. To sygnał: to, co czujesz, jest nieważne.
Unieważniamy ich marzenia, gdy śmiejemy się z planów typu „chcę zostać YouTuberem”, zamiast zapytać: co cię w tym pociąga? Unieważniamy ich relacje, sposób spędzania czasu, granie, przestrzeń online, mimo że dla nich to często formy kontaktu i współpracy.
Często robimy to wszystko w dobrych intencjach. Chcemy, żeby dziecko przestało płakać, żeby poczuło się lepiej. Ale współcześni nastolatkowie potrzebują czegoś innego. Potrzebują, żeby uznać to, co czują. Żeby powiedzieć: „Widzę, że jest ci trudno. Jestem tu.”
Wiele osób dorosłych nosi w sobie przekonanie, że skoro my „jakoś przetrwaliśmy” dzieciństwo i dorastanie, to znaczy, że to był dobry sposób. Ale kiedy spojrzymy na to uczciwie, to wcale nie jesteśmy pokoleniem, które świetnie radzi sobie z emocjami, relacjami i bliskością. Nie jesteśmy ludźmi z idealną samooceną, spokojem i równowagą. Wiele z nas zmaga się z lękiem, napięciem, samotnością, pracoholizmem czy ucieczką w różne formy „przetrwania”.
To, że dzisiaj młodzi domagają się jasnego wyrażania emocji, granic i autentyczności, nie jest ich fanaberią. To jest ich próba życia inaczej niż my.
Kiedy mówimy „Jak będziesz dorosły, to dopiero zobaczysz, jakie są problemy”, to młodzi zaczynają patrzeć na dorosłość jak na coś strasznego. W pracowniach interwencji kryzysowej i gabinetach psychoterapeutów często pojawiają się siedemnastoletnie osoby, które mówią:
„Nie chcę dorosnąć. Czy da się zatrzymać czas?”
To jest efekt naszych komunikatów.
Zaklęć, które rzucamy zupełnie nieświadomie.
Unieważniamy nie tylko emocje.
Unieważniamy też myśli i marzenia.
Kiedy nastolatek mówi:
„Chcę zostać youtuberem”,
często w odpowiedzi słyszy śmiech, ironię albo „Zajmij się czymś poważnym”. Zamiast rozmowy:
„Co cię w tym interesuje? Co chciałbyś robić? Jak to widzisz?”
Unieważniamy także ich sposób bycia i odpoczywania.
Dla wielu młodych granie online nie jest samotnością, tylko wspólnym czasem, rozmową, współpracą. To ich forma relacji. Ale my – dorośli – oceniamy to bez próby zrozumienia.
Do tego dochodzi jeszcze coś ważnego: nie radzimy sobie z rozwojem technologicznym. Nie umiemy wejść z nimi do świata online. Zamiast zapytać: „Pokaż mi, jak to działa”, próbujemy ten świat odbierać. A oni chcą nas tam zaprosić.
Chcą nas zaprosić do swojego życia.
Podczas jednych z warsztatów rozmawialiśmy o emocjach. Zastanawialiśmy się, czy istnieją „złe uczucia” – czy smutek może być zły, czy złość jest czymś, czego należy się wstydzić. Na koniec powiedziałem im, że jestem pod ogromnym wrażeniem ich wypowiedzi. I że naprawdę zastanawiam się, czy gdyby w tej sali siedzieli dorośli, rozmowa byłaby równie mądra i tak dojrzała.
I wtedy oni od razu odpowiedzieli:
„Może dorośli po prostu nigdy o tym z nikim nie rozmawiali. Może nikt ich tego nie nauczył. Może dopiero od nas zaczyna się pokolenie, które mówi o emocjach. To nie wasza wina”.
To było niezwykłe. Bo oni znowu stanęli po stronie dorosłych. Oni nas bronią.
Tymczasem w drugą stronę działa to znacznie rzadziej.
W wielu pokojach nauczycielskich, grupach rodzicielskich czy dyskusjach publicznych o nastolatkach dominuje narzekanie:
„stracone pokolenie”,
„nic z nich nie będzie”,
„rozpieszczone”,
„bez ambicji”.
To też jest forma unieważnienia. Zbiorowe, kulturowe.
Jak etykieta naklejona na ich czoła zanim zdążą cokolwiek naprawdę zrobić.
Tymczasem ja widzę coś zupełnie innego:
To jest pokolenie, które chce żyć autentycznie.
Które chce mówić o uczuciach.
Które chce relacji, nie pozorów.
Które widzi fałsz bardzo szybko.
I często są bardziej wyrozumiali dla nas, niż my dla nich.
Czasem pada pytanie: dlaczego my – dorośli – jesteśmy wobec nastolatków tacy krytyczni, spięci, nieufni? Czy to zawsze tak było, czy to jest znak naszych czasów?
Prawdopodobnie trochę jedno i drugie. Owszem, zawsze istniało napięcie między światem dorosłych a światem młodych. Ale dziś dzieje się coś jeszcze. Jesteśmy w czasie ogromnej zmiany cywilizacyjnej. Porównuje się ją do rewolucji Gutenberga – ale może jest nawet większa. Tempo życia, technologia, dostęp do informacji – to wszystko sprawia, że różnice między pokoleniami potrafią być bardzo głębokie.
Tylko że to nadal nie tłumaczy najważniejszego.
Bo kiedy przestaniemy moralizować, kiedy pojawimy się w relacji z ciekawością, życzliwością i otwartością, wtedy dzieje się coś zaskakującego:
Nastolatki bardzo chłoną dorosłych.
Bardzo chcą kontaktu.
Bardzo potrzebują, żebyśmy byli obecni.
I wcale nie chodzi o brak granic.
Nastolatki – paradoksalnie – dobrze reagują na granice i oczekiwania.
Potrzebują ich.
Ale w relacji, a nie w dominacji.
Zdarza się, że boimy się młodych.
Boimy się, że się obrażą.
Że „stracimy autorytet”.
Że powinniśmy mieć wszystkie odpowiedzi, a nie mamy.
A oni nie potrzebują od nas odpowiedzi.
Potrzebują człowieka.
Dorastanie to intensywny czas. To dużo emocji, dużo pytań, dużo pierwszych razów. A my często stoimy obok z lękiem, zamiast z ciekawością.
Tymczasem relacje budują się nie wykładami, tylko byciem razem.
Wspólną kawą.
Rozmową w aucie.
Wyjściem na spacer.
Albo… wspólną grą w CS-a.
Oni naprawdę zapraszają nas do swojego świata.
Piszesz w książce, że zazdrościsz dzisiejszym nastolatkom technologii. Że oni mogą porozmawiać z przyjacielem o północy, kiedy im jest trudno. My, kiedy byliśmy ich wieku, mogliśmy rozmawiać tylko na przewodowym telefonie w przedpokoju, który słyszała cała rodzina. A oni mają komunikatory, słuchawki, prywatne kanały.
Tylko pojawia się pytanie: czy ta technologia nie oddala? Czy nie spłyca relacji?
Czy nie zabiera nam głębokiego kontaktu?
Wielu dorosłych ma taką obawę. Ale nastolatki bardzo dobrze rozróżniają te światy. Wiedzą, kiedy rozmowa online wystarczy, a kiedy trzeba się spotkać twarzą w twarz. Często mówią: „O takich rzeczach to lepiej na żywo, nie przez telefon.”
Dla nich świat online nie zastępuje offline.
On go poszerza.
Rano piszą na grupie, w szkole rozmawiają na przerwie, po południu grają razem online, wieczorem spotykają się na żywo. Ci sami ludzie, różne przestrzenie.
Problem nie polega na tym, że technologia istnieje.
Problem polega na tym, że większość dorosłych nie umie w niej być z nimi.
Gdy małe dziecko pyta, jak przejść przez ulicę, potrafimy to tłumaczyć bardzo dokładnie. Ale kiedy nastolatek pyta:
„Jeśli udostępniam lokalizację na Snapchacie, to widzą to wszyscy czy tylko znajomi?”
– odpowiadamy: „Czy ty lekcje zrobiłeś?”
Potrafimy uczyć bezpieczeństwa w świecie offline, ale w świecie online zostawiamy ich samych.
Kiedy zabieramy telefon, zamiast uczyć korzystania z niego, to odbieramy im narzędzie, ale nie dajemy kompetencji.
A oni ich potrzebują bardziej niż kiedykolwiek.
Najważniejsze nie jest ograniczenie technologii, tylko towarzyszenie w niej.
Zadawanie pytań, rozmawianie o tym, jak działają algorytmy, reklamy, gry, aplikacje. Ciekawość zamiast kontroli.
Bo to nie jest świat obok. To jest świat, w którym żyją.
Podczas jednego z wyjść widziałem sytuację, która wiele mówi o tym, jak młodzi patrzą na dorosłych. Siedziałem z dwojgiem nastolatków w restauracji. Obok usiadła rodzina z małym dzieckiem. Dziecko przez cały czas miało przed sobą tablet, chodziło między stolikami, nie patrząc, dokąd idzie, jakby sterował nim radar. A mama, siedząca naprzeciwko, była równie pochłonięta swoim telefonem.
Nastolatki, które były ze mną, zareagowały natychmiast. I to nie na dziecko, ale na dorosłych. Powiedziały, że to je boli. Że widzą, jak rodzice nie są z dziećmi obecni, nawet kiedy siedzą tuż obok. Że dziecko jest „grzeczne” tylko dlatego, że dostało ekran, a nie dlatego, że ktoś jest z nim w relacji.
Padło zdanie:
„To nie jest problem dziecka. To jest problem dorosłych.”
I to było niezwykle poruszające, bo pokazało, że to nie nastolatki buntują się przed zasadami. One tęsknią za bliskością, za spojrzeniem w oczy, za byciem razem, za rozmową bez rozpraszaczy. To obecność jest tym, czego potrzebują.
To nie jest wezwanie do zakazu technologii. To jest wezwanie do wzajemnego bycia. Bo jeśli rodzic przez cały czas trzyma telefon w ręku, to jak ma oczekiwać, że dziecko będzie potrafiło odłożyć swój? To nie jest kwestia dyscypliny ani kontroli. To jest kwestia przykładu.
Dlatego kiedy pracuję z młodymi, umawiamy się na proste reguły: podczas jedzenia odkładamy telefony, podczas chodzenia patrzymy przed siebie, telefon bierzemy tylko wtedy, kiedy to naprawdę konieczne. I co ważne — to nie są zakazy narzucone z góry, tylko umowy, które ustalamy razem.
I bardzo często młodzi mówią: „My to rozumiemy. Tego właśnie chcemy.” Bo nastolatki nie walczą z granicami. One walczą z brakiem relacji.
Dorastanie to moment, w którym dziecko zaczyna robić pierwszy krok w dorosłość. I wiele zależy od tego, jak my – dorośli – na ten krok zareagujemy. Gdy dziecko ma roczek i stawia swoje pierwsze kroki, jesteśmy pełni zachwytu. Nagrywamy filmiki, chwalimy się rodzinie, cieszymy się razem z nim. Kiedy wypowiada pierwsze słowo, celebrujemy to jako wielkie wydarzenie.
Ale kiedy ma dwanaście, trzynaście czy czternaście lat i zaczyna robić kolejne „pierwsze kroki” – tym razem w stronę samodzielności, własnego zdania, własnych decyzji – często nie ma już w nas zachwytu. Pojawia się niepokój. Kontrola. Próba zatrzymania czegoś, co i tak musi się wydarzyć.
Nie robimy tego ze złej woli.
Robimy to, ponieważ czujemy, że tracimy wyłączność na nasze dziecko.
I to jest trudne.
Dorastanie polega jednak właśnie na tym, że młody człowiek oddala się, żeby móc kiedyś stanąć na własnych nogach. Żeby mógł sam podejmować decyzje, ponosić odpowiedzialność, tworzyć relacje, których my nie będziemy centrum.
To nie jest odrzucenie rodzica.
To nie jest bunt „przeciwko nam”.
To proces separacji, absolutnie naturalny i konieczny.
Jeżeli go zatrzymamy – zatrzymamy dorosłość. Jeżeli go uznamy – damy dziecku bezcenne doświadczenie: „Możesz rosnąć. Widzę to. Jestem obok.”
W tym wszystkim najważniejsza jest obecność. Nie kontrola. Nie moralizowanie. Nie ciągłe pytanie „gdzie idziesz i z kim?”. Tylko obecność, która mówi:
„Widzę, że się zmieniasz. Widzę, że dojrzewasz. To jest w porządku. Jestem tutaj, kiedy mnie potrzebujesz.”
To może być trudne dla nas, dorosłych. Ale to jest jedna z największych form miłości, jaką możemy podarować nastolatkowi.
Kiedy myślimy o tym, jak przygotować się do bycia rodzicem nastolatka, łatwo wpaść w przekonanie, że potrzebujemy gotowych strategii i poradników. Ale do tego człowiek przygotowuje się właściwie całe życie. Czasem robi to sam, czasem potrzebuje kogoś, kto pomoże mu zobaczyć pewne rzeczy z innej perspektywy. Czasem to będzie przyjaciel, czasem terapeuta, czasem książka, czasem rozmowa.
Warto zadać sobie kilka ważnych pytań:
Jakie przekonania noszę w sobie na temat bycia rodzicem?
Czy potrafię być dla siebie wyrozumiały?
Czy potrafię uznać własne granice i własne potrzeby?
Czy boję się, że stracę „autorytet”, jeśli dziecko zacznie żyć po swojemu?
Bo często to właśnie lęk steruje naszym zachowaniem wobec nastolatków. Lęk, że oni się od nas oddalą. Lęk, że przestaną nas potrzebować. Lęk, że jeżeli nie będziemy wystarczająco ważni, to znaczy, że zawiedliśmy.
A tymczasem najważniejsze jest nie to, żeby mieć „gotową reakcję” na każdą sytuację. Najważniejsze jest to, kim jesteśmy dla siebie. Jeśli jesteśmy dla siebie surowi, nadmiernie wymagający, nieprzyjaźni — to trudno będzie nam dać dziecku coś innego.
Żeby pokazać to w praktyce, można zrobić prosty test.
Wyobraź sobie, że wracasz do domu zmęczony po pracy. Siadasz w fotelu, włączasz serial, pijesz coś ciepłego. I wtedy podchodzi do ciebie piętnastolatek i mówi:
— Jestem głodny.
Co robisz?
Możesz powiedzieć: „Dzięki, że mówisz. Lodówka jest pełna, możesz zrobić sobie coś do jedzenia. Jeśli będziesz robić kanapki, zrób też dla mnie — byłoby miło.”
I wracasz do swojego odpoczynku.
Możesz też natychmiast przerwać serial i pobiec do kuchni, robiąc wszystko za niego — ale wtedy robisz to kosztem siebie. Często z poczuciem winy: „Jestem złym rodzicem, skoro moje dziecko jest głodne.”
I jest też wersja, w której robisz to wszystko z automatu, bo w środku masz przekonanie: „Tylko ja mogę, tylko ja potrafię, ono sobie nie poradzi.”
To już jest nadopiekuńczość.
A nadopiekuńczość, choć wygląda jak troska, niesie w sobie bardzo trudny komunikat: „Nie poradzisz sobie bez mnie.”
Kiedy nastolatek słyszy to przez lata — czasem nawet niewypowiedziane słowami — może w to uwierzyć. I wtedy naprawdę zaczyna wątpić w swoją sprawczość.
Dlatego paradoksalnie, odmawiając natychmiastowej pomocy, uczymy miłości.
Mówimy: „Wierzę, że potrafisz. Wierzę, że dasz radę. A ja nie muszę siebie poświęcać, żeby być dobrym rodzicem.”
To jest dbanie o siebie i o dziecko jednocześnie.
Często mówimy, że nastolatki „nie chcą z nami rozmawiać”. Że zamykają się w swoim świecie. Że coś przed nami ukrywają. I wielu dorosłych odbiera to jako sygnał, że zawiedli, że relacja się zepsuła, że coś poszło nie tak.
Ale bardzo często powód jest zupełnie inny.
Nastolatki nie mówią nam wszystkiego, bo chcą nas chronić.
Nie chcą być dla nas ciężarem.
Nie chcą widzieć nas smutnych, zmartwionych, przerażonych.
Słyszałem to wiele razy:
„Nie powiem mamie, bo się będzie martwić.”
„Nie chcę, żeby tata był rozczarowany.”
„Mama ma swoje problemy, nie dołożę jej moich.”
To nie jest brak zaufania.
To jest miłość.
Młodzi ludzie bardzo dobrze czują nasze emocje. Czasem nawet lepiej niż my sami. I jeśli my nie jesteśmy ze sobą w dobrym kontakcie, jeśli funkcjonujemy w napięciu, przeciążeniu, poczuciu winy — oni to widzą. I uczą się dostosowywać. Często kosztem swoich potrzeb.
I tu pojawia się jeszcze jeden ważny temat.
Wielu dorosłych traktuje dziecko jak reklamę samego siebie.
Jeśli dziecko jest „grzeczne”, ambitne, osiąga sukcesy — czujemy się dobrymi rodzicami. Jeśli zmaga się, popełnia błędy, uczy się po swojemu — bierzemy to do siebie jak ocenę.
A dziecko nie jest projektem. Nie jest dowodem czy potwierdzeniem naszej wartości. Dziecko nie ma żyć „dla nas”. Ma żyć dla siebie.
Kiedy zaczyna szukać wsparcia także u rówieśników, nauczycieli, trenerów, czasem nawet u „obcych dorosłych” — to nie jest oznaka, że coś jest nie tak w domu. To jest znak, że uczy się budować dorosłe relacje.
Możemy czuć wtedy smutek. To naturalne. Ale nie musimy tego interpretować jako porażki. To jest po prostu kolejny etap.
Jeśli nasze dziecko ma relacje – to jest dobry znak.
Jeśli potrafi zwrócić się do kogoś o pomoc – to jest rozwojowe.
Jeśli rozmawia, dzieli się, szuka bliskości – to znaczy, że uczestniczy w życiu.
Nie musimy być jedynymi, którzy dają mu świat. Wystarczy, że jesteśmy w nim obecni.
Nadopiekuńczość często mylona jest z troską. Z zewnątrz wygląda „dobrze”: rodzic pomaga, wyręcza, pilnuje, organizuje, sprawdza, przewiduje. Ale w środku tej opieki bywa komunikat, który młody człowiek słyszy bardzo wyraźnie:
„Nie poradzisz sobie.”
Jeśli rodzic zawsze robi coś za dziecko, to dziecko uczy się, że nie potrafi.
Jeśli rodzic rozwiązuje problemy, zanim one się pojawią, to dziecko nie ma gdzie nauczyć się własnej sprawczości.
A jeśli rodzic usuwa wszystkie trudności z drogi, to młody człowiek nigdy nie poczuje: „Dałem radę.”
Nadopiekuńczość nie wynika ze złych intencji. Najczęściej wynika ze strachu.
Strachu przed tym, że dziecko będzie cierpieć, rozczaruje się, popełni błąd, straci coś ważnego. Ale dorosłość składa się z rozczarowań, błędów, trudów i nauki.
Jeśli nie pozwolimy dziecku tego doświadczać stopniowo, to dorosłe życie może go uderzyć nagle – i bardzo mocno.
W tym samym kontekście warto wspomnieć o parentyfikacji – sytuacji, w której dziecko albo nastolatek zaczyna pełnić rolę rodzica. Opiekuje się młodszym rodzeństwem, organizuje dom, wspiera emocjonalnie dorosłych, „trzyma rodzinę”. Z zewnątrz wygląda to wzorowo. W środku jest ogromny ciężar.
Takie dzieci często słyszą:
„Jesteś taki dojrzały.”
„Wspaniale sobie radzisz.”
„Jestem z ciebie dumny/a.”
Ale ta „dojrzałość” jest ceną. Ceną za utracone dzieciństwo. Za konieczność stania się dorosłym zbyt wcześnie.
I nigdy nie jest za późno, żeby to odzyskać. Można mieć 16, 25, 40 czy 60 lat i nauczyć się dawać sobie troskę, której zabrakło.
Nadopiekuńczość i parentyfikacja stoją na dwóch różnych biegunach — ale ich konsekwencja jest podobna: młody człowiek traci kontakt ze swoimi własnymi potrzebami.
Zdrowa relacja to taka, w której:
• rodzic nie wyręcza, ale wspiera,
• nie kontroluje, ale towarzyszy,
• nie robi za, ale pokazuje jak,
• nie ratuje, ale wierzy, że dziecko może spróbować.
Bo kluczowe zdanie, które nastolatek powinien usłyszeć od dorosłego brzmi:
„Wierzę, że możesz.”
Wielu rodziców bardzo mocno skupia się na wynikach dziecka. Na ocenach, osiągnięciach, ambicji, efektywności. Łatwo wtedy uznać, że „dobre rodzicielstwo” oznacza, że dziecko jest odpowiedzialne, systematyczne, ma wysoki poziom motywacji i potrafi być „najlepsze”.
Ale gdy posłuchasz nastolatków z perfekcjonizmem, to zobaczysz zupełnie inny obraz. W gabinetach i pracowniach interwencji kryzysowej słychać zdania, które łamią serce:
„Jeśli nie będę najlepszy, to jestem nikim.”
„Nie mogę popełniać błędów, bo wtedy zawiodę.”
„Muszę zasłużyć na to, żeby mnie lubić.”
To nie jest motywacja.
To jest lęk.
Te dzieci nie gonią za sukcesem — one uciekają przed poczuciem bezwartościowości. A to nigdy nie nasyca. Nie ma takiej oceny, konkursu ani indeksu, który dałby spokój, jeśli w środku siedzi przekonanie „nie jestem wystarczający.”
Dlatego czasem dziecko, które nie ma samych piątek, ale ma przyjaźnie, potrafi odpoczywać, interesuje się światem i potrafi mówić o swoich emocjach — jest w lepszym miejscu niż to, które osiąga wszystko „idealnie”.
„Średnie oceny + dobre relacje” to często znak, że:
• dziecko nie jest przytłoczone presją,
• ma dostęp do odpoczynku,
• ma przestrzeń na bycie sobą,
• jest w procesie rozwoju, a nie w procesie udowadniania.
Jeśli Twoje dziecko zdaje z klasy do klasy, ma przyjaciół, potrafi prosić o pomoc, czasem się złości, czasem zamyka, czasem otwiera — to naprawdę może być wszystko w porządku.
Nie musimy mierzyć wartości życia stopniami w dzienniku. Bo szkoła ocenia wiedzę — a nie godność.
A relacje, odporność emocjonalna, świadomość siebie i umiejętność proszenia o wsparcie są fundamentami, które zostają na całe życie. I nie da się ich „wykuć”.
To, co sprawia, że młody człowiek naprawdę rośnie, to nie presja — tylko bezpieczna obecność.
Na końcu tej rozmowy pojawia się jeszcze jedna ważna myśl: żeby być dobrym dorosłym dla nastolatka, najpierw trzeba być dobrym dorosłym dla samego siebie. Jeśli jesteśmy stale zmęczeni, przytłoczeni, przeciążeni, pełni presji wobec siebie — to trudno nam będzie być obecnymi w relacji. Bo obecność wymaga przestrzeni. Wewnętrznej.
To nie oznacza, że musimy być idealni. Idealnych rodziców nie ma — i to jest dobra wiadomość. Gdyby nastolatki miały rodziców idealnych, to ich życie byłoby nie do udźwignięcia. Nie mogliby mieć słabości, nie mogliby popełniać błędów. Mogliby jedynie próbować dorównać komuś, kogo nie da się dogonić.
Dlatego nasze niedoskonałości mają znaczenie.
To, że czasem się mylimy.
To, że musimy przepraszać.
To, że próbujemy jeszcze raz.
To, że uczymy się razem.
Tym, co buduje więź, nie jest perfekcja — tylko prawdziwość.
Kiedy nastolatek wychodzi wieczorem z domu, nawiązuje relacje, zakochuje się, rozczarowuje, ryzykuje, sprawdza siebie w świecie — to nie jest moment, w którym mamy stracić dziecko. To jest moment, w którym dziecko staje się człowiekiem.
Możemy to przyjąć ze strachem albo z czułością.
Możemy zaciskać pięści albo otworzyć ramiona.
Możemy się wycofać albo powiedzieć: „Jestem. Nie muszę cię pilnować, żeby być blisko.”
To jest właśnie obecność.
Nie kontrola.
Nie „poświęcanie się”.
Nie życie w lęku o każdy krok.
Obecność to to, że mogę usiąść obok, zostawić przestrzeń, dać poczucie bezpieczeństwa, zauważyć, zapytać: „Jak mogę być przy tobie?”
To jedno zdanie bywa czasem ważniejsze niż wszystkie wykłady, zasady i systemy wychowania razem wzięte. Bo nastolatki nie potrzebują idealnych dorosłych. Potrzebują prawdziwych dorosłych.
Takich, którzy potrafią być przy sobie. I przy nich.

