Podcast

Malort – miejsce, które przywraca harmonię, daje spokój i radość

Odcinek 53

Malort to wyjątkowa pracownia malarska stworzona przez Arno Sterna. Sam Stern prowadził ją przez ponad 70 lat, a dziś na świecie działa już blisko 2 500 takich miejsc — także w Polsce.

Osoby, które doświadczyły Malortu, mówią, że to przestrzeń, w której odzyskuje się harmonię, radość i ciekawość. Że uczy łagodności, przynosi spokój, pomaga się odprężyć, uwalnia od stresu i rozwija wyobraźnię.

Rozmawiamy z Joanną Saplettą-Lewandowską, psycholożką, która od sześciu lat prowadzi Malort w Gdyni. Joanna opowiada o tym, w jaki sposób taka pracownia malarska rozwija nas duchowo i dlaczego pomaga uniknąć terapii.

Dla niej Malort jest przede wszystkim miejscem, w którym jesteś piękny taki, jaki jesteś.

W tej rozmowie usłyszysz m.in.:

  • jak wyglądają zajęcia w Malorcie,
  • czemu służy malowanie bez oceniania, rywalizacji i instruowania,
  • dlaczego obowiązują tam konkretne zasady,
  • i co odróżnia Malort od lekcji malowania.

Jeśli chcesz dowiedzieć się, co zabawa malarska może dać Twojemu dziecku i Tobie, bardzo zapraszamy do wysłuchania tej rozmowy.

Linki z odcinka:

📚 Szczęśliwy jak dziecko, które maluje – książka Arno Sterna o dzieciach Malortu

📚 Odkrywanie śladu – książka Arno Sterna o jego odkryciach dotyczących dziecięcych rysunków

👉 Malort Joanny w Gdyni

👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 20 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):

wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Malort to unikalna pracownia malarska stworzona przez Arno Sterna. Arno otworzył swoją pracownię w Paryżu i prowadził ją nieprzerwanie przez ponad 70 lat. Zainspirował tysiące ludzi do otwierania takich miejsc na całym świecie. Dzisiaj działa ich blisko 2,5 tysiąca — również w Polsce.

Ludzie, którzy doświadczyli malowania w Malorcie, mówią m.in., że jest to miejsce, które przywraca harmonię, uwalnia od stresu, przynosi wewnętrzny spokój, daje radość, uczy łagodności w relacjach i rozwija talent oraz wyobraźnię.

A Joanna Sapletta-Lewandowska, moja dzisiejsza rozmówczyni, która prowadzi Malort w Gdyni od blisko 6 lat, mówi, że jest to miejsce, które rozwija nas duchowo, pozwala uniknąć terapii, a przede wszystkim jest przestrzenią, w której „jesteś piękny taki, jaki jesteś”.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o pracowniach Malort i o tym, dlaczego warto zapisać dziecko na takie zajęcia — i dlaczego warto przychodzić również jako dorosły — bardzo zapraszam do wysłuchania tej rozmowy. Dowiesz się m.in., jak wyglądają zajęcia w pracowni Malort, czemu służy malowanie bez instruowania, bez oceniania, bez rywalizacji i dlaczego panują tam bardzo konkretne zasady.

Nazywam się Aleksander Baj i zapraszam do wysłuchania 53. odcinka „Baj Example”.
Joanna Sapletta-Lewandowska jest dzisiaj moim i waszym gościem i będziemy rozmawiać o pracowniach malarskich Malort.

— Witaj, Asiu.
— Witam cię bardzo serdecznie.

Bardzo dziękuję, że jesteś i bardzo dziękuję, że prowadzisz pracownię Malort. Tytułem krótkiego wprowadzenia — pracownie Malort zostały stworzone przez Arno Sterna, który odszedł w zeszłym roku. Część z was na pewno go zna, część być może jeszcze nie. Myślę, że Arno będzie w tej rozmowie pojawiał się wielokrotnie.

Arno Stern otworzył pracownię Malort w Paryżu w 1949 roku i prowadził ją nieprzerwanie przez ponad 70 lat. Poświęcił temu całe swoje życie. Odkrył niesamowite rzeczy dotyczące obrazów dzieci oraz procesu, który zachodzi w Malorcie, kiedy dzieci malują w takich warunkach. O te warunki również będę cię dzisiaj pytać.

Ważne jest też to, że na świecie działa dziś blisko 2,5 tysiąca takich pracowni, a osób, które ukończyły kurs Arno Sterna, jest znacznie więcej. Tysiące ludzi poznało jego pracę i postanowiło zaangażować się w tworzenie miejsc, które dają dzieciom podobne możliwości do tych, jakie on stworzył.

My jako wydawnictwo opowiadamy o pracy Arno Sterna poprzez jego książki i webinary. Pracownie Malort od kilku lat powstają również w Polsce. Jesteś jedną z pierwszych osób, które otworzyły taką przestrzeń w naszym kraju. Chciałbym, żeby ta rozmowa była o tym, jak te pracownie działają w Polsce i jak ty na to patrzysz jako osoba, która je prowadzi.

Na początek chcę zadać pytanie, które pierwotnie planowałem zostawić na koniec: co tak bardzo poruszyło cię w pracy Arno Sterna, że postanowiłaś poświęcić swój czas, energię, zaryzykować i otworzyć pracownię Malort?

Odpowiedź: W moim przypadku splata się pragnienie serca i los. Od początku, kiedy zdobyłam wykształcenie, pracuję z dziećmi. Jestem psychologiem i ich los jest mi bardzo bliski. W pewnym momencie pracy poczułam, jak trudna potrafi być terapia dzieci, a może nawet nie sama terapia, tylko to, że istnieją sytuacje, wobec których my, terapeuci, jesteśmy bezradni. Jest coś, czego nie da się „naprawić”.

Pamiętam, że prenumerowałam wtedy miesięcznik „Remedium”. W jednym z numerów przeczytałam rozmowę z Arno Sternem. Było tam zdanie: „Kto uczestniczy w zabawie malarskiej, zyskuje harmonię, która pozwala uniknąć wszelkich terapii.” To mnie kompletnie zatrzymało. Jak to możliwe, że można uniknąć terapii? Po przeczytaniu tego tekstu poczułam całym sercem, że chcę to poznać.

Zaczęłam szukać informacji i we wrześniu trafiłam na ogłoszenie o pierwszym w Polsce spotkaniu z Arno Sternem. Wiedziałam, że jadę tam w ciemno. Pierwsze spotkanie bardzo mnie poruszyło. Urzekła mnie jego prostota, pokora i pewność w tym, co mówił. Słuchałam go, jakbym była zaczarowana — i widziałam, że cała sala słuchała w ten sam sposób. Arno miał w sobie coś niezwykłego i do dziś czuję, że jest obecny we mnie.

Już wtedy wiedziałam, że Malort „chwyta za serce”.

Nie pamiętam, ile nas wtedy było, ale naprawdę sporo osób, które Arno pociągnął swoją opowieścią.

Odpowiedź: Sto dwadzieścia osób chyba wtedy było.

Tak, dokładnie. I pamiętam, że już wtedy pojawił się pomysł, że ze względu na tak entuzjastyczny odbiór będzie kolejne spotkanie. Ja od razu wiedziałam, że będę na drugim i na trzecim. A kiedy na drugim spotkaniu padła informacja, że dzięki tym szkoleniom będziemy mogli później prowadzić Malort, poczułam, że to jest to. Tego nie da się wyjaśnić jednym zdaniem. To, o czym mówił Arno i to, co jest w Malorcie, sprawiło, że poczułam się tam jak w domu.

Byłam wtedy w procesie szukania radości życia, spontaniczności, prawdy o sobie. I wiedziałam, że Malort jest dla mnie. Wiedziałam, że muszę go otworzyć. Jednak kiedy zaczynałam o tym opowiadać ludziom wokół mnie, reakcje były różne. Życie jest oparte na pragmatyzmie, a ja opowiadałam o pamięci pierwotnej, formulacji, głębi, istocie… Dla wielu brzmiało to jak czary. Mówili: „Pięknie o tym opowiadasz, ale może dałoby się zmienić to czy tamto? To nie przejdzie. To, że obrazów nie można zabierać, nie przejdzie.”

A ja czułam, że nie mogę nic zmieniać. Musiałam pojechać na kolejne spotkania, żeby zobaczyć, co się wydarzy.

Po drugim i trzecim szkoleniu, w maju 2019 roku, uzyskałam certyfikat. Jeszcze nie miałam miejsca na pracownię, ale… kupiłam farby. Czułam, że nie mogę zwlekać ani chwili, żeby to pragnienie nie osłabło. Malort dotykał czegoś bardzo głębokiego we mnie — spontaniczności, radości, entuzjazmu.

Oglądałam te farby, dotykałam pędzli, które są tak miękkie i doskonale skrojone… A w grudniu 2018 roku otworzyłam pracownię, która działa do dziś. 12 grudnia minie sześć lat jej istnienia. I naprawdę czuję, że to była droga warta przejścia. Jestem dziś inną osobą i bardzo chciałabym opowiedzieć z doświadczenia, dlaczego Malort jest tak niezwykłą przestrzenią.

Pytanie: Dlaczego Malort jest tak niezwykłą przestrzenią?

Bo daje radość. Bo przywraca spontaniczność. Bo człowiek czuje, że taki, jaki jest, jest w porządku. I to jest największa radość. Człowiek czuje, że jest we właściwym miejscu. I choć życie przynosi trudności, a czasem cierpienie — jak mówił Wiktor Frankl — ja dziś czuję się szczęśliwa. Nie dlatego, że wszystko układa się idealnie, tylko dlatego, że wiem, kim jestem i co robię. I wiem, że to, co robię, daje dobro innym. Dzięki temu czuję, że świat jest dla mnie dobrym miejscem.

Pytanie: Kiedy opowiadasz o tym, przypominają mi się moje własne doświadczenia związane z pracownią Malort i z Arno. Gdy odwiedziliśmy pracownię w Paryżu w 2019 roku, dosłownie poczuliśmy, jakbyśmy weszli do domu. Jakby to było bezpieczne miejsce, w którym jesteś pierwszy raz, a czujesz się jak u siebie. Trudno to wyjaśnić. Oczywiście Arno i André dużo mówią o warunkach pracowni, które to umożliwiają, ale zanim człowiek to zrozumie, po prostu to czuje.

Chciałbym, żebyś opowiedziała, czym właściwie jest Malort — dla osoby, która nigdy o nim nie słyszała.

Odpowiedź: Z przyjemnością. I dodam jeszcze, że ktokolwiek przychodzi do mojej pracowni, zawsze mówi, że jest tu uroczo, ciepło. Te ściany pokryte śladami farb naprawdę robią wrażenie. Ludzie od razu czują się dobrze.

A czym jest Malort? To przestrzeń, w której nic nie musisz. Wchodzisz i czujesz, że jest tu przyjaźnie, bezpiecznie. Osoba prowadząca niczego od ciebie nie oczekuje. Jedynie daje możliwości: farby, pędzle, kartkę i przestrzeń do malowania. To uwalnia.

To przestrzeń, która rządzi się pewnymi zasadami i rytuałami. Opowiem, jak to wygląda w mojej pracowni.

Kiedy ktoś wchodzi do Malortu, podchodzi najpierw do półki, bierze kartkę i idzie z nią do ściany. Idę za tą osobą i przypinam dwie górne pinezki. Robię to dlatego, że maluje się na ścianach pokrytych płytami obitymi papierem pakowym, który pozwala łatwo wbijać pinezki. Dbam też o to, aby kartka wisiała na odpowiedniej wysokości — takiej, by środek kartki znajdował się na wysokości oczu uczestnika. Pozostałe pinezki przypina już sam.

Kiedy kartka jest już zawieszona, uczestnik podchodzi do palety, czyli serca pracowni. Na palecie jest 18 barw — żywych, pięknych. Do każdego koloru są trzy pędzle: dwa cienkie i jeden gruby.

Gdy ktoś jest pierwszy raz, często chwytam jego rękę i razem zamaczamy pędzel w wodzie i farbie. Pokazuję, jak dotykać farby tylko czubkiem pędzla. Jeśli zamoczy się cały, pochłonie wodę i zacznie kapać. Wyjaśniam to delikatnie, pokazując pędzel w praktyce.

Potem uczestnik wraca do swojej kartki i zaczyna malować.

W Malorcie nie spłukuje się pędzli. Jeśli ktoś nie chce już używać jakiegoś koloru, odkłada pędzel i bierze inny. Jeśli wszystkie pędzle danego koloru są zajęte, trzeba poczekać, aż ktoś je odłoży. To proste, ale jednocześnie ważne — uczy cierpliwości i uważności na innych.

Można powiedzieć, że Malort uczy troski.
Drobiazgi mają znaczenie.

Na przykład pinezki: nie powinno się ich malować. Jeśli są pomalowane i muszę je zdejmować, brudzę ręce, a potem mogłabym przypadkiem pobrudzić czyjąś pracę. To nie jest zakaz w sensie „bo tak”, tylko troska o drugą osobę.

W Malorcie nie można chlapać farbą. Po pierwsze dlatego, że chlapnięcia nie mają nic wspólnego z intencją malowania. Po drugie — bo można zniszczyć pracę kogoś, kto stoi obok. Żyjemy w świecie, który bardzo wzmacnia egocentryzm, a Malort działa odwrotnie: uczy uwagi wobec innych.

Jednocześnie kartka jest absolutnie prywatną przestrzenią. Tylko osoba malująca może po niej malować — nikt inny. Jeśli ktoś chlapnie, dziecko czasem mówi „mój obraz jest zniszczony” — i ma rację. To, co nie ma się tam znaleźć, nie powinno się na kartce pojawić.

Z czasem w pracowni pojawia się charakterystyczny rytm. Widać to np. na nagraniach Arno — ludzie malują w ciszy, skupieniu, przechodzą od palety do kartki i z powrotem. Na początku, kiedy otworzyłam pracownię, puszczałam dzieciom ten film. Nie wiedziały, na co mają patrzeć, bo tam nic spektakularnego się nie dzieje. Po prostu ludzie malują, chodzą, mieszają farby. Ale właśnie ta cisza i ten rytm są niezwykłe.

Jesteśmy przyzwyczajeni, że dzieci zawsze hałasują. A w Malorcie jest inny rodzaj gwaru — taki, który wynika z zaangażowania. Wszelki hałas niebędący częścią procesu przeszkadza, bo rozbija skupienie.

Wspomniałaś o tym, że w Malorcie maluje się w grupie. To bardzo ważne, bo mimo że jest to przestrzeń wolności, ta wolność istnieje zawsze obok drugiego człowieka. Grupę tworzą dzieci małe, starsze, a także dorośli. To nie jest klasa szkolna ani grupa rówieśnicza. To społeczność — naturalna, różnorodna, taka jak w życiu.

I ta społeczność uczy, że granicą naszej wolności jest wolność drugiej osoby.

W Malorcie nikt nie daje tematów prac. Nikt nie mówi, od czego zacząć, co zrobić najpierw, a co potem. Nikt nie instruuje, jak malować. Dziecko dostaje swoją przestrzeń, swoje narzędzia — i wolność.

Czasem to dla dzieci trudne.

To miejsce jest inne niż świat, w którym na co dzień funkcjonują. Jesteśmy w takim momencie dziejowym, w którym — zupełnie nieintencjonalnie — zabijamy spontaniczność dzieci. One nie mają dziś wielu przestrzeni, w których mogą samodzielnie zaczynać, wymyślać, eksplorować.

Dlatego Malort jest tak unikatowy. Chroni inicjatywę i spontaniczność.

Przez pierwsze miesiące dzieci często malują to, co już znają. To, co podpowiedziała im szkoła, dorośli, internet, otoczenie. Mają w sobie pewien repertuar „gotowych obrazów”. I kiedy ten repertuar się wyczerpuje, mówią czasem: „Nie wiem, co mam malować”, „Nudzi mi się”, „Nie chcę już tu przychodzić”.

To trudny moment. Wielu rodziców wtedy się niepokoi. Pytają: „Podobało ci się?”, „Chcesz tu dalej chodzić?”. Dziecko odpowiada: „Nie wiem”, „Nie chcę”.

I rodzic przychodzi z tym do mnie.

Wtedy tłumaczę, że to normalne. To moment przejścia. Dziecko wymalowało już to, co było „pod ręką”, i teraz dopiero zaczyna się ta przestrzeń, w której może pojawić się coś z głębi — impuls, spontaniczność, pamięć pierwotna, jak mówił Arno.

To moment, który trzeba przetrwać.

Zdarzało mi się pisać do takiego dziecka list. Tłumaczyłam w nim, że malowanie nie jest kwestią pomysłów. Nie maluje się rozumem. To przychodzi z wewnętrznego poruszenia.

Bywa, że dzieci do mnie wracają po takim liście. A czasem po prostu potrzebują czasu i obecności.

Dlatego umawiam się z rodzinami na minimum rok. Ten czas pozwala dziecku przejść wszystkie etapy — od malowania tego, co znane, przez etap „nie wiem”, aż do odkrycia radości, która wypływa z samego procesu.

Większość dzieci maluje rok lub dłużej. Są takie, które malują dwa lata, trzy, trzy i pół. Są też takie, które odchodzą po roku, bo nie dotarły jeszcze do tego miejsca wewnętrznej swobody. Ale bardzo wiele wraca — czasem po czasie przerwy.

Pytanie: Czy zdarza się, że dziecko już na pierwszych zajęciach mówi: „Nie wiem, co teraz mam robić?”

Odpowiedź: Zdarza się, chociaż rzadko. Najczęściej ten moment przychodzi później — po kilku tygodniach lub miesiącach, kiedy „zapas gotowych obrazów” się wyczerpie.

A co z zabraniem pracy do domu? Czy to trudne dla dzieci?

Dla niektórych tak. Wielu dorosłych ma silne przekonanie, że dziecko powinno pokazać rodzicom swoje prace. Że trzeba je chwalić, wieszać na lodówce, kolekcjonować.

Ale często nie uświadamiamy sobie, że dziecko nie tyle potrzebuje zaprezentować pracę, co zobaczyć reakcję dorosłego.

W Malorcie uczymy, żeby tego nie robić.

Dzieci przyzwyczajone do ocen często chcą zabrać obraz, by sprawdzić, „czy jest ładny”. Gdy tłumaczę, że obraz zostaje w pracowni, że tu jest jego najbezpieczniejsze miejsce, że nikt go nie oceni, że nic nie grozi radości z malowania — większość to rozumie.

Mówię też czasem: „Jeśli ktoś skomentuje w sposób nieuważny, możesz stracić ochotę do malowania. A tu masz miejsce, w którym możesz być wolny.”

I dzieci to czują.

Opowiadam też historię, jak pewna dziewczynka chciała pokazać bratu swój obraz. Zapytała go: „Co to jest?”. A on odpowiedział: „Banan”. Tymczasem ona namalowała cytrynę. Rozpłakała się.

To idealnie pokazuje, dlaczego zasada niepokazywania prac jest tak ważna. Bo spontaniczność jest krucha.

Dorośli jak najbardziej malują w Malorcie. Co ciekawe, rzadko komentują same zasady — częściej pytają o nie w kontekście dzieci: czy dziecko sobie poradzi, czy zaakceptuje reguły. Natomiast oni sami bardzo szybko wchodzą w rytm pracowni. Na początku malują trochę nieśmiało, delikatnie biorą farbę, przyglądają się temu, jak to wszystko działa. Po kilku zajęciach schodzi z nich ciężar myślenia o tym, co inni mogą pomyśleć. Przestają analizować i po prostu malują.

Wielu z nich mówi później, że nie pamięta, kiedy ostatni raz byli tak skupieni i jednocześnie tak odprężeni. Czasem dodają: „Nie wiedziałem, że malowanie może być takim odpoczynkiem” albo „Wróciła mi radość, której nie czułem od dziecka”.

Najczęściej dorośli nie przychodzą tu sami z siebie — przyprowadzają dzieci, chcą zobaczyć pracownię. A ja zawsze zachęcam: „Może spróbuje pani/pan też? To piękny czas obok dziecka, ale każdy maluje swoje. Nie ma oczekiwań, nie ma stresu. To niezwykłe doświadczenie”. I bardzo często po kilku dniach dostaję wiadomość: „Zapisujemy się oboje”.

Mówiłaś wcześniej, że Malort jest dla wszystkich, ale że nie ma w nim nastolatków. To jest coś, o czym wciąż dużo myślę. Nastolatki żyją dziś w ogromnym obciążeniu — szkoła, wymagania, egzaminy, zajęcia dodatkowe. Kiedy mają wybrać jedną aktywność popołudniową, zwykle wybierają tę, która „się przyda”. Nie wiedzą, że Malort też „się przyda”, tylko w zupełnie innym sensie. To przestrzeń, która koi, buduje wewnętrzną siłę, daje wolność i głęboki kontakt ze sobą. To wartości, które nastolatkom są bardzo bliskie, choć często nie potrafią tego nazwać.

Gdyby zaczęli malować, bardzo by z tego skorzystali. Problem w tym, że raczej nie przyjdą sami, a dorośli nie zawsze widzą, jak bardzo Malort byłby im potrzebny.

Wspomniałaś wcześniej o pytaniu dzieci: „Czy ładne?”. To zdanie pojawia się wszędzie — w domu, w przedszkolu, w szkole. Ale w Malorcie znika. Kiedy dziecko o to pyta, przypominam: „Tu się nie ocenia”. I to wystarcza. Po kilku zajęciach już tego nie robią, bo dostają coś, czego naprawdę szukają — uwagę, a nie ocenę. Czują obecność dorosłej osoby obok siebie. Już nie muszą pytać.

Bywa, że dzieci same pilnują zasad. Mówią do siebie nawzajem: „Tu się tego nie pyta” albo „Nie opowiadaj, maluj”. I to jest niezwykłe — kiedy grupa sama niesie zasady Malortu.

Są też dzieci, które na początku nie chcą być obsługiwane: nie chcą podawać ręki, nie chcą podejścia z bliska. Wtedy wystarcza delikatny gest — drobne dotknięcie ramienia, krótkie spojrzenie. To sygnał: „Jestem obok”. Tyle wystarczy, by wytworzyła się relacja.

Malort ma w sobie coś, co naturalnie tworzy skupienie, delikatność i uważność.

Często słyszę pytanie o ocenianie. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do komentarzy, pochwał i ocen, że trudno nam wyobrazić sobie przestrzeń, w której tego nie ma. A jednak to właśnie dzięki temu dzieci i dorośli mogą naprawdę malować dla siebie.

W Malorcie nikt nie ocenia, nikt nie interpretuje i nie dopowiada znaczeń. Tu nie ma pytań typu: „Co to jest?”, „A dlaczego tak?”, „Co autor miał na myśli?”. Takie pytania zabierają spontaniczność. Sprawiają, że człowiek zaczyna malować „pod odbiorcę”, a nie z wewnętrznego poruszenia.

To bardzo wyzwalające, gdy po raz pierwszy odkrywamy, że nie musimy tego robić. Że to, co pojawia się na kartce, nie musi być tłumaczone, bronione ani wyjaśniane.

Kiedy dziecko zaczyna malować spontanicznie, widać, jak rośnie w nim radość. Jak wraca do siebie. Jak przestaje się porównywać. To jest jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie można obserwować.

Wielu dorosłych mówi po kilku miesiącach: „Nauczyłam się nie oceniać siebie”, „Przestałam poprawiać każdy szczegół”, „Nie wiedziałam, że mogę po prostu pozwolić ręce malować”. I to przenosi się potem na codzienne życie — na relacje, pracę, samopoczucie.

Pojawia się też często pytanie o to, dlaczego prace zostają w Malorcie.

To jedna z fundamentalnych zasad. Obraz nie jest po to, żeby go pokazywać innym, interpretować, wieszać na ścianie czy porównywać. Obraz jest zapisem procesu. I ten proces jest delikatny, intymny, bardzo osobisty.

Gdy obraz zostaje zabrany, automatycznie staje się czymś „do oceny”. Nawet jeśli rodzic powie tylko: „Ooo, ładne!”, dziecko od razu zaczyna malować pod to „ładne”. Traci spontaniczność, bo zaczyna myśleć o odbiorcy.

W Malorcie obraz pozostaje w miejscu, w którym powstał. Jest chroniony. Nikt go nie dotyka, nikt nie komentuje. I kiedy dziecko po roku otwiera teczkę i widzi swoje prace leżące jedna na drugiej, to pojawia się coś niesamowitego — czułość wobec własnej drogi.

Czasem dzieci śmieją się: „Ale to było śmieszne!”, czasem mówią: „Nie pamiętam, że to namalowałem”, a czasem po prostu milczą i przeglądają obrazy w skupieniu. Nigdy nie widziałam, żeby kogoś to zostawiło obojętnym.

Prace zostają też dlatego, że są potrzebne do zrozumienia formulacji — tego odkrycia Arno Sterna, które mówi o strukturze i logice wewnętrznego zapisu, który tworzy się podczas malowania. To, co powstaje na kartce, nie jest sztuką ani czymś, co ma być „ładne”. To ślad procesu. A proces ma swoją logikę, kolejność, przemiany.

Dlatego prace są przechowywane, a nie zabierane do domu. Tu mają swoje miejsce, tu są bezpieczne.

Rozmawialiśmy o tym kiedyś, że dla wielu rodziców to jest najtrudniejsza zasada — nawet trudniejsza niż brak ocen. Bo chcą zobaczyć postępy, porównać prace, pochwalić. A ja zawsze mówiłam i mówię: najpiękniejsze, co można dać dziecku, to przestrzeń, w której ono nie musi zasługiwać.

I to jest Malort.

Formulacja jest jednym z najważniejszych odkryć Arno Sterna. On sam mówił, że to nie jest sztuka, nie jest ekspresja ani terapia. To zapis — wewnętrzny, spontaniczny, uniwersalny. Zapis, który pojawia się wtedy, kiedy człowiek ma bezpieczne warunki do malowania i nie jest kierowany ani oceniany.

W Malorcie maluje się w takich warunkach, więc formulacja może się ujawnić. To nie dzieje się z dnia na dzień, ale kiedy ktoś maluje regularnie, zaczynają pojawiać się charakterystyczne struktury, powtarzalności, rytmy, kolory, układy. Dzieje się to samoistnie, poza świadomością malującego.

Dzieci tego nie analizują. Po prostu robią swoje. Ale kiedy patrzy się na ich prace po miesiącach albo po roku, widać rozwój, przemiany, etapy. Widać, jak zmienia się ich zapis wewnętrzny — jakby jakaś część ich świata wewnętrznego powoli układała się, otwierała, odkrywała.

To jest dla mnie zachwycające, bo ten proces jest czysty. Nic nie jest tam „zmuszone” ani sugerowane. Wszystko idzie z wnętrza.

Często mówię rodzicom, że formulacja to coś, czego nie możemy przyspieszyć ani zaplanować. Możemy tylko tworzyć warunki. A warunki w Malorcie są stworzone właśnie po to, żeby ten zapis mógł się pojawić.

Z biegiem czasu widać też, jak zmienia się sam uczestnik. Dlatego tak ważne jest regularne malowanie. Kiedy ktoś przychodzi tydzień po tygodniu, przez dłuższy czas, to widać, jak rośnie jego pewność ruchu, jego swoboda, odwaga, wewnętrzny spokój.

Na początku wiele osób maluje bardzo ostrożnie — kilka elementów, fragmenty, małe rzeczy. Potem pojawiają się większe formy, odważniejsze kolory, a czasem odwrotnie — minimalizm, precyzja, drobiazgowość. Każdy idzie swoją drogą.

Po kilku miesiącach widać w dziecku lub dorosłym coś, co trudno opisać jednym słowem. Pojawia się w nich jakieś „zakorzenienie”. Jakby wracali do siebie. I to widać nie tylko na kartkach, ale też w sposobie poruszania się po pracowni, w zachowaniu przy palecie, w tym, jak trzymają pędzel, jak wybierają kolory.

To jest największa wartość Malortu — nie to, co powstaje na kartce, ale to, co dzieje się w człowieku.

Dlatego zawsze powtarzam, że Malort nie uczy malowania. Malort uczy bycia przy sobie.

Kiedy zaczynałam pracownię, nie spodziewałam się, że będę świadkiem tylu przemian — czasem bardzo delikatnych, a czasem głębokich. Dzieci, które były niepewne, nieśmiałe, z czasem stają się bardziej odważne. Takie, które były bardzo kontrolujące, uczą się odpuszczać. A te, które wszystko robiły szybko, zaczynają zwalniać.

Dorośli przechodzą podobne procesy. Mówią czasem: „W pracy jestem spięta, tutaj jestem wolna”, „Pierwszy raz od lat robię coś tylko dla siebie”, „Tutaj czuję, że nic nie muszę”.

I to jest właśnie formulacja w życiu — to, jak zapis wewnętrzny przekłada się na codzienność.

W Malorcie bardzo ważna jest rola osoby prowadzącej. Często ludzie myślą, że to ktoś, kto „uczy malować”, ale to zupełnie nie tak. Osoba prowadząca nie instruuje, nie poprawia, nie sugeruje, nie ocenia, nie komentuje. Jej zadaniem jest stworzyć warunki i dbać o nie z ogromną uważnością.

Powtarzam często, że ja w Malorcie „służę”, a nie „nadzoruję”. Jestem po to, żeby ktoś czuł się bezpiecznie, mógł skupić się na malowaniu i wiedział, że ma wsparcie, jeśli go potrzebuje. Ale nigdy nie po to, żeby wpływać na to, co pojawi się na kartce — nawet przez mimikę, gest, ton głosu czy spojrzenie.

To by natychmiast zmieniło cały proces.

Dlatego tak ważne jest również to, żeby nie mówić „ładne”. To jedno słowo potrafi zniszczyć spontaniczność. W świecie poza Malortem słyszymy je wszędzie: w szkole, w domu, na zajęciach plastycznych. I od razu pojawia się ocena: dobre, niedobre, bardziej, mniej, porównanie z innymi.

W Malorcie tego nie ma.

Kiedy ktoś próbuje pochwalić, przypominam delikatnie: „Tu nie oceniamy”. Dzieci przyjmują to bardzo naturalnie. Dorośli — czasem potrzebują więcej czasu, żeby przestawić się na ten sposób bycia.

W Malorcie nie potrzeba pochwał, bo malowanie nie jest zadaniem do wykonania. Nie ma tu celu ani wyniku. Jest tylko proces. A proces sam w sobie daje satysfakcję.

Osoba prowadząca pracownię musi bardzo pilnować, żeby swoją obecnością nie wpływać na ten proces. Czasem wystarczy jedno zdanie albo jedno pytanie, żeby dziecko zmieniło swój ruch ręki, swój pomysł, swoją drogę. Nawet jeśli pytanie jest życzliwe.

Dlatego w Malorcie mówi się mało. A jeśli już — to tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę potrzebne. Służę pomocą przy pinezkach, kontroluję warunki, dbam o porządek palety, pilnuję rytmu pracy. Reszta dzieje się między człowiekiem a kartką.

Kiedy ktoś się zatrzymuje, nie podchodzę od razu. Daję mu czas. Często ta przerwa jest częścią procesu — momentem, w którym dojrzewa kolejny ruch. Czasem trwa to chwilę, czasem dłużej.

Dopiero gdy widzę, że ktoś naprawdę potrzebuje wsparcia — wtedy pojawiam się obok. Ale zawsze tak, by nie zakłócić tego, co się w nim dzieje.

Właśnie dlatego Malort jest tak inną przestrzenią niż te, które znamy z edukacji, z zajęć pozaszkolnych czy z codzienności. Tu nie ma nacisku, nie ma oczekiwań, nie ma pośpiechu.

Tu jest miejsce, w którym człowiek może naprawdę być sobą.

W Malorcie zdarzają się momenty zatrzymania. Dziecko lub dorosły nagle przestaje malować, stoi przy kartce i nie wie, co zrobić dalej. I to jest bardzo ważny moment. Często słyszę wtedy od rodziców: „On się nudzi”, „Nie wie, co ma robić”, „Może te zajęcia nie są dla niego?”. Tymczasem to nie jest nuda — to moment przejścia.

Na początku dzieci malują to, co znają: domki, kwiatki, tęcze, samochody, scenki. To jest repertuar gotowych obrazów, które mają w głowie z przedszkola, szkoły, internetu, kolorowanek. Kiedy ten repertuar się wyczerpuje, pojawia się pustka. I ta pustka jest trudna, bo świat nauczył nas, że zawsze mamy wiedzieć, co robić dalej.

A malowanie w Malorcie nie polega na „wiedzeniu”. Tu nie chodzi o pomysły. Tu chodzi o to, co przychodzi samo.

I właśnie w tym momencie, kiedy dziecko stoi przy kartce i mówi: „Nie wiem”, zaczyna się prawdziwa praca. To dotyczy również dorosłych — wielu z nich w pewnym momencie zatrzymuje się i czuje dokładnie to samo.

Ten moment bywa niewygodny, ale jest kluczowy. Bo jeśli dziecko go przejdzie, jeśli pozwolimy mu w tym być, jeśli damy mu czas, wtedy zacznie malować z impulsu, z wewnętrznego poruszenia. To pierwszy krok do spontaniczności, o której pisał Arno Stern.

Dlatego tak mocno podkreślam, że w Malorcie nie chodzi o pomysły. Kiedy dziecko mówi: „Nie wiem, co mam teraz malować”, nie podpowiadam niczego. Nie daję tematów. Nie mówię: „Narysuj kotka”, „Zrób słoneczko”, „Może dom?”. Taka sugestia niszczy proces.

Zdarza się, że dziecko wtedy rezygnuje. Mówi: „Już nie chcę”, „Nudzi mi się”, „To nie jest fajne”. I często to właśnie wtedy rodzice mają największą pokusę, żeby „pomóc”. A pomoc w tym kontekście oznacza przerwanie procesu.

Dlatego czasami piszę do dziecka list. Wyjaśniam w nim delikatnie, że malowanie nie jest zadaniem do wykonania, że nie musi wiedzieć, co ma namalować. Że to przyjdzie samo, jeśli poczeka na ten moment. I bardzo często dziecko wraca po takim liście z zupełnie innym nastawieniem.

To dlatego umawiam się z rodzinami na rok malowania. Rok to czas, w którym dziecko przejdzie przez te etapy: od malowania rzeczy znanych, przez pustkę i zatrzymanie, aż do pierwszych przebłysków spontaniczności.

Jest wiele dzieci, które malują później dwa lata, trzy lata, a nawet dłużej. Są też takie, które przychodzą rok, odchodzą i wracają po czasie. To jest naturalne.

A kiedy wracają, mówią czasem: „Brakowało mi tego miejsca”.

Wspólne malowanie w grupie ma swój wyjątkowy rytm. To nie jest grupa rówieśników, jak w szkole czy na zajęciach plastycznych. W Malorcie spotykają się dzieci młodsze, starsze i dorośli. Każdy maluje po swojemu, każdy w swoim tempie.

I właśnie ta różnorodność sprawia, że jest to przestrzeń bardzo naturalna — taka, jak życie.

Kiedy grupa maluje, w pracowni pojawia się specyficzna cisza. Nie absolutna, bo słychać kroki, szelest kartek, dźwięk odkładanych pędzli, delikatne rozmowy przy palecie. Ale jest to cisza skupienia. Cisza, która nie wynika z narzuconej dyscypliny, tylko z głębokiej koncentracji wszystkich obecnych.

Kiedy zaczynałam prowadzić pracownię, pokazywałam dzieciom nagranie Arno z zajęć w paryskiej pracowni. One były zdziwione: „Dlaczego tu jest tak cicho?”. Nie wiedziały, na co patrzeć, bo z ich perspektywy nic spektakularnego się tam nie działo. Ludzie po prostu malowali, przechodzili od kartki do palety, zanurzali pędzle w farbie, wracali na swoje miejsce.

A jednak było to niezwykłe — widać było ogromne skupienie i wewnętrzny spokój.

Dzieci są przyzwyczajone, że kiedy jest grupa, to jest hałas. Że wiele osób to gwar, rywalizacja, przepychanie się, mówienie jeden przez drugiego. A tu nagle okazuje się, że można być wśród ludzi i jednocześnie głęboko przy sobie.

I to robi ogromne wrażenie.

Osoba prowadząca dba o to, żeby ta cisza była możliwa — poprzez rytm pracy, sposób podchodzenia do palety, zasady uważności. Ale niczego nie narzuca. Cisza pojawia się sama, kiedy ludzie są naprawdę zaangażowani w to, co robią.

Zdarza się, że przychodzą nowe dzieci, które mówią głośno, biegają, chcą zwracać na siebie uwagę. I wtedy nie trzeba ich upominać. Wystarczy, że zobaczą, jak inni malują, jak poruszają się w tej przestrzeni. Po kilku minutach same wyciszają się i dostrajają do rytmu grupy.

To jest niezwykłe — widzieć, jak przestrzeń Malortu działa na ludzi. Nie dlatego, że ktoś coś nakazuje, ale dlatego, że atmosfera pracowni sama prowadzi uczestników do uważności i spokoju.

Czasem dzieci mówią: „Tu wszyscy są jacyś inni”. A ja wiem, że nie chodzi o to, że ludzie są inni — tylko o to, że mają wreszcie miejsce, w którym mogą być sobą.

W Malorcie pojawiają się różne emocje. Choć z zewnątrz może wyglądać to spokojnie i cicho, wewnątrz uczestników potrafią dziać się bardzo intensywne rzeczy.

Czasami dziecko maluje i nagle pojawia się napięcie. Zatrzymuje się, oddycha szybciej, zaczyna pocierać dłonie, patrzy na mnie, ale nic nie mówi. Wtedy wiem, że coś się w nim dzieje, że jakaś emocja próbuje się wydostać. I daję mu czas — nie zagaduję, nie pytam „co się stało?”. W Malorcie nie należy przerywać tego procesu.

Bywa, że po chwili dziecko wraca do malowania, czasem zmienia kolor, czasem maluje bardziej energicznie, większym ruchem. Kiedy napięcie schodzi, widać to w całej postawie — ramiona opadają, oddech wraca.

Zdarza się też płacz. Cichy, krótki, taki, który pojawia się nagle i znika tak samo szybko. Dziecko nie musi nic wyjaśniać. Nie pytam, dlaczego płacze. Jestem obok, spokojnie, w obecności, dając sygnał: „Możesz tu być z tym, co czujesz”.

I to wystarcza.

Niektóre dzieci malują bardzo drobne elementy, jedno przy drugim, jakby układały malutkie cegiełki. To czasem praca, w której rozładowują napięcie. Inne robią wielkie, szerokie ruchy, przechodzą z jednego koloru do drugiego. To też jest forma uwolnienia emocji. Każdy ma swój język, swoją drogę.

W Malorcie nie nazywa się emocji, bo nazwanie ich mogłoby zatrzymać proces. Mogłoby go sprowadzić do interpretacji albo analizy, a tu nie o analizę chodzi — tu chodzi o zapis.

Zdarzają się też momenty ekscytacji — ktoś nagle zaczyna malować szybko, intensywnie, z dużą energią. I to jest równie naturalne. Na końcu zajęć często słyszę od dzieci: „Ale jestem zmęczony”, „Ale było fajnie”, „Ale dużo namalowałem”. To nie jest zmęczenie jak po bieganiu — to zmęczenie wewnętrzne, takie przyjemne, oczyszczające.

Dorośli przeżywają bardzo podobne rzeczy.

Niektórzy mówią po zajęciach:
„Nie wiem, co się stało, ale czuję się spokojniejsza.”
„Mam wrażenie, że coś ze mnie zeszło.”
„Cały dzień byłam napięta, a tutaj wreszcie puściło.”

Malowanie w takim skupieniu, bez presji i bez oczekiwań, ma w sobie coś kojącego. Czasem wystarczy dotknąć pędzlem kartki, żeby poczuć ulgę. Ten ruch, ta powtarzalność, to zanurzanie pędzla w farbie — to działa jak medytacja w ruchu.

I dlatego w Malorcie emocje nie są ani dobre, ani złe. One po prostu są. A ta przestrzeń pozwala im się pojawić i przejść, bez potrzeby ich tłumaczenia.

Rodzice często dzielą się ze mną obserwacjami po kilku miesiącach malowania. Mówią, że dziecko staje się spokojniejsze, bardziej pewne siebie, mniej impulsywne. Czasem słyszę: „On już tak nie wybucha”, „Ona przestała się porównywać”, „Zaczął cieszyć się z tego, co robi, a nie z tego, jak zostanie oceniony”.

To są bardzo delikatne zmiany, ale one naprawdę robią różnicę w codziennym życiu.

Niektórzy rodzice mówią, że ich dzieci inaczej reagują na frustrację. Że nie zniechęcają się tak szybko, że potrafią dokończyć zadanie, że mają większą cierpliwość. I ja wiem, że to nie jest efekt „nauki wytrwałości”, tylko efekt bycia w przestrzeni, w której nic nie trzeba, w której nie ma pośpiechu, presji ani oczekiwań.

Czasem słyszę: „Moje dziecko zaczęło w domu samo z siebie coś rysować, ale już mnie nie woła, żebym powiedziała, czy ładne”. To dla mnie jedna z najpiękniejszych informacji, jakie mogę dostać.

Dorośli też się zmieniają. Wielu z nich zaczyna zauważać, jak często w życiu działają „pod ocenę”. Jak często robią coś po to, żeby spełnić czyjeś oczekiwania, a nie swoje własne. Po roku malowania mówią czasem: „Zauważyłam, że mniej się przejmuję tym, co myślą inni”, „Przestałam poprawiać rzeczy, które nie muszą być idealne”, „Zaczynam lepiej słyszeć siebie”.

Jedna osoba powiedziała mi kiedyś: „Przychodzę tu, bo tu nikt ode mnie nic nie chce. A ja całe życie spełniałam czyjeś oczekiwania”. I to zdanie bardzo mocno we mnie zostało.

Dzieci i dorośli zmieniają się na swój sposób. Dzieci stają się bardziej naturalne, bardziej „w sobie”. Dorośli — bardziej wolni, bardziej miękcy, mniej osądzający siebie, bardziej obecni.

Czasem ludzie pytają, czy Malort to terapia. Zawsze odpowiadam, że nie — ale jednocześnie daje coś, co bywa terapeutyczne. To przestrzeń, która pozwala zobaczyć siebie bez lustra oceny. A to samo w sobie jest uzdrawiające.

Po roku malowania często widzę u dzieci więcej pewności w ruchach, odwagę, stabilność emocjonalną. U dorosłych — spokój, miękkość, radość, która nie wynika z efektu, tylko z procesu.

Najbardziej zaskakuje dorosłych chyba to, że nie potrzebują „umieć malować”, żeby czuć przyjemność. Mówią wtedy: „Myślałam, że ja nie potrafię”, „Zawsze ktoś mówił, że robię to źle”, „W szkole mówili, że nie mam talentu”. A tutaj wreszcie mogą poczuć, że nie muszą mieć talentu, żeby malować.

To jest jedna z najważniejszych rzeczy, jaką daje Malort: prawo do tworzenia bez oceny.

A gdy ktoś pyta mnie na koniec roku, co się zmieniło, to najtrudniej jest odpowiedzieć jednym zdaniem. Bo zmienia się coś bardzo głębokiego — coś, co trudno ubrać w słowa, ale co widać w sposobie bycia, w oddechu, w ruchu ręki, w tym, jak ktoś wchodzi do pracowni.

To nie jest spektakularne. To jest prawdziwe.

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o zakończeniu roku malowania, o teczkach i o tym, co się w nich znajduje, pojawiło się w nas oboje takie wspomnienie związane z pracownią Malort. Niewiele o tym mówimy, ale to jest naprawdę szczególny moment.

Po roku malowania teczki są otwierane i dziecko — albo dorosły — widzi swoje prace jedna po drugiej, dokładnie tak, jak powstawały. To nie jest przegląd „jak się rozwijałem”, to nie jest ocena, porównanie ani szukanie „postępów”. To zupełnie coś innego.

Kiedy te kartki się przewraca, widać historię procesu. Ruchy, kolory, zmiany, powtarzalności, rytmy, odwagę, wyciszenie, impulsy. Widać, jak ktoś wracał do siebie, jak przechodził przez różne etapy.

I zawsze mnie porusza to, że dzieci reagują bardzo naturalnie.

Jedne mówią:
„O, pamiętam to!”,
inne się śmieją:
„Ale to było śmieszne!”,
a jeszcze inne milczą i patrzą w skupieniu.

Każda reakcja jest dobra.

Dorośli mają często łzy w oczach. To nie jest płacz smutku — bardziej ulgi, wzruszenia, wdzięczności. Nagle widzą, ile w nich było poruszeń, ile odwagi w najprostszych ruchach pędzla.

To jest bardzo symboliczny moment, bo pokazuje, że obraz nie jest do oceniania, tylko do przeżycia. Jest śladem drogi. I kiedy ta droga leży przed kimś rozłożona w formie kilkudziesięciu kartek, widać rzeczy, których nie da się opowiedzieć słowami.

I to jest powód, dla którego prace zostają w Malorcie. To dlatego Arno powtarzał, że najważniejsze jest, żeby obraz miał swoje miejsce — miejsce, które go nie „zatrzyma”, nie „wykorzysta”, nie „przerobi” na ocenę.

Dla mnie to jest najpiękniejszy moment całego roku.

Bo wtedy naprawdę widać, czym Malort jest: miejscem, w którym człowiek może być w pełni sobą.

Często pytasz dzieci o to, co czują w Malorcie. I choć mówi się, że dzieci Malortu zwykle nie potrzebują tego nazywać, pamiętam, że kiedyś zebrałaś te odpowiedzi.

Najmłodsi mówią krótko:
„Fajnie, bo nikt nie ocenia”,
„Lubię malować”,
„Jest spokojnie”,
„Tu nikt niczego nie każe”.

I to jest piękne w swojej prostocie.

Dorośli — „dzieci w większym wieku”, jak sama mówisz — wyrażają to inaczej, bardziej świadomie. Czytałaś kilka ich wypowiedzi, te zapisane na kartkach. Jedna z osób napisała:

„Malort daje wewnętrzny spokój i odprężenie. Najważniejsza jest atmosfera — ciepła, serdeczna, bezpieczna. Na początku jest obawa, strach przed oceną, ale potem przychodzi radość i swoboda. To zajęcia, które powinny być refundowane. Bardzo odstresowują.”

Ktoś inny napisał:
„Można dotknąć kolorów świata.”

Ktoś jeszcze:
„To miejsce spokoju, płynności, czasu dla własnego ja. Uważności i delikatności.”

A inna osoba opisała swoje wrażenia tak:
„Malując, poczułam lekkość, płynność, jedwabistość koloru. Wolność od rzeczywistości. Przyszła radość i błogość.”

Kiedy czytałaś te wypowiedzi, było w nich coś poetyckiego — ta uważność, ten zachwyt, ta wolność. Jakby ludzie odzyskiwali w sobie coś, co zgubili dawno temu.

I to prowadzi nas do Twojej refleksji o tym, dlaczego Malort jest tak ważną przestrzenią.

Powiedziałaś, że Malort dodaje radość i spontaniczność. Że człowiek czuje, iż taki, jaki jest — jest w porządku. Że właśnie to daje największą ulgę i największą radość. Że nawet kiedy życie jest trudne — a bywa — to ten powrót do siebie sprawia, że świat staje się bardziej przyjazny.

Opowiadałaś też o swojej drodze — o tym, że Malort zmienił Ciebie samą, że dziś jesteś inną osobą, bardziej zakorzenioną, spokojniejszą, bardziej świadomą tego, kim jesteś i co robisz. I że to daje Ci szczęście, takie prawdziwe, niewymuszone.

Kiedy o tym mówiłaś, pojawiły się też wspomnienia związane z pracownią Arno w Paryżu. Wspomnienie wejścia do jego Malortu tuż przed pandemią — tego poczucia bycia „jak w domu”, jak w miejscu, w którym człowiek jest natychmiast przyjęty, choć jest tam pierwszy raz.

To poczucie bezpieczeństwa, ciepła i bycia widzianym — to właśnie Malort.

I kończąc, padła ta ważna myśl:
że jeśli ta rozmowa sprawi, że choć jedna osoba otworzy się na Malort, to już było warto.

Na sam koniec pojawiły się słowa wdzięczności, zaproszenie do zobaczenia materiałów, książek Arno, profilu pracowni, do zadania pytań. I — jak zawsze — ogromne podziękowanie za to wspólne spotkanie.

Dodaj komentarz