Podcast

Dominika Baj – najcenniejsza jest obecność. 10 lat w edukacji domowej

Odcinek 54

To nie jest rozmowa o metodach ani o tym, jak uczyć dzieci. W tym odcinku rozmawiamy raczej o tym, jak w naszej rodzinie wygląda towarzyszenie dzieciom w drodze z perspektywy mamy.

Dominika odpowiada na pytania o to, dlaczego wciąż na nowo decyduje się na edukację domową z czwórką dzieci, co jest w tej drodze najtrudniejsze, co najcenniejsze i jak w praktyce wygląda łączenie tego z pracą.

Mówi między innymi:

  • co rozumiemy przez naukę przez zabawę, czy to działa i jak wygląda w praktyce,
  • jakie praktyczne umiejętności dzieci opanowują, będąc zanurzonymi w codzienności,
  • że każde z dzieci uczy się inaczej i jak próbujemy na to odpowiadać,
  • jakie znaczenie mają wspaniali nauczyciele w życiu naszych dzieci,
  • jak wiele dzieci uczą się z książek – i co czytają,
  • jak edukacja domowa uczy ich odpowiedzialności i zarządzania czasem,
  • dlaczego nie musimy czekać na egzamin ósmoklasisty albo maturę, żeby wiedzieć, czy nasze dzieci sobie poradzą.

Wyjaśnia także, dlaczego jej zdaniem najcenniejsza jest obecność oraz skąd bierze się u niej poczucie, że nie mogłaby dać dzieciom więcej.

Ten odcinek nie jest zaproszeniem do zmiany systemu edukacji. Jest raczej zaproszeniem do zatrzymania się i spojrzenia na to, jak dzieci się uczą i czego najbardziej od nas potrzebują.

Linki z odcinka:

🎧 Odcinki podcastu wspomniane w rozmowie

  • Debora Broda – doświadczenia płynące z edukacji domowej z jedenaściorgiem dzieci,
  • Tomasz Bilicki – o współczesnych nastolatkach i naszych relacjach z nimi

📚 Książki wspomniane w rozmowie

👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 20 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):

wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Możemy o sobie powiedzieć, że jesteśmy na drodze edukacji domowej od 10 lat i w tym czasie prowadzimy też wspólnie firmę oraz wydawnictwo. W tym odcinku chcemy opowiedzieć o tym doświadczeniu, głównie z perspektywy mamy – Dominiki. Chcemy powiedzieć o tym, dlaczego to robimy, a właściwie dlaczego Dominika to robi i dlaczego decyduje się na bycie i trwanie w tej drodze. Chcemy też opowiedzieć o tym, co jest w tym najwartościowsze, co jest najtrudniejsze, co nam pomaga i jak w praktyce wygląda łączenie wychowywania czwórki dzieci w edukacji domowej z pracą.

Jesteśmy Dominika i Aleksander Baj, a to jest 54. odcinek naszego podcastu.

Powiedz na początek, dlaczego decydujesz się na edukację domową. W podcaście dużo opowiadamy o edukacji domowej, pytamy inne rodziny, dlaczego wybrały tę drogę. Wielokrotnie mówiliśmy o inspiracjach, o osobach, które nas inspirują – o autorach książek, których zaczęliśmy wydawać jeszcze zanim mieliśmy dzieci, a którzy zainspirowali nas do innego myślenia o edukacji i wychowaniu. Myślę, że to są rzeczy, które wielu naszych słuchaczy już zna. Natomiast chciałbym, żeby wybrzmiały Twoje osobiste powody, dla których decydujesz się trwać w edukacji domowej dla dzieci.

Chyba pierwszym z nich są słowa Marka Kaczmarzyka, że do wychowania dzieci potrzebna jest obecność. Te słowa Marka Kaczmarzyka, które wybrzmiewały także u innych naszych rozmówców w tym podcaście, wracają do mnie bardzo często. Mam też takie przeświadczenie, będąc mamą, że najcenniejszą rzeczą jest właśnie nasza obecność. Widzę, jak bardzo dzieci jej potrzebują, jak jest dla mnie ważna i jak jest cenna.

Z jednej strony jest to więc obecność, a z drugiej strony mam z tyłu głowy pytanie Kena Robinsona, które wybrzmiewa zarówno w książce Uchwycić żywioł, jak i w książce Ty, Twoje dziecko i szkoła: po co jest nam edukacja? Czym dla nas jest edukacja? Myślę, że to bardzo ważne pytanie. Podobnie w odcinku z Deborah Brodą – Deborah również mówiła o tym, jak ważne jest, żeby zadać sobie pytanie, czego chcemy nauczyć dzieci. Zanim wybierzemy drogę, warto najpierw samemu odpowiedzieć sobie na to pytanie.

I to pytanie cały czas mam z tyłu głowy. To także taka myśl, że niekoniecznie chodzi o szkolne umiejętności. Owszem, one gdzieś tam są na liście, ale nie są dla mnie najważniejsze. Przede wszystkim chciałabym nauczyć dzieci zaradności i podstawowych umiejętności. Mam wrażenie, że najłatwiej uczyć się ich w prawdziwym życiu, a edukacja domowa jest po prostu drogą, która to ułatwia.

Często, kiedy mówi się o obecności rodzica w kontekście edukacji i wychowania dzieci, podkreśla się, że kluczowe są pierwsze lata. Nasza najstarsza córka powoli wkracza w wiek nastoletni. Dla mnie bardzo ważne było to, co wybrzmiało w odcinku z Tomaszem Bilickim – że nastolatki również bardzo potrzebują naszej obecności.

Tak, a nawet mam wrażenie, że jeszcze bardziej. Tylko nie jest to już tak widoczne. Nastolatek nie krzyczy, nie płacze, nie tupie nogami – chociaż czasami też – ale wyraża to w inny sposób. To nie jest tak oczywiste, że on tej obecności potrzebuje, ale widzę, że jest ona potrzebna. Może nie jest wykrzyczana, ale gdzieś między słowami, między różnymi sytuacjami widać, że ona jest bardzo ważna.

Jeżeli mówimy o tym, że edukacja domowa daje szansę na bycie obecnym w życiu dzieci, to jak to wygląda u nas? Wiele osób ma takie pierwsze wyobrażenie, że edukacja domowa odbywa się wyłącznie w domu i że dzieci są cały czas z rodzicami.

Tak, możemy powiedzieć, że jesteśmy 10 lat w edukacji domowej, chociaż formalnie nasza córka jest w czwartej klasie. Mamy jednak takie wspólne przeświadczenie, że edukacja nie zaczyna się wraz z pierwszą klasą dziecka. Dla nas zaczęła się już w momencie, kiedy pojawiły się dzieci. Fajnie mówi o tym Marek Kaczmarzyk – że dzieci uczą się od pierwszych dni życia, a nawet wcześniej, zanim jeszcze pojawią się na świecie. Już wtedy nas słyszą, odczuwają nasze emocje i nasz stan. Tak naprawdę więc w edukacji – można powiedzieć domowej – jesteśmy od 10 lat.

Warto tu dopowiedzieć to, co Ken Robinson tak mocno podkreśla. Mówi on, że często myślimy o edukacji jako o czymś, co odbywa się przez 12 lat – od pierwszej klasy szkoły podstawowej do ostatniej klasy liceum. To sprawia, że traktujemy edukację jako przygotowanie do życia. Dzieci idą do szkoły, która jest jakby poza życiem, tam się przygotowują, a potem wychodzą i wchodzą w „prawdziwe” życie. Ken Robinson zwraca uwagę na to, że edukacja ani nie zaczyna się w pierwszej klasie, ani nie kończy się na ostatniej.

To dla mnie bardzo ważna myśl. Od pierwszych dni towarzyszymy dzieciom, pomagamy im, kształtujemy je i chcę być w tym obecna. Chciałam być obecna, kiedy dzieci były małe, ale chcę być obecna również teraz. Tomasz Bilicki powiedział piękne słowa: jesteśmy obecni, kiedy dzieci zaczynają chodzić, kiedy mówią pierwsze słowa, a później – zwłaszcza w wieku nastoletnim – pojawiają się kolejne ważne kroki milowe. Często nie są one przez nas tak doceniane, a są niezwykle istotne. To momenty, kiedy dziecko zaczyna samostanowić o sobie i kształtować swoją tożsamość.

Bardzo mocno wybrzmiało też zdanie, że prawie każdy z nas jest przy swoim dziecku, kiedy ono robi pierwszy krok – ma wtedy około roku i wszyscy to widzimy, cieszymy się i świętujemy. Pojawia się jednak pytanie: czy jesteśmy obok swojego dziecka, kiedy ono robi pierwszy krok w dorosłość?

Dlatego cieszę się, że mogę obserwować wszystkie te etapy. Czasami na taki „skok” – w cudzysłowie – trzeba chwilę poczekać. Na jakiś efekt czy rezultat, bo często wszyscy są nimi bardzo zainteresowani. Czasami trwa to długo, aż przychodzi zwykły dzień, kolejny, niepozorny. I właśnie wtedy następuje ten ważny moment – czy to w sporcie, w muzyce, czy wtedy, kiedy kolejne dziecko zaczyna czytać. To bywa dzień, który łatwo przegapić, a który jest kluczowym krokiem w rozwoju danej umiejętności. Cieszę się, że mogę to widzieć i że jestem obecna.

W jaki sposób dzieci uczą się u nas w edukacji domowej? Dużo mówimy o zabawie, o uczeniu się przez zanurzenie w normalnym, codziennym życiu. Często powołujemy się na Andre Sterna, który jest jednym z największych ambasadorów takiego podejścia do dziecka i uczenia się. Jak więc wygląda nauka przez zabawę z Twojej perspektywy?

Po tych 10 latach jestem przekonana, że zabawa jest rzeczywiście najskuteczniejszym sposobem uczenia się. Nasze dzieci zdobyły podstawowe kompetencje właśnie dzięki swobodnej zabawie – takiej, która wypływała od nich. Nauka czytania, liczenia, pierwsze matematyczne karty, gry planszowe, Scrabble – to wszystko działo się naturalnie. Podobnie było z nauką języka angielskiego. Dzieci w dużej mierze nauczyły się go poprzez gry. Duolingo było tutaj świetnym narzędziem, wystarczającym do zdobycia tych pierwszych, podstawowych umiejętności.

Później oczywiście bardzo pomocne są książki, a nasze dzieci rzeczywiście bardzo lubią czytać. To jest dla mnie niezwykle cenne. Wiele umiejętności zdobywają także poprzez zwykłe, codzienne życie – w relacjach z innymi ludźmi. Bardzo dużo uczą się od swoich nauczycieli, trenerów sportowych, nauczycieli instrumentów, a także od dziadków.

Chciałabym podać dwa konkretne przykłady, na które ostatnio zwróciłam uwagę. Wczoraj nasza najmłodsza, sześcioletnia córka miała spotkanie w placówce, do której dzieci chodzą dwa razy w tygodniu. Dziś odbywa się tam spotkanie wigilijne i wczoraj sama wpadła na pomysł, że upiecze na nie ciasto. Zaczęła wyciągać wszystkie potrzebne rzeczy i właściwie nie bardzo pozwoliła sobie pomagać. Na dalszym etapie mnie już przy niej nie było, ale kiedy pojawiłam się w kuchni półtorej godziny później, zobaczyłam, że ciasto jest gotowe.

Rzeczywiście, w tym czasie byłam gdzieś obok – tylko po to, żeby ewentualnie podpowiedzieć czy przypilnować proporcji. I właśnie to jest ta codzienność, z której dzieci uczą się bardzo dużo. Starsza córka bardzo lubi gotować i piec ciasta, więc młodsza siostra chce robić dokładnie to samo. To są umiejętności, których bardzo chcę nauczyć dzieci – a w zasadzie one same się ich uczą. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy jest podstawa programowa, ale nie jest ona dla mnie najważniejsza. Najważniejsze jest to, żeby dzieci nauczyły się podstawowych umiejętności życiowych, takich jak gotowanie. Chciałabym, żeby wszystkie nasze dzieci potrafiły to robić, niezależnie od płci. Mam nadzieję, że chłopcy też kiedyś zaskoczą swoje partnerki tym, że potrafią ugotować czy upiec ciasto.

Często w takich rozmowach wracamy do słów Andre Sterna, który mówi, że jako osoba, która nigdy nie chodziła do szkoły, jest nieustannie pytany o to, jak nauczył się czytać, pisać i liczyć. I dodaje, że nikt nigdy nie pyta go o to, jak nauczył się gotować, śpiewać czy tańczyć. Z kolei Ken Robinson w swoim najbardziej znanym wystąpieniu Czy szkoły zabijają kreatywność? mówi, że nie uważa matematyki za ważniejszą niż taniec. Nie dlatego, że matematyka jest nieważna, ale dlatego, że potrzebujemy rozwoju całej osoby i różnych kompetencji.

Dobrym przykładem jest też nasze doświadczenie z dziećmi. Starsza córka bardzo łatwo radzi sobie z nauką w takim bardziej akademickim, szkolnym trybie – dużo czasu spędza z książkami. Jej młodszy brat z kolei ma naturalną skłonność do ruchu. Bardzo szybko opanowuje nowe umiejętności sportowe: pływanie, jazdę na nartach, tenis, wspinaczkę. Nie potrafi usiedzieć w miejscu i niezależnie od pogody ciągle szuka okazji, żeby wyjść na zewnątrz. A jednocześnie… bardzo dużo czyta.

Czyta rano i wieczorem. Zdarza się, że jego młodszy brat skacze wokół niego i zaprasza do zabawy, a on w tym czasie czyta książkę. Ostatnio zauważyłam, że czyta równolegle cztery książki.

Jedną z książek, które czyta, jest Pan Tadeusz. Chciałabym to dopowiedzieć, bo rzeczywiście świetnie się przy tej lekturze bawi. Książkę dostaliśmy od dziadków – to duże, pięknie ilustrowane, bardzo ciężkie wydanie. Pomyślałam wtedy, że to prezent „na później”, że to jeszcze nie jest książka dla naszych dzieci. A jednak zniknęła z regału. Najpierw pojawiała się na biurku, a potem zauważyłam, że Maksymilian naprawdę się nią zainteresował. Kilka razy, przechodząc z jednego miejsca do drugiego, widziałam, jak czyta i bardzo się przy tym bawi. Zaśmiewał się, wołał mnie, żebym posłuchała fragmentów. Było widać, że Pan Tadeusz bardzo go wciągnął.

Ja mogę powiedzieć o sobie, że przeczytałam Pana Tadeusza wtedy, kiedy „trzeba było” w szkole. Zapamiętałam głównie te fragmenty, które były wymagane, ale nie wzbudziło to we mnie żadnych emocji.

W naszym domu jest duży regał z książkami i dzieci po prostu same z niego wybierają. Regularnie chodzą też do biblioteki, gdzie również samodzielnie decydują, co chcą czytać. Maksymilian czyta więc na zmianę Pana Tadeusza, jakiś dziecięcy kryminał, który sam określił jako „słaby”, książkę Podróż do Nieznanej Krainy Zaufania Andre Sterna, którą wziął z naszej wydawniczej półki, a także nieustannie czyta Kaczora Donalda. Ostatnio przegląda również Biblię dla najmłodszych, znalazł jakieś wydanie, które go zainteresowało. Te cztery książki leżą teraz u niego przy łóżku.

Warto też wspomnieć o czytaniu książek Andre Sterna przez nasze dzieci. Nasza najstarsza córka sięgnęła po najnowszą książkę W obronie dzieciństwa i przeczytała ją całkowicie z własnej woli. Andre Stern miał intencję, żeby dzieci czytały tę książkę, choć trudno było mi to sobie wyobrazić. Tymczasem ona po prostu po nią sięgnęła i po przeczytaniu powiedziała, że bardzo jej się podobała.

Z perspektywy rodzica to bywa jednak trudne doświadczenie. Na przykład córka wróciła kiedyś i powiedziała, że podczas zajęć z chemii w miejscu, do którego chodzą dwa razy w tygodniu, nauczyciel pokazywał układ pierwiastków chemicznych, ale „nie pobudziło to jej ośrodków emocji w mózgu”. Po tej książce dzieci zadają pytania. Nie zawsze są one proste, ale bardzo wartościowe. Córka zapytała też, dlaczego musi zdawać egzaminy, skoro – jak mówi – nie są jej potrzebne.

To stało się pretekstem do rozmowy. Rozmawiamy o tym, że rzeczywiście egzaminy nie są jej potrzebne, ale są wymogiem formalnym. Jest to koszt tej wolności, którą ma na co dzień. Ma dużą swobodę, dużo czasu, który może kształtować według siebie, ale raz w roku musi zdać egzaminy z każdego przedmiotu.

To uczy ją również odpowiedzialności i zarządzania swoim czasem.

Tak, to są dokładnie te umiejętności, których bardzo chciałabym nauczyć dzieci. Cieszę się, że już teraz oswajają się z zarządzaniem swoim czasem, że nie jest to dla nich obce pojęcie. Z roku na rok pojawiają się nowe elementy, nowe pomysły. Testujemy różne rozwiązania – niektóre się sprawdzają, inne nie. Szukamy takich form, które będą pasowały do wszystkich dzieci.

Pierwsze lata edukacji domowej były dla nas czasem uważnej obserwacji dzieci – ich preferencji i stylów uczenia się. Ken Robinson również mówi o tym, jak ważne jest, by zanim zaczniemy uczyć, poznać predyspozycje dzieci, zobaczyć, jak lubią się uczyć, kiedy jest dla nich najlepszy moment, w jakich warunkach uczą się najefektywniej.

Wiemy na przykład, że nasi chłopcy potrzebują bardzo dużo ruchu. To nie znaczy, że dziewczynki nie, ale u chłopców ta potrzeba jest szczególnie wyraźna. Jeśli chcemy, żeby się uczyli, musimy najpierw zadbać o ruch. Dopiero potem sami sięgają po książki, gry, zaczynają projektować i tworzyć. Nie musimy ich zmuszać ani mówić: „teraz jest czas na naukę”.

Wiemy też, że nasz starszy syn najlepiej uczy się wieczorem. Gdybyśmy poprosili go, żeby o ósmej rano usiadł do nauki, byłoby to po prostu nieefektywne.

Dla mnie bardzo ważny jest wątek odpowiedzialności i zarządzania czasem. Teraz, kiedy nasza córka jest w czwartej klasie, zaczyna się to wyraźniej pojawiać i wydaje mi się, że to jest w porządku. To bywa trudne, ale nie uważam, że powinniśmy wymagać od pierwszoklasisty brania odpowiedzialności za egzaminy. To nie o to chodzi. A jednocześnie często oczekujemy od dzieci kompetencji takich jak odpowiedzialność czy samodzielne zarządzanie projektami, zapominając, że w tradycyjnej szkole przez wiele lat robimy to za nie.

W klasycznym systemie edukacji dzień, tydzień i miesiąc dziecka są zaplanowane przez innych – od rana do wieczora. Terminy sprawdzianów i egzaminów również ustala ktoś inny. A potem, po kilkunastu latach, oczekujemy, że młody człowiek nagle stanie się samodzielny i będzie potrafił zarządzać swoim czasem. W edukacji domowej – i mówię to na podstawie naszego doświadczenia, ale także obserwacji wielu innych rodzin – dzieci uczą się tej odpowiedzialności znacznie wcześniej.

Od czwartej klasy ta odpowiedzialność rzeczywiście jest większa, pojawia się więcej egzaminów, ale to też okazja do planowania. Nasza córka sama zaplanowała, kiedy chce zdawać poszczególne egzaminy i od których zacząć. Dzieci wybierają różne strategie. Jedne zaczynają od przedmiotów, które przychodzą im łatwo, na przykład języka angielskiego, który lubią i dobrze znają. Inne wolą najpierw zmierzyć się z trudniejszymi egzaminami, a dopiero potem zostawić sobie te łatwiejsze.

To wszystko jest dla nich realną nauką planowania i podejmowania decyzji.

Ale skoro mówimy o edukacji domowej, to warto też zapytać: co jest w tym najtrudniejsze? Zwłaszcza z perspektywy mamy, która bierze na siebie dużą część odpowiedzialności za proces uczenia się dzieci i jednocześnie próbuje znaleźć czas na pracę.

Myślę, że sama odpowiedzialność bywa wyzwaniem. Niezależnie jednak od tego, jaką drogę wybierzemy, ta odpowiedzialność i tak będzie nam towarzyszyć – tylko w innej formie. W edukacji domowej jest ona może bardziej widoczna, ale z każdym kolejnym rokiem czuję coraz większy luz i spokój. Widzę rozwój dzieci, obserwuję ich proces, to, jak radzą sobie z trudnościami, jak je rozwiązują. Dzięki temu jestem spokojniejsza o to, co będzie dalej.

Często słyszymy pytania o efekty edukacji domowej – że zobaczymy je dopiero za kilka lat, przy egzaminach. A ja mam poczucie, że te efekty widać każdego dnia. Widać je w codziennych sytuacjach, w decyzjach, które dzieci podejmują, w sposobie, w jaki się uczą i w jaki reagują na wyzwania.

Trudnością przy większej rodzinie, takiej jak nasza, gdzie jest czwórka dzieci, jest na pewno logistyka. Układanie terminów egzaminów, planowanie kalendarza, łączenie tego z różnymi wydarzeniami, które organizujemy w ramach pracy – to wymaga dobrej organizacji. Ograniczony czas również bywa wyzwaniem, szczególnie jeśli chodzi o łączenie pracy z towarzyszeniem dzieciom.

Widzę jednak, że to się zmienia. Kiedy nagrywaliśmy jedne z pierwszych odcinków podcastu, byłam na takim etapie, że często pracowałam popołudniami albo wieczorami. Śmialiśmy się, że pracuję „na drugą zmianę”. Teraz wygląda to inaczej. Dzieci są starsze, bardziej samodzielne. Nadal są momenty, kiedy mnie bardzo potrzebują, ale w ciągu dnia jest znacznie więcej przestrzeni na pracę.

Rzeczywiście, w ostatnim czasie – mam wrażenie, że w ciągu ostatniego roku czy dwóch – bardzo wyraźnie widać, jak dzieci stają się coraz bardziej samodzielne. Coraz więcej rzeczy robią same, bez naszej pomocy. Oczywiście przychodzą, pytają, proszą o wsparcie, ale to już nie jest tak, że wymagają naszej uwagi przez sto procent czasu.

Mieliśmy w ostatnim czasie kilka takich momentów, kiedy w pracy pojawiło się nagromadzenie spraw terminowych i oboje musieliśmy spędzić więcej czasu przy komputerach. Wtedy dzieci przynosiły swoje projekty do naszego domowego biura, rozkładały się dookoła i zajmowały się swoimi sprawami.

W naszym biurze mamy zresztą jeszcze dwa mniejsze miejsca do pracy. Kiedy musimy więcej czasu poświęcić obowiązkom zawodowym, te przestrzenie też „działają”. Dzieci czasem się tam bawią, a czasem robią rzeczy bardzo podobne do naszej pracy – coś tworzą, coś planują, organizują.

Jak widzisz łączenie edukacji z pracą w swoim przypadku? Bardziej jako precyzyjne planowanie czy raczej jako chaos i ciągłe zarządzanie zmianą?

Cały czas uczę się zarządzania swoim czasem. Trochę żałuję, że w szkole nie było na to przestrzeni – rozmów, inspiracji, podejścia problemowego do tego tematu. Wciąż się tego uczę. Czasami wychodzi mi to lepiej, czasami gorzej. Zauważyłam jednak, że kiedy mam więcej rzeczy do zrobienia, moja skuteczność paradoksalnie rośnie.

W moim przypadku praca jest tam, gdzie jestem ja. Często zmieniam miejsce pracy. Kiedy czekam na dzieci podczas treningu tenisa, pracuję. Kiedy czekam na odbiór córki ze skrzypiec, również wykorzystuję ten czas. Ta logistyka bywa trudna, ale nasza praca jest na tyle elastyczna, że mogę pracować praktycznie z każdego miejsca. Wystarczy komputer albo telefon.

Czy w kategorii rzeczy trudnych w edukacji domowej dodałabyś jeszcze coś? Mówiłaś o logistyce i o łączeniu edukacji z pracą. Czy jest coś jeszcze, co odczuwasz jako wyzwanie przy edukacji domowej czwórki dzieci?

Myślę, że byłoby to bardzo trudne, gdybym była w tym sama. Na szczęście nie jestem. Wyobrażam sobie, że dla mamy, która samodzielnie decyduje się na edukację domową, może to być obciążające. Ja mam ogromne szczęście, że jesteśmy w tym razem. Tak jak we wszystkich naszych projektach, działamy wspólnie.

To nie jestem tylko ja – jesteś też Ty, są dziadkowie, są wspaniali trenerzy i nauczyciele, od których dzieci bardzo dużo się uczą. Dzięki temu mam poczucie, że nie jestem sama, a to sprawia, że wszystko staje się lżejsze. Nie dałabym rady nauczyć dzieci wszystkiego sama, ale na szczęście nie muszę.

Skoro mówiliśmy o trudnościach, to przejdźmy do wartości. Jakie są trzy największe wartości edukacji domowej?

Myślę, że przede wszystkim możliwość obserwowania kolejnych kroków rozwoju dzieci. To jest coś niezwykłego, coś, czego nie da się doświadczyć bez obecności. Mogę podać bardzo konkretny przykład z tenisem. Nasz młodszy syn na początku nie był do niego przekonany. Kiedy starsze rodzeństwo zaczęło trenować, on też postanowił spróbować, choć pierwsze miesiące wyglądały raczej jak granie „po swojemu”. Bywały dni, kiedy był bardziej zaangażowany, i takie, kiedy zupełnie mu się nie chciało.

Czasami żartowałam, że oprócz trenera byłam też drugim trenerem – takim mentalnym, wspierającym. Czasem zachęcałam, a czasem mówiłam: „w porządku, zrób przerwę, nie musisz dziś jechać”. To trwało, aż w końcu przyszedł moment przełomowy. Zmieniło się miejsce treningów – z kortów na zewnątrz na halę – zmieniła się też forma zajęć, było więcej gry między sobą. Nagle pojawiła się rywalizacja i coś w nim „zaskoczyło”. Zaczął grać z większym zaangażowaniem, a trener również zauważył tę zmianę.

To pokazuje, jak ogromne znaczenie ma dobry nauczyciel. Gdyby na początku ktoś próbował „dokręcić śrubę”, nie pozwolił na swobodę, na bieganie po korcie z rakietą i piłką, tylko chciał wszystko wymusić, nasz syn prawdopodobnie odłożyłby rakietę i zrezygnował z tenisa. Są różne dzieci i na niektóre takie podejście może by zadziałało, ale w jego przypadku – na pewno nie.

Podobnie było z naszą młodszą córką. Na początku trener uznał, że jest jeszcze za mała na tenis. Kiedyś jednak, gdy nasz syn odmówił udziału w treningu, trener zaproponował, żeby spróbowała ona. I od tego momentu zaczęła trenować. Trenuje już półtora roku i widać, jak ogromne zrobiła postępy. Zaczynała jako bardzo mała dziewczynka, miała trudniejszy start, ale teraz widać, że ten czas i ta cierpliwość naprawdę się opłaciły.

To oczywiście tylko jeden z przykładów. Mogłabym opowiadać o czytaniu, o nauce gry na instrumentach, o wielu innych obszarach. Ale właśnie to jest piękne – możliwość obserwowania tego procesu rozwoju.

Drugą ogromną wartością jest to, że dzieci mają czas na rozwijanie swoich pasji i zainteresowań. To nie jest coś, co robią „po godzinach”, tylko coś, co zajmuje centralne miejsce w ich codzienności. Ken Robinson i wielu innych ekspertów mówi o tym, że żeby osiągnąć w czymś wysoki poziom, potrzebny jest czas. I widać wyraźnie, że kiedy dzieci mogą poświęcać czas temu, co je naprawdę interesuje, ich rozwój jest ogromny.

Trzecią wartością jest dla mnie to poczucie, że nie muszę czekać na egzamin ósmoklasisty, żeby wiedzieć, że moje dzieci sobie poradzą.

Widzę to w codziennym życiu. Kilka lat temu, podczas wycieczki rowerowej, spadł mi łańcuch z roweru. Przyznaję, że nie potrafiłam go wtedy naprawić. Było mi trochę głupio, ale nie mam oporów, żeby prosić o pomoc. Zatrzymało się kilku rowerzystów, pytałam ich, czy mogliby pomóc, ale żaden z nich nie potrafił. W pewnym momencie chłopcy przerwali swoją zabawę, podeszli, popatrzyli, zaczęli kombinować i… naprawili ten łańcuch. To są drobne rzeczy, ale bardzo potrzebne w życiu codziennym.

Wcześniej mówiliśmy o gotowaniu i pieczeniu – że córki pieką ciasta, ale nasi synowie również mieli taki okres, kiedy wstawali wcześniej i robili śniadania dla całej rodziny. Bardzo pomaga mi tutaj myśl Andre Sterna, który mówi, że na tym etapie dzieci „bawią się” w bycie dorosłymi. Jeśli przez dwa tygodnie wstają i robią śniadania, a potem przestają, to nie trzeba ich do niczego zmuszać. One uczą się dorosłości przez zabawę. Przyjdzie czas, że będą potrafiły to robić na stałe.

Cieszę się też, że mamy czas, który spędzamy razem. Dwa lata temu nasz syn miał poważny wypadek. Jest bardzo aktywny, uprawia różne sporty – jazdę na rowerze, wspinaczkę, windsurfing. Tym razem wypadek zdarzył się w domu – spadł ze schodów, z dość dużej wysokości. To był moment, w którym nie wiedzieliśmy, jak potoczy się dalej sytuacja.

Wyglądało to bardzo groźnie. Trafiliśmy na SOR, a potem karetką do Katowic. Jadąc karetką, nie wiedząc, jaki będzie finał, miałam jedną bardzo wyraźną myśl: cokolwiek się wydarzy, wiem, że dobrze wykorzystaliśmy ten czas, który mieliśmy razem. Trudno mi o tym mówić, ale to doświadczenie bardzo mocno pokazało mi, jak ważne są wybory, które podejmujemy. To nie jest zachęta dla wszystkich do edukacji domowej, ale zachęta do tego, żeby dokonywać takich wyborów, żeby w przyszłości nie mieć poczucia straconego czasu.

To doświadczenie pokazuje też, jak bardzo inspiracje, o których mówimy – Andre Stern, Ken Robinson – wpływają na nasze decyzje. Andre Stern wielokrotnie podkreślał, że nie jest przeciwko szkole i że nie chodzi o to, żeby wszystkie dzieci przeszły na edukację domową. Jest wielu wspaniałych nauczycieli i ogromna przestrzeń do budowania relacji także w szkole. Ostatecznie wszystko sprowadza się do relacji, obecności i naszej postawy.

Niezależnie od tego, jaką drogę edukacyjną wybierzemy dla naszych dzieci, obecność rodzica jest kluczowa. Ken Robinson w książce Ty, Twoje dziecko i szkoła mówi, że do pewnego momentu to właśnie rodzic jest odpowiedzialny za edukację dziecka, niezależnie od wybranego systemu. Ta obecność jest ważna. To nie są tylko wyzwania i trudności – to także ogromna radość i satysfakcja.

Tak mniej więcej wygląda edukacja domowa z perspektywy 10 lat, widziana oczami mamy, która łączy ją z pracą. To oczywiście tylko fragment tej historii, bo można by mówić o tym znacznie dłużej.

Ten odcinek jest dla nas w pewnym sensie jubileuszowy – podcast ruszył dokładnie dwa lata temu. Bardzo dziękujemy za to, że jesteście z nami, że słuchacie, że nas wspieracie i że dzielicie się z nami swoimi komentarzami. To dla nas ogromne źródło radości, inspiracji i siły do dalszej pracy.

Jeśli nasz podcast jest dla Was wartościowy i jeśli te treści Was interesują, zapraszamy do naszego newslettera. Jest tam już 25 tysięcy subskrybentów. Z newslettera można dowiedzieć się m.in. o spotkaniach z nami na żywo. Ostatnio odbyła się konferencja „Elementy relacji” w Katowicach.

Bardzo dziękujemy wszystkim, którzy byli z nami, a tych, którzy nie mogli uczestniczyć, zapraszamy na kolejne wydarzenia.

Do zobaczenia i do usłyszenia.

Dodaj komentarz