Podcast

Edukacja wolnego człowieka. Czego starożytni uczyli dzieci i co zgubiliśmy po drodze

Odcinek 57

O edukacji, która nie zaczyna się od realizacji programu, ale od pytania o człowieka i jego miejsce w świecie. O tym, jak starożytni myśleli o kształceniu dzieci – i dlaczego wiele z tych intuicji brzmi dziś zaskakująco aktualnie.

Wielu z nas rodziców i nauczycieli czuje dziś, że w edukacji założenia rozmijają się z realizacją. Presja, tempo i przeładowane programy coraz częściej nie odpowiadają realnym potrzebom dzieci.

W rozmowach o zmianie edukacji często słyszymy, że trzeba „wrócić do podstaw”. Tylko o jakie podstawy chodzi?

Jak wyglądała edukacja u starożytnych Greków i Rzymian? I co z ich sposobu myślenia o dziecku, nauczycielu i uczeniu się możemy wziąć dla siebie dzisiaj?

Czy myśląc o starożytnych nie idealizujemy przeszłości? Czy mówienie o wolności, cnocie i relacji mistrz–uczeń da się pogodzić z realiami współczesnej szkoły?

O tym rozmawiamy z Zofią Latawiec – językoznawczynią, filolożką klasyczną i autorką książek dla dzieci.

W tej rozmowie usłyszysz m.in. o:

  • kształceniu całej osoby, a nie tylko wiedzy i umiejętności,
  • wychowaniu do wolności rozumianej jako zdolność samodzielnego myślenia,
  • roli nauczyciela i relacji opartej na szacunku, a nie przemocy,
  • znaczeniu, jakie starożytni przykładali odpoczynku, zabawy i ciekawości w procesie uczenia się,
  • wzmacnianiu ucznia bez łamania jego ducha,
  • wiedzy jako narzędziu wolności, a nie celu samym w sobie.

Ta żywa i pogłębiona rozmowa pomaga uporządkować myślenie o edukacji. I zobaczyć, że w wielu podstawowych założeniach wcale nie jesteśmy tak daleko od starożytnych. Być może to nie cele nam się zgubiły, ale droga, którą próbujemy do nich dojść.

PS. Wiadomość od Zofii w sprawie wyrazu entuzjazm – “jest zdecydowanie przedchrześcijański, pojawia się już u Platona 🫣”

🔗 Linki z odcinka:

👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 20 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):

wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Dziś chcemy porozmawiać o edukacji klasycznej: o tym, jak starożytni myśleli o uczeniu się i nauczaniu oraz co z ich podejścia możemy wziąć dla współczesnej edukacji – zarówno domowej, jak i systemowej.

Inspiracją do tej rozmowy były z jednej strony komentarze słuchaczy, którzy prosili o pogłębienie tematu edukacji klasycznej, a z drugiej wcześniejsza rozmowa o edukacji domowej. Padło w niej ważne zdanie: proces, którego starożytni używali do kształcenia mówców, można zastosować do doskonalenia się w niemal każdej dziedzinie. To właśnie na tym założeniu zostało zbudowane podejście do edukacji dzieci, o którym wtedy mówiliśmy.

Pytanie brzmi więc: czym właściwie był proces kształcenia retorów i czy rzeczywiście da się go rozszerzyć na inne obszary rozwoju człowieka?

To pytanie jest bardzo szerokie, bo w gruncie rzeczy dotyka całej istoty edukacji klasycznej. Retor był w starożytności najwyższym celem kształcenia – nie w sensie produkowania „efektu końcowego”, bo takie myślenie było tej edukacji obce, ale jako ideał człowieka w pełni ukształtowanego. Nie chodziło tu ani o popularność, ani o majątek, lecz o pełnię wykształcenia.

Sposób kształcenia retorów był więc w istocie sposobem kształcenia człowieka jako takiego. Retor działał później na rzecz społeczeństwa w niemal każdym wymiarze życia. Najważniejsze było tu jedno fundamentalne założenie: edukacja klasyczna zakładała jednoczesne kształcenie umysłu i moralności. Tych dwóch rzeczy nie da się rozdzielić.

Już w greckiej paidei obecne było przekonanie, że rozwój intelektualny i formowanie cnót muszą iść razem. Rzymska edukacja, silnie inspirowana Grecją, przejęła to myślenie. Dlatego mówimy dziś o edukacji klasycznej jako o wspólnym dziedzictwie.

Nie da się więc powiedzieć, że jedna instytucja odpowiada za wiedzę, a inna za wychowanie moralne. Proces kształcenia obejmuje całość osoby. Retor – człowiek najwyżej rozwinięty – osiągał swoje spełnienie dopiero wtedy, gdy łączył wiedzę, cnotę i działanie na rzecz wspólnoty. Tylko wówczas mógł naprawdę służyć społeczeństwu i wykonywać swoją rolę w najlepszy możliwy sposób.

Drugim kluczowym elementem edukacji klasycznej była szeroka, ogólnokształcąca wiedza. Choć dziś używamy podobnego pojęcia, praktyka znacząco różni się od tej starożytnej. W klasycznym modelu nauczyciel był postacią absolutnie centralną – przekazywał wiedzę, wprowadzał ucznia w różne dziedziny życia i nauki, budując spójny obraz świata. Dopiero na tym fundamencie uczeń zaczynał samodzielnie myśleć, zadawać pytania i szukać własnej drogi.

Edukacja klasyczna była w tym sensie przeciwieństwem współczesnego konstruktywizmu. Nie zakładała, że dziecko „samo się poprowadzi”, że od razu będzie krytycznie myśleć i tworzyć własne interpretacje. Aby człowiek mógł być naprawdę wolny, musiał najpierw posiąść obiektywną wiedzę o świecie – wiedzę o naturze rzeczy, która nie zależy od subiektywnego odczucia. Rolą nauczyciela było pokazanie, jak rzeczy się mają, zanim uczeń zacznie je interpretować.

Dopiero poznając świat od szczegółu do ogółu, dziecko zyskiwało przestrzeń do prawdziwego dialogu, refleksji i twórczego myślenia. Edukacja klasyczna nie miała na celu zamknięcia ucznia w gotowych odpowiedziach, lecz wyposażenie go w narzędzia, dzięki którym mógł samodzielnie poruszać się w świecie i sensownie z niego korzystać.

Współczesne myślenie o edukacji często zakłada, że najwyższym jej „produktem” jest profesor akademicki, a cały system kształcenia podporządkowany jest temu jednemu modelowi. Problem w tym, że taki sposób edukowania nie sprawdza się w wielu innych dziedzinach życia i pracy. Potrzebujemy dziś różnorodnych kompetencji, a nie jednego, sztywnego wzorca.

W starożytności punkt wyjścia był podobny, ale realizacja zupełnie inna. Retor był ideałem edukacji, jednak nie oznaczało to, że wszyscy mieli osiągnąć ten sam poziom ani pełnić te same role. Każdy był kształcony w taki sposób, by – o ile to możliwe – stać się człowiekiem dobrym, ukształtowanym moralnie i zdolnym do wyrażania swojego zdania w sposób służący wspólnocie.

Nie chodziło więc o to, by każdy sprawował urząd publiczny czy przemawiał na forum, ale by potrafił jasno myśleć, mówić i działać odpowiedzialnie. Edukacja miała charakter indywidualny – nauczyciel musiał odnaleźć właściwy rytm nauki dla każdego ucznia i dostosować sposób pracy do jego możliwości.

Kluczowe było tu przekonanie, że człowiek wolny to człowiek wyposażony w wiedzę. Wolność nie wynikała z braku ograniczeń, lecz z głębokiego rozumienia świata. Ogólna wiedza nie była traktowana jako zbędny balast, lecz jako fundament samodzielnego myślenia i dialogu.

Dziś często słyszymy argument, że szeroka wiedza nie jest potrzebna, bo wszystko można sprawdzić w internecie. Edukacja klasyczna widziała to inaczej. Wiedza musiała być obecna w człowieku – w jego pamięci – bo dopiero wtedy mógł on swobodnie łączyć fakty, zadawać pytania i formułować własne sądy. Bez tego trudno mówić o prawdziwej wolności intelektualnej.

Istotne było także to, że edukacja nie polegała na przekazywaniu oderwanych fragmentów informacji. Wiedza tworzyła spójną całość. Uczeń poznawał świat jako sieć powiązań, a nie zbiór przypadkowych tematów. Dzięki temu mógł lepiej odnaleźć swoje miejsce w rzeczywistości i zrozumieć, kim jest.

To właśnie ta spójność – a nie ilość materiału – była kluczem do rozwoju. Szeroka wiedza nie przytłaczała, ponieważ była sensownie ułożona i powiązana. W takim modelu łatwiej było też odnaleźć odpowiedź na pytanie o własną drogę, powołanie i sposób służenia innym.

W starożytnym myśleniu o edukacji istotne było przekonanie, że człowiek musi rozumieć siebie w kontekście. Nie da się poznać samego siebie w oderwaniu od świata, do którego się przynależy. Najpierw trzeba zobaczyć, jak ogromny i złożony jest świat, a dopiero potem odnaleźć w nim swoje miejsce. Dzięki temu odpowiedź na pytanie „kim jestem” staje się łatwiejsza i bardziej naturalna.

Współczesne podstawy programowe w pewnym sensie wychodzą z podobnego założenia — mają dostarczyć dziecku zasób wiedzy potrzebny do samodzielnego myślenia. Problem polega jednak na tym, że w praktyce ta wiedza jest rozdrobniona, przeciążona szczegółami i oderwana od kontekstu. Przekroczyliśmy granicę tego, co jakikolwiek człowiek jest w stanie realnie opanować.

Dodatkowo współczesna technologia i sztuczna inteligencja obnażają bezsens nadmiernej specjalizacji i gromadzenia szczegółowych informacji, które nie prowadzą do głębszego rozumienia świata. Okazuje się, że ogromna część tej „fachowej” wiedzy nie wnosi realnej wartości, bo maszyny potrafią wykonywać te zadania szybciej i precyzyjniej.

Jednym z największych rozjazdów między edukacją klasyczną a współczesną szkołą jest sposób konstruowania wiedzy. Dziś często uczymy od szczegółu do ogółu: najpierw „ja i moja rodzina”, potem społeczność, państwo, świat. Dla starożytnych było to podejście nielogiczne. Człowiek, aby zrozumieć siebie, musi najpierw zobaczyć świat, do którego należy, a dopiero potem określić swoje miejsce w nim.

Edukacja klasyczna nie polegała na szybkim kształceniu specjalisty w jednej dziedzinie. Owszem, praktyczne umiejętności były ważne, ale zawsze podporządkowane pytaniu o sens, tożsamość i odpowiedzialność. Nawet jeśli ktoś stawał się świetnym fachowcem, pytanie o to, kim jest i po co żyje, prędzej czy później i tak wracało — często w momentach kryzysowych.

W klasycznym podejściu zakładano, że brak odpowiedzi na te pytania prowadzi do głębokiego nieszczęścia. Człowiek może uciekać w pieniądze, pracę, nadmierną specjalizację czy sukces zawodowy, ale bez zrozumienia samego siebie nie osiągnie pełni spełnienia. Edukacja miała temu zapobiegać.

Zadaniem nauczyciela było więc wprowadzanie ucznia w świat — w jego historię, kulturę, język i wartości — po to, by młody człowiek mógł odkryć, kim jest i w jaki sposób może służyć innym. W tym sensie pytanie o zawód, pieniądze czy karierę było wtórne. Nie dało się oddzielić tego, czym ktoś się zajmuje, od tego, kim jest.

To podejście może dziś brzmieć filozoficznie lub niepraktycznie, ale w rzeczywistości dotyka bardzo konkretnych problemów współczesnego świata. Brak odpowiedzi na pytania o sens i tożsamość nie znika — jedynie odkłada się w czasie, by wrócić z większą siłą.

W edukacji klasycznej ogromny nacisk kładziono na kształcenie cnót. Czytanie wielkich tekstów nie służyło wyłącznie nauce języka czy analizy literackiej. Iliada i Odyseja były czytane dlatego, że na jednym materiale można było uczyć się bardzo wielu rzeczy jednocześnie. Uczniowie poznawali język, historię, relacje społeczne, ale też obserwowali, jakie cechy czynią człowieka szlachetnym, a jakie prowadzą do upadku.

Analizowano decyzje bohaterów, zastanawiano się, dlaczego Achilles zachował się w określony sposób, co go przemieniło i jakie konsekwencje miały jego wybory. Tekst był wspólną przestrzenią do rozmowy o moralności, charakterze i odpowiedzialności. Edukacja nie była podzielona na odrębne przedmioty funkcjonujące obok siebie, lecz stanowiła spójną całość.

To podejście bardzo różni się od współczesnego modelu, w którym nauka często polega na realizowaniu oddzielnych tematów w określonych przedziałach czasowych. W edukacji klasycznej jeden tekst mógł być punktem wyjścia do rozmowy o języku, historii, etyce i sztuce jednocześnie. Dzięki temu wiedza naturalnie się integrowała i nie była odbierana jako przypadkowy zbiór informacji.

Takie podejście wymagało jednak ogromnego zaufania do nauczyciela. To on prowadził ucznia, komentował, korygował i wpływał na kształtowanie jego osobowości. Rodzice oddawali dziecko pod jego opiekę, godząc się na to, że nauczyciel będzie realnie uczestniczył w procesie wychowania, a nie jedynie przekazywał wiedzę.

Dziś ten poziom zaufania jest dla wielu trudny do przyjęcia. Współczesna edukacja funkcjonuje w warunkach stałej kontroli, silnego udziału rodziców i ograniczonej autonomii nauczyciela. Nie musi to być zjawisko jednoznacznie negatywne, ale bez wątpienia zmienia charakter relacji edukacyjnej.

W starożytności nauczyciel, aby być wiarygodnym, musiał sam być człowiekiem moralnym i szlachetnym. Jego osobowość miała bezpośredni wpływ na to, kim stawał się uczeń. Uczniowie byli bardzo wyczuleni na autentyczność — jeśli nauczyciel nie był tym, czego nauczał, nie mógł liczyć na prawdziwy autorytet.

W tekstach klasycznych wielokrotnie podkreśla się znaczenie pochwał. Docenianie wysiłku, postępów i pracy ucznia było fundamentem relacji mistrz–uczeń. Jednocześnie przestrzegano przed stosowaniem kar cielesnych i upokorzeń, które mogły zniszczyć ducha młodego człowieka i zamknąć go na rozwój.

Relacja edukacyjna opierała się na szacunku — nie na strachu, lecz na poczuciu autorytetu, który rodził się z postawy nauczyciela. Był to rodzaj szacunku, który sprawiał, że uczeń nie chciał zawieść, a nie bał się kary. Ten subtelny balans pomiędzy wymaganiem a troską był jednym z fundamentów klasycznego wychowania.

Z perspektywy dzisiejszej edukacji widać wyraźnie, jak bardzo różni się ona od klasycznego podejścia. Współczesna szkoła kładzie ogromny nacisk na wiedzę egzaminacyjną. Egzaminy determinują sposób organizacji dnia, tygodnia, semestru i całego roku szkolnego. Wiedza staje się celem samym w sobie, a nie narzędziem do rozwoju człowieka.

W edukacji klasycznej akcent był położony inaczej. Wiedza miała prowadzić do kształtowania cnót, charakteru i zdolności do życia we wspólnocie. Dzisiejszy model, nawet jeśli teoretycznie zakłada podobne cele, w praktyce nie daje na nie przestrzeni. Program jest przeładowany, a tempo pracy tak szybkie, że brakuje czasu na refleksję, rozmowę i prawdziwe zrozumienie.

Nauczyciel często nie ma możliwości indywidualnego podejścia do ucznia. Klasy są liczne, materiał obszerny, a presja realizacji podstawy programowej ogromna. Nawet jeśli uczeń nie jest zainteresowany danym tekstem czy zagadnieniem, nie ma przestrzeni na elastyczność. Nie ma czasu na zatrzymanie się, rozmowę czy pogłębienie wątku.

W edukacji klasycznej relacja mistrz–uczeń była fundamentem całego procesu. To ona umożliwiała rozwój intelektualny i moralny. Dziś ta relacja ulega rozmyciu. Jeden nauczyciel pracuje z trzydziestoma uczniami, realizując sztywno określony program. Indywidualność ucznia schodzi na dalszy plan.

To przeciążenie prowadzi do zmęczenia, zniechęcenia i frustracji — zarówno po stronie uczniów, jak i nauczycieli. A starożytni byli zgodni co do jednego: przemęczony człowiek nie jest w stanie się uczyć. Przeciążenie zabija ciekawość, entuzjazm i naturalną chęć poznawania świata.

Dlatego właśnie jednym z powodów, dla których coraz więcej osób szuka dziś alternatywnych form edukacji, jest próba odejścia od tego modelu. Nie chodzi o odrzucenie wiedzy, ale o przywrócenie jej sensu i proporcji. O stworzenie przestrzeni, w której uczeń może odpocząć, pomyśleć i naprawdę się zaangażować.

Edukacja klasyczna przypomina, że rozwój człowieka wymaga równowagi. Wiedza, moralność, relacje i odpoczynek są ze sobą nierozerwalnie związane. Gdy któryś z tych elementów zostaje zaniedbany, cały proces przestaje działać.

W edukacji klasycznej ogromną wagę przywiązywano do indywidualnego tempa rozwoju ucznia. Nauczyciel miał obowiązek dostosować ilość materiału i szybkość jego przyswajania do konkretnego dziecka. Przeciążenie było uznawane za jedną z najgorszych rzeczy, jakie można zrobić uczniowi, ponieważ prowadziło do zniechęcenia, a zniechęcony człowiek nie jest w stanie się uczyć.

Już na wczesnych etapach życia dzieci miały przede wszystkim bawić się i odpoczywać. Do około siódmego roku życia nauka miała charakter swobodny i naturalny. Uważano, że formalne obciążanie wiedzą na tym etapie przynosi więcej szkody niż pożytku. Jeśli dziecko samo interesowało się literami czy liczeniem — dobrze. Jeśli nie — nie należało go do tego zmuszać.

Również na późniejszych etapach edukacji ogromną rolę odgrywał odpoczynek. Nauka miała być intensywna, ale nie wyczerpująca. Starożytni byli zgodni: przeciążenie prowadzi do zamknięcia umysłu. Gdy człowiek jest zmęczony, nie tylko gorzej przyswaja wiedzę, ale też traci naturalną ciekawość świata.

Kluczowym pojęciem był tu entuzjazm. Rozumiano go nie jako chwilowy zapał czy nadmiar energii, lecz jako głęboki stan wewnętrznej gotowości do działania i poznawania. Uczeń, który był „zapalony”, uczył się szybciej, głębiej i trwalej. Zadaniem nauczyciela było rozbudzić ten entuzjazm, a nie go zgasić.

Entuzjazm miał swoje źródło w poczuciu sensu. Dziecko musiało widzieć, po co się uczy i dlaczego dana wiedza jest ważna. Gdy uczeń czuł, że nauka ma znaczenie, że prowadzi go do zrozumienia świata i samego siebie, edukacja przynosiła najlepsze efekty.

W tym podejściu nie było miejsca na masowe, identyczne dla wszystkich tempo pracy. Każdy uczeń rozwijał się inaczej, a rolą nauczyciela było to zauważyć i uszanować. Indywidualizm nie oznaczał dowolności, lecz uważność i odpowiedzialność za rozwój konkretnego człowieka.

Edukacja klasyczna nie była procesem samotnym. Choć indywidualne podejście do ucznia było bardzo ważne, równie istotna była obecność wspólnoty. Uczenie się w grupie pozwalało młodemu człowiekowi doświadczać relacji, napięć, porównań i współpracy — wszystkiego tego, co składa się na realne życie społeczne.

W tekstach pojawia się wyraźne przekonanie, że edukacja w izolacji nie sprzyja pełnemu rozwojowi. Uczeń potrzebował innych ludzi, by uczyć się dialogu, mierzyć się z odmiennymi poglądami i obserwować różne sposoby myślenia. Wspólnota była przestrzenią, w której wiedza o świecie stawała się doświadczeniem.

Istotnym elementem była również rywalizacja — rozumiana nie jako deprecjonowanie innych, lecz jako bodziec do rozwoju. Widząc postępy rówieśników, uczeń mógł motywować się do własnej pracy. Rywalizacja miała charakter konstruktywny i była podporządkowana wspólnemu celowi, jakim było kształcenie człowieka wolnego i odpowiedzialnego.

W tym kontekście pojawia się także krytyczne spojrzenie na edukację domową rozumianą jako całkowite zamknięcie dziecka w przestrzeni domowej. Jeśli edukacja domowa oznaczała brak kontaktu ze wspólnotą, była uznawana za mniej korzystną niż nauka w szkole. Młody człowiek potrzebuje bowiem realnych relacji społecznych, by dojrzewać.

Jednocześnie podkreślano, że żadna forma edukacji nie jest dobra sama z siebie. Wszystko zależy od jakości relacji, jakie się w niej tworzą. Jeśli środowisko społeczne działa destrukcyjnie, demoralizuje lub niszczy charakter, lepiej szukać innych rozwiązań. Edukacja zawsze musi służyć dobru człowieka.

Nauczyciel w tym modelu pełnił rolę przewodnika i autorytetu. Jego zadaniem było nie tylko przekazywanie wiedzy, lecz także kształtowanie relacji w grupie. To on dbał o to, by rywalizacja nie przerodziła się w upokarzanie, a wspólnota była przestrzenią wzrostu, a nie chaosu.

W edukacji klasycznej autorytet nauczyciela był absolutnie kluczowy. Nie wynikał on jednak z formalnej władzy ani z możliwości karania, lecz z postawy moralnej i osobowości nauczyciela. Uczeń musiał widzieć w nim człowieka, który sam żyje zgodnie z wartościami, których naucza. Tylko wtedy mógł stać się dla niego prawdziwym przewodnikiem.

Podkreślano znaczenie pochwał jako podstawowego narzędzia wychowawczego. Docenianie wysiłku, postępów i zaangażowania budowało w uczniu poczucie wartości i motywację do dalszej pracy. Jednocześnie przestrzegano przed karami cielesnymi i upokarzaniem, które mogły trwale zniszczyć ducha młodego człowieka.

W tekstach pojawia się pojęcie szczególnego rodzaju szacunku — trudnego dziś do jednoznacznego nazwania. Nie był to strach przed przemocą ani lęk paraliżujący, lecz raczej obawa przed zawiedzeniem autorytetu. Uczeń nie chciał zrobić niczego, co podważyłoby relację z nauczycielem, którego darzył uznaniem.

Ten rodzaj szacunku miał charakter dwustronny. Nauczyciel również musiał okazywać uczniowi respekt, traktować go poważnie i dostrzegać jego indywidualność. Relacja opierała się na równowadze między wymaganiem a troską. Zbyt duża surowość niszczyła relację, ale brak granic prowadził do chaosu.

W klasycznym modelu istniały rzeczy niedyskutowalne — pewne zasady, które były jasne i niepodważalne. Jednocześnie ogromną wagę przywiązywano do dialogu i myślenia krytycznego. Granice nie miały tłumić wolności, lecz ją umożliwiać.

Ten subtelny balans pomiędzy wolnością a dyscypliną rozwiązywał wiele problemów, z którymi dziś się mierzymy. Uczeń wychowany w szacunku do autorytetu nie potrzebował ciągłej kontroli. Sam wiedział, gdzie są granice i dlaczego warto ich przestrzegać.

Jednym z ważnych pytań, które pojawiają się przy porównaniu edukacji klasycznej ze współczesną szkołą, jest stosunek do błędu. W dzisiejszym systemie edukacyjnym błąd bardzo często traktowany jest jako coś negatywnego — coś, czego należy unikać za wszelką cenę. Cały system oceniania i egzaminowania wzmacnia przekonanie, że pomyłka oznacza porażkę.

W klasycznym myśleniu o edukacji akcent rozkładał się inaczej. Trudno znaleźć jednoznaczne opisy tego, jak reagowano na błędy uczniów w trakcie nauki, ale z całości przekazu wyłania się obraz podejścia, które nie niszczyło ducha młodego człowieka. Kluczowe było to, by nie upokarzać, nie kompromitować i nie zamykać ucznia emocjonalnie.

Błąd był elementem procesu, szczególnie na późniejszych etapach edukacji, kiedy uczeń był już wyposażony w solidną wiedzę. Wcześniej nacisk kładziono na poznanie rzeczy takimi, jakie są — na zrozumienie ich natury. Dopiero później pojawiała się przestrzeń na sokratejskie błądzenie, zadawanie pytań i dochodzenie do wniosków poprzez rozmowę.

Pochwały odgrywały tu ogromną rolę. Skoro doceniano postęp i wysiłek, to sposób reagowania na błędy musiał być spójny z tym podejściem. Błąd nie był pretekstem do zawstydzenia, lecz okazją do korekty i dalszego rozwoju.

Zupełnie inaczej wyglądało także podejście do egzaminów. W edukacji klasycznej nie istniały standaryzowane testy sprawdzające, czy wszyscy wiedzą dokładnie to samo. Najważniejszym „egzaminem” było to, czy uczeń potrafi wykorzystać zdobytą wiedzę w praktyce — czy potrafi myśleć, argumentować, przekonywać i działać w świecie.

Sprawdzianem była mowa, rozmowa, działanie w przestrzeni społecznej. To, czy ktoś rzeczywiście potrafił wpłynąć na innych słowem i myślą, było znacznie ważniejsze niż formalne potwierdzenie wiedzy. Motywacja do nauki nie wynikała z ocen, lecz z jasno postawionego celu: stania się człowiekiem dobrym, wolnym i w pełni rozwiniętym.

Tego podejścia nie da się łatwo pogodzić ze współczesnym systemem egzaminów, który wymaga ujednolicenia, porównywalności i mierzalnych wyników. Egzamin sprawdza, czy wszyscy opanowali ten sam zakres materiału, ale nie odpowiada na pytanie, czy człowiek rzeczywiście się rozwinął.

W klasycznym rozumieniu edukacja była drogą do pełni człowieczeństwa, a nie do zdobycia certyfikatu. Wiedza, charakter i działanie stanowiły jedność. Nie dało się oddzielić tego, kim ktoś jest, od tego, co robi i jak żyje.

Rozważając edukację klasyczną, trudno pominąć temat wychowania i pracy z emocjami. W starożytnym myśleniu bardzo wyraźnie widać przekonanie, że emocje nie są czymś, co należy tłumić lub ignorować, ale czymś, z czym trzeba nauczyć się żyć i nad czym trzeba umieć panować.

W tekstach pojawia się wątek, który z dzisiejszej perspektywy może budzić mieszane uczucia. Chodzi o celowe wystawianie młodego człowieka na drobne prowokacje, frustracje czy rozdrażnienie — po to, aby nauczył się pracy z gniewem w bezpiecznych warunkach. Nie chodziło o krzywdzenie czy upokarzanie, lecz o ćwiczenie samokontroli.

Wychodzono z założenia, że gniew i agresja i tak pojawią się w życiu człowieka. Jeśli nie nauczy się on radzić sobie z nimi wcześniej, w kontrolowanym środowisku, emocje te mogą wymknąć się spod kontroli w dorosłości. Dlatego uznawano, że lepiej oswoić je wcześniej, pod opieką mądrego dorosłego.

W tym kontekście pojawia się też refleksja nad rolą ojca i mężczyzn w wychowaniu. Zauważano, że to właśnie oni częściej podejmują się stawiania wyzwań, prowokowania reakcji i przesuwania granic. Nie po to, by sprawić dziecku przykrość, ale by nauczyć je radzenia sobie z napięciem, frustracją i własnymi emocjami.

Takie podejście może być dziś trudne do przyjęcia, bo współczesna kultura często skłania się ku eliminowaniu wszelkich trudnych doświadczeń z życia dziecka. Tymczasem edukacja klasyczna zakładała, że pewna dawka trudności jest niezbędna do rozwoju. Ważne było jednak to, by te doświadczenia miały charakter kontrolowany i nie niszczyły relacji.

Praca z emocjami nie polegała więc na ich negowaniu, lecz na stopniowym uczeniu się panowania nad sobą. Człowiek wolny to człowiek, który potrafi kierować swoimi reakcjami, a nie ten, który nigdy nie doświadcza gniewu czy frustracji.

Jednocześnie bardzo wyraźnie podkreślano znaczenie bezpieczeństwa. Dziecko musiało wiedzieć, że jest chronione i że dorosły, który je prowadzi, nie przekroczy granicy. Bez tego nie byłoby możliwe żadne wychowanie ani żadna edukacja.

Rodzina była postrzegana jako przestrzeń bezpieczeństwa, ale nie jedyna przestrzeń rozwoju. Dziecko potrzebowało kontaktu z innymi dorosłymi i rówieśnikami, którzy stawiali mu różne wyzwania. To właśnie w relacjach poza rodziną uczyło się funkcjonowania w świecie.

Wychowanie i edukacja były procesami głęboko relacyjnymi. Nie dało się ich sprowadzić do zestawu metod czy technik. Kluczowa była jakość relacji — z nauczycielem, z rodzicem, z innymi uczniami. Bez tej relacji żadna wiedza nie miała szansy zostać przyswojona w sposób trwały.

Starożytni rozumieli, że rozwój człowieka wymaga równowagi między ochroną a wyzwaniem. Zbyt duża ochrona prowadziła do braku odporności, a zbyt duże wymagania — do złamania ducha. Sztuką było znalezienie środka pomiędzy tymi dwoma skrajnościami.

Dlatego edukacja klasyczna nie była ani „miękka”, ani opresyjna. Była wymagająca, ale zarazem głęboko humanistyczna. Zakładała, że człowiek uczy się najlepiej wtedy, gdy jest traktowany poważnie, z szacunkiem i z wiarą w jego potencjał.

Z całej tej rozmowy wyłania się obraz edukacji, która w swoich założeniach nie była oderwana od życia. Edukacja klasyczna nie miała na celu wyprodukowania specjalisty ani przygotowania do konkretnego zawodu. Jej celem było ukształtowanie człowieka wolnego — człowieka, który rozumie świat, siebie i swoje miejsce we wspólnocie.

Współczesna edukacja w wielu punktach deklaratywnie odwołuje się do podobnych ideałów. Mówimy o edukacji ogólnej, o rozwijaniu kompetencji, o samodzielnym myśleniu. Problem pojawia się jednak na etapie realizacji. Chcemy za dużo, zbyt szybko i w zbyt zunifikowany sposób.

Podstawy programowe są przeładowane, wiedza rozdrobniona, a tempo pracy nie pozostawia miejsca na refleksję. Brakuje przestrzeni na dialog, na zatrzymanie się, na prawdziwe spotkanie z tekstem, pytaniem czy drugim człowiekiem. Uczeń często nie ma szansy zrozumieć, po co się uczy — ma jedynie zaliczyć kolejne etapy.

W edukacji klasycznej wiedza była środkiem, nie celem. Prowadziła do formowania charakteru, cnót i odpowiedzialności. Nie dało się oddzielić pytania „kim jestem?” od pytania „co robię w życiu?”. Sens działania był nierozerwalnie związany z tożsamością.

Współczesny nacisk na egzaminy i mierzalne wyniki wzmacnia lęk przed błędem i porażką. Tymczasem klasyczne podejście zakładało, że rozwój dokonuje się w relacji, w rozmowie, w działaniu. Egzaminem było życie — zdolność do mądrego mówienia, myślenia i służenia innym.

Ogromną rolę odgrywał nauczyciel jako autorytet moralny i przewodnik. Nie był jedynie dostawcą wiedzy, lecz kimś, kto towarzyszył uczniowi w odkrywaniu świata. Taka relacja wymagała zaufania, czasu i uważności — wartości, których dziś często brakuje w systemowej szkole.

Edukacja klasyczna przypomina, że człowiek nie jest maszyną do przyswajania informacji. Potrzebuje sensu, relacji, odpoczynku i wyzwań. Potrzebuje entuzjazmu — rozumianego jako głębokie zaangażowanie i gotowość do poznawania świata.

To, co zgubiliśmy po drodze, to spójność i proporcje. Wiedza oderwała się od wychowania, tempo od możliwości człowieka, a cele edukacji od pytania o sens życia. Klasyczne myślenie nie daje gotowych rozwiązań, ale stawia bardzo trafne pytania.

Być może nie da się dziś w pełni odtworzyć modelu edukacji starożytnej. Można jednak czerpać z jego fundamentów: z przekonania, że edukacja to droga do wolności, a nie wyścig po certyfikaty; że rozwój człowieka wymaga czasu, relacji i uważności; oraz że bez pytania o to, kim jesteśmy i po co żyjemy, żadna wiedza nie da nam spełnienia.

Dodaj komentarz