Dla kogo jest, a dla kogo nie jest edukacja domowa? O dzieciach w ED i metodzie Montessori
Odcinek 37
Kiedy edukacja domowa jest frajdą, a kiedy lepiej z niej zrezygnować? Kiedy młodzi ludzie sami decydują się na ED?
Ola i Marcin Sawiccy są dla nas wielką inspiracją w obszarach rodzicielstwa i edukacji.
W tym odcinku Ola Sawicka opowiada o początkach edukacji domowej. O tym, dlaczego ona i jej mąż Marcin postanowili wyjechać z Warszawy, zamieszkać w górach i prowadzić Montessori Mountain Schools.
Mówi o metodzie Montessori i o tym, dlaczego zdecydowali się pracować w ten sposób ze swoimi dziećmi oraz z tymi, które uczą się w ich placówkach.
O rodzinach, które decydują się na edukację domową i o tym, jakie wartości ta forma kształcenia pomaga im pielęgnować. Kiedy edukacja domowa jest frajdą, a kiedy lepiej z niej zrezygnować. Kiedy nie będzie dobrym rozwiązaniem dla Ciebie i Twojej rodziny.
Ola opowiada także o młodych ludziach, którzy sami decydują się na edukację domową, mówiąc, że nie mają czasu na szkołę.
Rozmawiamy o różnorodności w edukacji i o tym, co Ola i Marcin pokazują całym swoim życiem – że w edukacji można inaczej.
Bardzo zapraszamy do wysłuchania 37. odcinka naszego podcastu Baj Example. O edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co z nas wyrośnie.
📌 Linki z odcinka:
👉 Portal Edukacja: Można inaczej
👉 Szkoły i wsparcie dla rodzin w edukacji domowej prowadzone przez Sawickich: Montessori Mountain Schools
📬 Nasz rodzicielski newsletter
Jeśli chcesz otrzymywać cotygodniowe informacje o ciekawych wydarzeniach, spotkaniach, książkach, kursach podcastach i innych inicjatywach, które mogą być dla nas rodziców wsparciem w edukacji, rodzicielstwie i rozwoju, zapraszamy do naszego newslettera: https://wydawnictwoelement.pl/newsletter/
Posłuchaj
Ola i Marcin Sawiccy są dla nas ogromną inspiracją w obszarze edukacji i wychowania dzieci – bardzo cieszymy się, że mogliśmy odbyć tę rozmowę.
W dzisiejszym odcinku Ola Sawicka opowiada o początkach edukacji domowej, o tym, dlaczego razem z mężem Marcinem postanowili wyjechać z Warszawy, zamieszkać w górach i prowadzić Montessori Mountain Schools. Rozmawiamy o metodzie Montessori, o tym, dlaczego właśnie ten sposób pracy wybrali dla swoich dzieci oraz dla innych, które uczą się w ich placówkach.
Mówimy też o rodzinach decydujących się na edukację domową – jakie wartości im towarzyszą i co edukacja domowa pozwala pielęgnować. Kiedy to rozwiązanie jest radością, a kiedy może lepiej z niego zrezygnować? Ola opowiada również o młodych ludziach, którzy sami wybierają edukację domową, mówiąc: „nie mam czasu na szkołę”.
Poruszamy temat różnorodności w edukacji i tego, co Ola i Marcin pokazują swoim życiem – że edukację można urządzić inaczej.
Nazywam się Aleksander Baj i zapraszam do wysłuchania 37. odcinka naszego podcastu „By Example” – o edukacji domowej, rodzicielstwie, rozwoju i o tym, co nas tworzy.
Gościem odcinka jest Ola Sawicka.
– Witam serdecznie.
– Bardzo się cieszę, że udało nam się spotkać i nagrać tę rozmowę. Myślę, że większość słuchaczy Cię zna, ale dla tych, którzy nie – razem z Marcinem jesteście rodzicami siedmiorga dzieci. Mieliśmy nadzieję, że uda się dziś porozmawiać także z Marcinem, ale jak to u Was – dużo się dzieje.
– Jesteśmy razem – może nie fizycznie, ale mentalnie na pewno. Jestem tu „za siebie i za Marcina”, tak można powiedzieć.
– Myślę o Was jako o pionierach edukacji domowej w Polsce. Wiem, że były osoby, które zaczęły wcześniej, ale Wy weszliście w to, kiedy temat był zupełnie niszowy, nieznany, realizowany przez pojedyncze osoby.
Jesteśmy dziś w przestrzeni domu Montessori. Jesteście założycielami Fundacji Królowej Świętej Jadwigi, która prowadzi Montessori Mountain Schools – z tego co sprawdziłem, działają już 16 placówek.
– Tak, dokładnie.
– Oprócz tego, że prowadzicie szkoły stacjonarne, wspieracie też rodziny w edukacji domowej. Macie również portal „Edukacja można inaczej”, na którym dzielicie się swoimi doświadczeniami i pokazujecie, że edukację naprawdę można zorganizować na wiele różnych sposobów.
– Staramy się właśnie w ten sposób działać.
– I jakby tego było mało – jesteś także współzałożycielką Wspólnot Baranków, w ramach której rodziny przygotowują się wspólnie do pierwszej spowiedzi i komunii świętej. Czy coś jeszcze można dodać do tej listy Twoich aktywności?
– Może tylko tyle, że rozmawiamy dzisiaj z gór. Mieszkamy tutaj od prawie 24 lat i to miejsce jest nam bardzo bliskie. Choć wszystko zaczęło się jeszcze w Warszawie, to jednak właśnie tutaj – po przeprowadzce do Koszarawy Bystrej – powstały szkoły, o których mówisz, i wiele innych przestrzeni, w których teraz działamy.
Gdyby nie wcześniejsze doświadczenia: Warszawa, harcerstwo, KIK, nasze rodziny – pewnie nie bylibyśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. Jesteśmy ogromnie wdzięczni, że trafiliśmy właśnie tutaj, i że tak wiele niezwykłych osób również postanowiło zamieszkać w tej okolicy.
Zresztą dzisiaj – właściwie już się zaczął – obchodzimy Dzień Leśnej Edukacji. Marcin uczestniczy w nim z młodzieżą z naszego liceum Montessori. To jedno z wielu wydarzeń, które odbywają się tutaj dzięki ludziom, którzy przyjeżdżają, współtworzą i rozwijają to miejsce.
– Wspomniałaś o edukacji domowej – jak to się w ogóle zaczęło? Bo z tego co wiem, pierwsze rodziny uczyły dzieci w domu zanim jeszcze zmieniła się ustawa, która pozwalała na edukację domową w szkołach niepublicznych.
– Dokładnie tak. Pierwsze rodziny przyjeżdżały do naszego domu gościnnego jeszcze zanim było to możliwe formalnie. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym, że można uczyć dzieci w domu.
Zaczęło się od pojedynczych osób, a potem tych rodzin było coraz więcej. My z kolei dzieliliśmy się z nimi tym, co znaliśmy najlepiej – czyli podejściem Montessori. Zawsze z Marcinem myśleliśmy, że gdybyśmy sami uczyli dzieci w domu, to właśnie tą metodą. Bo Montessori bardzo naturalnie wpisuje się w codzienne życie rodzinne.
Rodziny, które do nas przyjeżdżały, czerpały z tego sposobu pracy, korzystały z naszych doświadczeń. Na początku przyjeżdżali pojedynczy rodzice, potem coraz więcej… i z czasem to środowisko zaczęło się wokół nas tworzyć.
– I tak wokół metody Montessori zaczęło się budować całe środowisko. Później zmieniła się też ustawa – myślę, że miało to związek z aktywnością rodzin, które pomogły tę zmianę przeprowadzić.
W pierwszym roku, gdy zaczęliśmy formalnie współpracować z rodzinami edukacji domowej, było u nas 34 dzieci. To był nasz absolutny początek.
– 34 dzieci od razu?
– Tak, dokładnie. I stanęliśmy przed pytaniem: jak to w ogóle ugryźć? Wiedzieliśmy, że nie chcemy ograniczać się tylko do przeprowadzania egzaminów, które są jedynym formalnym wymogiem. Zamiast tego zaprosiliśmy rodziny do naszych przestrzeni – do pracowni Montessori.
Wtedy mieliśmy tylko dwie szkoły, tutaj niedaleko, i to zaproszenie stało się niesamowitym impulsem do ich rozwoju. Rodziny przyjeżdżały, dzieci pracowały w naszych pracowniach, a my czerpaliśmy garściami z tego, co te rodziny wnosiły.
Byli wśród nich artyści, plastycy, prawnicy, podróżnicy – ludzie z pasją i ogromnym doświadczeniem. Dzili się z nami swoimi historiami, swoimi talentami. Niektórzy z czasem postanowili przeprowadzić się tutaj na stałe.
– I tak zaczęło się to rozrastać…
– Tak, dokładnie. To wszystko rosło – szkoły, społeczność, wzajemne wsparcie.
– To zjawisko, o którym mówisz – że ludzie przeprowadzają się w góry po to, żeby być bliżej was i waszych szkół – już mi się kilka razy przewinęło w rozmowach. To musi być ogromna odpowiedzialność.
– Tak, to niesie ze sobą odpowiedzialność. Ale jest też wielką radością, że tyle osób czuje, że chce być częścią tej wspólnoty.
Wiele rodzin kupiło tu domy i mieszka już na stałe – nie tylko na czas edukacji wczesnoszkolnej. Oczywiście ludzie się zmieniają, przemieszczają, ale sporo rodzin zostaje na dłużej. To naprawdę ciekawe zjawisko – taki społeczny mikrokosmos, który bardzo nas wzbogaca.
– Dotknęłaś już kilku rzeczy, o które chciałem Cię zapytać. Spróbuję więc wrócić do początku. Co skłoniło Was do decyzji o edukacji domowej w czasach, kiedy mało kto się na to decydował?
Wspomniałaś wcześniej o rodzinie, która przyjechała do waszego domu i was zainspirowała. Powiedz proszę więcej – co sprawiło, że podjęliście taką decyzję?
– Tak naprawdę nasze dzieci na początku wcale nie były w edukacji domowej. Przez wiele lat uczyły się w naszych szkołach stacjonarnych – w Koszarawie, Bystrej, Krzyżówkach – razem z innymi dziećmi.
– A co sprawiło, że zdecydowaliście się później na edukację domową dla własnych dzieci?
– Głównym impulsem był sport. W pewnym momencie przy naszej fundacji założyliśmy klub sportowy – specjalizujący się w narciarstwie alpejskim.
Nasze dzieci zaczęły trenować bardzo intensywnie, jeździły na zawody, obozy… Z czasem spędzały poza domem ogromną ilość dni w roku. I wtedy naturalnie pojawiła się potrzeba zmiany – edukacja domowa dała im więcej elastyczności.
Zresztą to niesamowite – kilka dni temu nasza córka Nela zdobyła złoty medal i została mistrzynią Polski seniorów w slalomie. To ogromna radość dla całej naszej rodziny! Nela trenuje w naszym klubie, razem z młodszym rodzeństwem.
– Gratulacje! To rzeczywiście imponujące.
– Dziękuję. A jeśli chodzi o naszego syna Franka – on przeszedł na edukację domową w liceum, ale nie ze względu na sport, tylko dlatego, że sam tak zdecydował. Wtedy nie mieliśmy jeszcze liceum stacjonarnego, a on uznał, że woli uczyć się inaczej, bardziej samodzielnie.
Najstarsze nasze dzieci – dziś już dorosłe – z perspektywy czasu myślimy, że one też bardzo by skorzystały z edukacji domowej, gdyby wtedy była taka możliwość.
– Czyli u was to była raczej płynna droga – najpierw szkoły stacjonarne, potem domowa edukacja jako dopełnienie.
– Tak, to się wszystko bardzo naturalnie uzupełniało. Od początku prowadziliśmy szkoły stacjonarne montessoriańskie, a z czasem także wspieraliśmy edukację domową.
To działało w dużej harmonii – nasi nauczyciele z placówek stacjonarnych byli też egzaminatorami dzieci w edukacji domowej, prowadzili dla nich warsztaty. Jedno wspierało drugie.
Na przykład jutro mamy Święto Leśnej Edukacji – to wydarzenie nie tylko dla rodzin edukujących w domu, ale również dla wszystkich naszych szkół stacjonarnych.
Zresztą właśnie podczas takich wydarzeń czasami ktoś podejmuje decyzję, by przeprowadzić się tutaj, zmienić formę nauki. W mojej pracowni mam dwie rodziny, które rok temu poznałam właśnie na Święcie Leśnej Edukacji – dziś mieszkają tu i są częścią naszej społeczności.
– Czyli te społeczności – stacjonarna i edukacji domowej – bardzo się u was przenikają i współpracują.
– Bardzo. One się cały czas wzajemnie uzupełniają.
– A co was skłoniło do przeprowadzki z Warszawy do Koszarawy? Przyznam, że myślałem, że najpierw pojawiła się edukacja domowa, a potem przeprowadzka – a wygląda na to, że było odwrotnie.
– Tak, zdecydowanie odwrotnie. W tamtym czasie o edukacji domowej chyba nawet jeszcze nie słyszeliśmy.
W Warszawie było nam naprawdę dobrze – to nasze ukochane miasto, wciąż mamy tam rodzinę i wielu przyjaciół. To nie była ucieczka – my od początku wiedzieliśmy, że jeśli miałaby to być ucieczka, to nic z tego nie wyjdzie. Ta decyzja musiała wypływać z głębokiego przekonania, że to jest dobre dla naszej rodziny.
Marcin od kilku lat prowadził w Warszawie szkołę niepubliczną – jedną ze szkół Przymierza Rodzin. Ja wtedy kończyłam jeszcze studia, a później dołączyłam do pracy w tej szkole. Wszystko robiliśmy razem.
Kiedy się przeprowadzaliśmy, mieliśmy już czworo dzieci – najmłodsza, Nela, miała zaledwie pół roku. I to był moment, w którym poczuliśmy, że coś się nie zgadza. Że Marcin wraca późno, dzieci już śpią, a my ciągle gdzieś biegniemy.
– Znany schemat…
– Bardzo. A jednocześnie kochaliśmy góry – to była nasza pasja od zawsze. Moi rodzice zabierali nas w Tatry, spędzaliśmy tam mnóstwo czasu. Pamiętam, jak jeszcze w liceum jeździliśmy z Marcinem nocnym pociągiem do Zakopanego – w piątek po lekcjach, wracaliśmy w niedzielę w nocy.
– Brzmi jak początek pięknej historii.
– W pewnym sensie tak właśnie było. Ta konkretna decyzja zaczęła się rodzić w Korbielowie, gdzie spędzaliśmy zimowy wyjazd rodzinny. Co ciekawe – bardzo krótki, bo zachorowałam i musieliśmy wracać. Ale właśnie tam po raz pierwszy pomyśleliśmy: a co by było, gdybyśmy mieli własne miejsce w górach?
Własną chatkę – żeby nie trzeba było za każdym razem szukać noclegu, wynajmować. Zaczęliśmy szukać… i w ramach tych poszukiwań trafiliśmy do szkoły w Koszarawie Bystrej, trzy kilometry stąd.
Okazało się, że gmina właśnie ją zamknęła i nie wiedziała, co dalej. I wtedy w nas zaczął się taki prawdziwy ferment – pytania, rozmowy, burza myśli i emocji.
– I co wtedy pomyśleliście?
– Bardzo długo rozważaliśmy ten pomysł. Bo wiecie – wiele osób mówi: „chciałbym mieszkać w górach”. My też tak mówiliśmy. Ale kiedy nagle pojawiła się realna możliwość – choćby w takiej formie, jak ta zamknięta szkoła – to już nie było takie proste.
Szkoła była w fatalnym stanie, potrzebny był generalny remont. My nie mieliśmy grosza przy duszy, ale zaczęło w nas dojrzewać przekonanie, że może to właśnie jest ten moment. Że moglibyśmy poprowadzić tu szkołę.
Pojawił się pomysł, żeby stworzyć dom gościnny – coś w rodzaju schroniska, miejsca, w którym moglibyśmy przyjmować gości. A z dochodów z wynajmu wspierać finansowo szkołę.
– To brzmiało jak bardzo ambitny plan, zwłaszcza jeśli nikogo tam wtedy nie znaliście.
– Dokładnie. Nie znaliśmy tu nikogo. Nie mieliśmy środków, nie było społeczności. I wtedy przypomnieliśmy sobie o Fundacji Królowej Świętej Jadwigi, którą założyliśmy rok wcześniej – razem ze społecznością warszawskiej szkoły.
Jej celem było prowadzenie nieodpłatnych szkół opartych na wartościach chrześcijańskich. Nazwa pochodzi od św. Jadwigi – całą szkołą byliśmy wtedy na Błoniach w Krakowie, na jej kanonizacji. Do dziś często jeździmy na Wawel i modlimy się przy jej krzyżu, powierzając jej nasze fundacyjne sprawy.
– Czyli statut już był, fundacja też – tylko jeszcze nie znalazła się okazja.
– Tak. Na początku mieliśmy nadzieję, że fundacja będzie wspierana przez sponsorów, ale żaden się nie zgłosił – a my sami nie bardzo mieliśmy czas ani przestrzeń, by o to zabiegać. Więc wszystko wylądowało w szufladzie.
Dopiero kiedy trafiliśmy na tę szkołę w Koszarawie, otworzyliśmy ponownie statut fundacji i okazało się, że wszystko do siebie pasuje: szkoła miała być nieodpłatna, a to było zapisane w statucie.
I wtedy pojawiła się ta myśl – że stworzymy dom gościnny, który będzie zarabiał na szkołę.
– Brzmi jak dużo odwagi i jeszcze więcej wiary.
– Tak, i naprawdę trudny początek. Gości było bardzo mało, nie było z czego się utrzymać. Musieliśmy pożyczać, walczyć o każdy miesiąc. Ale ludzie, którzy z czasem zaczęli do nas przyjeżdżać, stali się współtwórcami tego miejsca.
Z tych, którzy odwiedzali nas gościnnie, zaczęliśmy zapraszać osoby do szkoły: „Zanim pójdziecie na narty, może opowiecie dzieciom, jak wygląda praca kapitana żeglugi dalekomorskiej? Albo co to znaczy być prawnikiem? Albo wspinaczem w Himalajach?”.
– I dzieciaki słuchały?
– Tak, i to z ogromnym zainteresowaniem! Te nasze pierwsze dzieci – głównie z Koszarawy Bystrej i okolic, ale też nasze własne, które w tamtym czasie stanowiły znaczną część szkoły – miały dzięki temu kontakt z niesamowitymi ludźmi.
A dzieci, które przyjeżdżały z rodzicami do naszego domu gościnnego, schodziły po prostu jedno piętro niżej – z kapciami na nogach – do pracowni Montessori. W ten sposób dochodziło do spotkania dwóch światów, które wzajemnie się ubogacały.
To była niezwykła, naturalna kooperacja. I wszystko, co wydarzyło się później, było owocem właśnie tego.
– To niesamowite, jak wiele zaczęło się od spotkań, relacji, gościnności.
– Tak, bardzo to czujemy. Czasem sobie z Marcinem powtarzamy: „Obyśmy tylko nie przeszkodzili”. Chodzi o to, żeby nie zgasić czegoś, co rodzi się oddolnie, z inicjatywy ludzi. Bo oczywiście nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego – ale jeśli coś możemy, to staramy się po prostu nie przeszkadzać.
– A przecież i tak podejmujecie mnóstwo działań. Pamiętam, jak Marcin opowiadał o początkach edukacji domowej podczas jednego ze zlotów, które organizujecie. Wspominał wtedy, że kiedy zaczynaliście, trzeba było o edukację domową „walczyć”.
– Tak, to prawda. Mimo że już była ustawa, która pozwalała dyrektorom szkół wyrażać zgodę na edukację domową, to jednak nadal w wielu miejscach panowało duże niezrozumienie.
Wcześniej – gdy edukacja domowa była możliwa tylko w szkołach rejonowych – bywało jeszcze trudniej. Rodziny często spotykały się z brakiem akceptacji.
Zdarzało się, że dziecko z jakiegoś powodu nie radziło sobie w tradycyjnej szkole – bo było zbyt głośno, zbyt tłoczno, zbyt nerwowo – i rodzice podejmowali trudną decyzję, by sami je uczyć. Niekiedy oznaczało to rezygnację z pracy, wielką reorganizację życia.
Inni rodzice chcieli przekazać dzieciom konkretne wartości, których nie znajdowali w szkołach. Byli też tacy, którzy dużo podróżowali, mieli dzieci w szkołach muzycznych, plastycznych, baletowych – i ten system się po prostu nie spinał.
Ale kiedy przychodzili do szkoły i prosili o zgodę na edukację domową, spotykali się z oporem. Nie było wtedy jeszcze społecznego zrozumienia dla tej formy nauki.
– I rozumiem, że te rodziny czuły się wtedy trochę jak outsiderzy?
– Bardzo często. Dla wielu z nich ogromną trudnością było nie tylko to, że musieli zdać egzaminy w tej samej szkole, z której właśnie odeszli, ale też brak jakiegokolwiek wsparcia społecznego.
Niektórzy rodzice mówili nam wprost, że największą wartością dla nich było to, że tutaj – w naszej przestrzeni – spotykają innych ludzi, którzy rozumieją ich wybory.
– I z tego powodu powstał pomysł na zloty edukacji domowej?
– Tak, właśnie po to. Chcieliśmy stworzyć miejsce i czas, w którym rodziny edukujące w domu mogą się spotkać, nawiązać relacje, poczuć wspólnotę i wzajemne wsparcie.
Na pierwszych zlotach – kiedy ludzie przyjeżdżali z całej Polski, czasem było ich nawet 600–700 – robiliśmy na przykład specjalną grę integracyjną.
Ustawialiśmy w ogrodzie naszych nauczycieli z dużymi kartami z nazwami miast: Gdańsk, Warszawa, Kraków… Prosiliśmy uczestników, żeby ustawili się przy tabliczkach ze swoimi regionami.
Dzięki temu można było od razu zobaczyć: „O, jesteście z naszych okolic!”, i zacząć rozmowę. Czasem taka jedna chwila wystarczała, żeby zaiskrzyło – a potem z tych spotkań powstawały kooperatywy, wspólne inicjatywy, a nawet przyjaźnie.
– To musiało być bardzo wspierające dla kogoś, kto wracał potem do małego miasteczka, gdzie o edukacji domowej nikt wcześniej nie słyszał.
– Dokładnie tak. Bo o ile w większych miastach można było liczyć na trochę więcej anonimowości, to w małych społecznościach było bardzo trudno.
Rodziny często mówiły nam, że muszą „przeforsować” temat edukacji domowej nie tylko wśród sąsiadów, ale też wśród najbliższych – we własnej rodzinie. A to bardzo obciążające.
Dlatego tak bardzo zależało nam na tym, żeby budować wspólnotę – żeby ci ludzie nie czuli się sami.
– A jak to wygląda teraz? Widać przecież, że liczba dzieci w edukacji domowej w ostatnich latach mocno wzrosła.
– Tak, bardzo to obserwujemy. I faktycznie warto rozróżnić przyczyny, które kierują rodzicami młodszych dzieci, od tych, które skłaniają do edukacji domowej młodzież – na przykład licealistów.
W przypadku starszych dzieci coraz częściej to one same przychodzą i mówią: „Ja nie mam czasu chodzić do szkoły”. To są młodzi ludzie, którzy wiedzą, czego chcą.
Oni potrafią dokonać świadomego wyboru – wiedzą, na czym się skupić, co ich interesuje, a które przedmioty można zrealizować na poziomie podstawowym. Bo np. mają swoją pasję, cel, plan – czy to sport, czy muzykę, czy jakąś konkretną dziedzinę.
I oni widzą, ile czasu się traci w szkole – na sprawdzanie listy obecności, czekanie na grupę, przestoje. Mówią wprost: „Nie mam na to czasu. Chcę działać, rozwijać się, korzystać z kursów, łączyć z ludźmi, którzy myślą podobnie”.
– Czyli nie chodzi o „ucieczkę od szkoły”, tylko o szukanie przestrzeni dla rozwoju?
– Dokładnie tak. I to widać potem na maturach – egzaminatorzy, którzy przychodzą z zewnątrz, bardzo często mówią, że są pod ogromnym wrażeniem uczniów z edukacji domowej.
Zwłaszcza na egzaminach ustnych – ci młodzi ludzie zdają je na najwyższe oceny, bo po prostu są pasjonatami. Jak ktoś interesuje się biologią, to nie mówi z podręcznika – tylko opowiada z autentycznym entuzjazmem.
– To przypomina mi słowa profesora Marka Kaczmarzyka – że mamy jako dorośli tendencję do kierowania dzieci w stronę tego, co jeszcze „niedociągnięte”, zamiast wzmacniać ich mocne strony.
– Tak! To zdanie bardzo do mnie przemawia. Dziecko mówi: „Dostałem piątkę z historii!”, a rodzic: „Świetnie, to teraz popracujmy nad matematyką, bo tam masz zaległości”.
Zamiast powiedzieć: „Skoro masz piątkę z historii, to rozwijaj się w tym dalej!”.
Dzieci w edukacji domowej bardzo często same odkrywają, czym chcą się zajmować – i mają przestrzeń, by w to pójść. Oczywiście nie każdy od razu to wie, ale wielu próbuje, szuka – i dojrzewa do odpowiedzialności za własną naukę.
– Ale żeby to działało na poziomie liceum, to decyzja musi należeć do młodego człowieka, prawda?
– Zdecydowanie. Zawsze mówimy: „Mamusia może podpisać zgodę, ale to ty musisz wziąć tę decyzję w swoje ręce”. Bo tu już nikt nie będzie stał nad tobą, pilnował, czy coś robisz.
Edukacja domowa w tym wieku wymaga samodzielności. Nie musisz być od razu zorganizowany w 100%, ale musisz próbować – pytać o pomoc, upadać i wstawać. To proces dojrzewania.
– A co z młodszymi dziećmi? Tutaj decyzja leży głównie po stronie rodziców.
– Tak. I tutaj bardzo często powodem jest to, że rodzice chcą mieć większy wpływ na codzienność dziecka.
Słyszymy czasem takie zdania: „Dla nas wartością jest wspólne śniadanie przy jednym stole. Chcemy zacząć dzień razem, pomodlić się, wyjść na spacer, żyć spokojniej, bliżej natury”.
Wielu rodziców tworzy w swoich domach małe pracownie montessoriańskie. Często trafiają na nasze kursy Montessori – nie jako nauczyciele, tylko jako rodzice, którzy chcą wspierać dzieci w domowej edukacji.
– I ten rozwój społeczny, który często bywa argumentem przeciw edukacji domowej – jak wy to widzicie?
– Bardzo się śmiejemy z Marcinem, kiedy ktoś mówi, że dzieci w edukacji domowej są „niespołeczne”. My nie znamy bardziej społecznej grupy niż te dzieci.
To są dzieciaki, które potrafią się przywitać, porozmawiać, odnaleźć w grupie. Oczywiście, zdarzają się osoby introwertyczne – ale to normalne, przecież w szkołach stacjonarnych też są.
Tylko że takim dzieciom – bardziej wycofanym – w dużej szkole może być bardzo trudno. Tam są ciągle w tłumie, hałasie, presji.
A w edukacji domowej dzieci dobierają się na zasadzie przyjaźni, wspólnych zainteresowań. Tworzą kooperatywy – wspólne zajęcia, wyprawy, rytuały. Ktoś coś prowadzi w poniedziałki, ktoś inny w środy… to bardzo społeczny ruch.
– A co z dziećmi z trudnościami?
– To bardzo ważna grupa. Często edukacja domowa jest dla nich wielką szansą – ale trzeba też powiedzieć uczciwie: to ogromna odpowiedzialność dla rodziców.
Staramy się wspierać, jak tylko możemy, ale to rodzice muszą być gotowi nieść ten proces.
– Czyli edukacja domowa może być też dobrą opcją dla rodzin, które dużo podróżują, mają nietypowy tryb życia?
– Tak, są też takie rodziny – podróżujące, sportowe, artystyczne. Ale niezależnie od powodu, zawsze powtarzamy jedno: kluczowe jest to, żeby rodzice mieli z tego frajdę.
Jeśli rodzic nie czuje radości, tylko stres i frustrację, to lepiej, żeby się na to nie decydował. Bo wtedy zmęczy siebie i dziecko.
– Czyli nie chodzi o to, żeby „zrobić lepszą szkołę w domu”?
– Dokładnie. Czasem widzimy, że rodzice przenoszą strukturę szkoły do domu – rano dzwonek, potem gimnastyka, potem lekcje według planu.
I mówimy wtedy trochę żartem: „Może macie potencjał, żeby założyć szkołę?”. Bo dzieci chcą mieć mamę i tatę, a nie panią nauczycielkę.
Jeśli rodzic nie czuje się dobrze w tej roli, jeśli nie wierzy w tę drogę – to to po prostu nie zadziała. Dzieci bardzo to wyczuwają.
– Nagraliście nawet osobny odcinek podcastu o tym, że edukacja domowa nie jest dla każdego.
– Tak. I mówimy w nim między innymi o tym, że jeśli to rodzicom sprawia cierpienie – to nie ma sensu tego ciągnąć.
Dzieci potrzebują szczęśliwych rodziców. Jeśli robimy z siebie męczenników edukacyjnych, to lepiej, żeby dzieci poszły do szkoły, a my po prostu byli dla nich dobrymi rodzicami.
– A w przypadku starszych dzieci?
– Dla starszych edukacja domowa nie jest dobrym rozwiązaniem, jeśli nie potrafią samodzielnie wziąć za nią odpowiedzialności. Jeśli ktoś oczekuje, że będzie można „sobie pofolgować”, to bardzo szybko się rozczaruje.
Zresztą system to weryfikuje – jeśli ktoś nie zda egzaminu, nie może powtarzać roku. Wraca do szkoły systemowej.
– A czy są sytuacje, w których rodziny decydują się wrócić do szkoły?
– Tak, i to też jest OK. Czasem dziecko mówi: „Chcę spróbować szkoły”, albo rodzice czują, że to będzie lepsze na danym etapie.
Zdarza się, że wracają – i zostają. Ale czasem wracają tylko na chwilę, żeby przekonać się, jaka forma nauki jest dla nich najlepsza.
– I to, co mówisz, bardzo dobrze wpisuje się w myśl profesora Kaczmarzyka, że przyszłością edukacji jest różnorodność.
– Tak, absolutnie się z tym zgadzam.
Kiedyś mówiłam, że metoda Montessori jest dla wszystkich dzieci. Dziś już wiem, że to nieprawda – nie jest dla wszystkich rodziców i nie dla wszystkich nauczycieli.
Bo jeśli rodzic nie czuje tego sposobu pracy, to dzieci będą cierpieć. On będzie robił szkołę w domu – z zeszytami, ćwiczeniami od czternastej do dwudziestej piątej strony, bo się boi, że „czegoś nie przerobią”.
I nagle dziecko, które w pracowni Montessori pracuje swobodnie, w skupieniu, podążając za swoją ciekawością – w domu siedzi przy stole i odrabia ćwiczenia, bo rodzic się boi. To jest schizofrenia.
To samo dotyczy edukacji domowej. Jeśli rodzice nie są do niej przekonani, jeśli nie czują, że to ich droga – to nie ma sensu.
– Czyli szukać tego miejsca, w którym zarówno dzieci, jak i rodzice będą się dobrze czuć.
– Dokładnie. Dla jednych będzie to szkoła Montessori, dla innych tradycyjna szkoła, dla jeszcze innych – edukacja domowa.
Ważne, żeby znaleźć taką formę, która będzie wspierać rozwój, a nie go blokować. I żeby mieć w sobie zgodę na zmianę – że to nie musi być decyzja na całe życie, że można spróbować, sprawdzić, poszukać.
– I to prowadzi nas do bardzo ważnej myśli, którą często powtarza André Stern – że dzieci uczą się nie tego, czego ich nauczamy, tylko tego, jak żyjemy.
– Dokładnie. Jeśli dziecko widzi, że rodzic robi coś z pasją, z radością – to myśli: „To jest możliwe. Ja też mogę coś pokochać. Ja też mogę mieć swoją pasję”.
Nie chodzi o to, żeby dzieci nas kopiowały, tylko żeby widziały dorosłych, którzy są szczęśliwi.
– Bo jeśli dziecko przez całe życie widzi rodzica, który się poświęca, cierpi, rezygnuje z siebie – to będzie myśleć, że tak wygląda dorosłość.
– Tak. I nawet jeśli samo nie będzie chciało tego powtarzać, to będzie mieć wyrzuty sumienia, jeśli zrobi inaczej.
Bo przecież „powinnam się poświęcać”, bo tak robiła mama, tak robił tata.
A my chcemy przekazywać coś innego – że można być dorosłym, który cieszy się życiem. Że rozwój się nie kończy na maturze. Że pasja może nam towarzyszyć przez całe życie.
– I to chyba też widać po was – że wy się naprawdę tym, co robicie, pasjonujecie.
– Tak, to bardzo nas niesie. Zresztą myślę, że dzieci widzą to najlepiej – że my z Marcinem cały czas się rozwijamy, uczymy, zachwycamy.
I że to nie jest zamknięty etap „do matury”. U nas w pracowni teraz trwa na przykład etap fascynacji wilkami. Mamy książki o wilkach, dzieci piszą własne teksty, robią ilustracje.
Nawet prowadzimy tabelę „kto widział wilka” – ja prowadzę, bo widziałam już trzy w tym roku! (śmiech) Jeden z nich – 20 metrów od domu.
– Czyli nauka z życia, z kontekstu – nie z narzuconego programu.
– Dokładnie. Kiedy dzieci są zafascynowane jakimś tematem, one chcą czytać, pisać, liczyć – bo to ma sens.
I teraz wyobraź sobie, że ja im mówię: „A teraz nie wilki, tylko ryby, bo w podstawie programowej są ryby”. No to przecież nie ma sensu.
To nie znaczy, że nie nauczą się o rybach – ale zrobią to wtedy, kiedy będzie to dla nich naturalne, kiedy będzie kontekst, potrzeba, ciekawość.
– I wtedy nauka staje się czymś zupełnie innym.
– Tak. I to właśnie widzimy w metodzie Montessori – że przestrzeń, którą tworzymy, naprawdę działa. To nie są czary, to jest konkretna, codzienna praca.
Ja pracuję teraz z grupą mieszczącą dzieci z drugiej, trzeciej i czwartej klasy. Jak patrzę na nich w tej ciszy, w skupieniu – jak rozwijają się dzień po dniu – to po prostu nie mogę stąd wyjść.
A Marcin – piętro niżej – pracuje z licealistami. I oboje mówimy, że to właśnie ta codzienna praca z dziećmi daje nam siłę, żeby mierzyć się z całą resztą: formalnościami, zmianami przepisów, trudnościami systemowymi.
– Czyli to, co najtrudniejsze, można udźwignąć, jeśli ma się ten fundament.
– Tak. I też – z biegiem lat – zyskaliśmy dystans. Mamy już swoje dorosłe dzieci, wiemy, że to działa.
Każde z nich rozwija się w swoim kierunku, każde inaczej – i to jest nasza największa radość.
– Czyli z biegiem czasu macie też coraz więcej spokoju w sercu?
– Tak. To jest właśnie to – pokój serca. Mamy już tyle doświadczeń, że nie musimy się zamartwiać, że „dziecko nie zna ortografii” albo „nie zrobiło dyktanda”.
Wiemy, że dzieci naprawdę się rozwijają, jeśli tylko nie będą ograniczane. Jeśli damy im przestrzeń i nie będziemy nakładać na nie naszych lęków, tylko je wspierać.
Czasem rodzic mówi: „Boję się, że dziecko nie poradzi sobie z ortografią, więc będziemy codziennie robić dyktando”. A my mówimy: odpuść. Obserwuj, wspieraj, bądź obok – ale nie z lęku.
Dziś mamy już w fundacji osoby, które były kiedyś naszymi uczniami. Są też nasze dzieci, które z nami pracują. Patrzymy na młodzież z edukacji domowej, która wraca tu z własnymi dziećmi.
I widzimy, że to działa.
– I dzielicie się tym doświadczeniem również przez portal „Edukacja można inaczej”. Opowiesz o nim kilka słów?
– Bardzo lubimy ten portal. To był pomysł Marcina – żeby dzielić się naszymi doświadczeniami, pomysłami, dobrymi praktykami.
Chcieliśmy przełamywać stereotypy, dodawać odwagi i otuchy. Nazwa „Edukacja można inaczej” bardzo do nas pasuje – bo właśnie o to nam chodzi.
Mamy zespół redakcyjny, wydajemy newsletter, prowadzimy podcast – zapraszamy do niego gości, czasem nagrywamy też rozmowy we dwoje.
I cały czas jesteśmy otwarci – jeśli ktoś chce do nas dołączyć, pisać, dzielić się swoimi historiami, zapraszamy z całego serca. Im więcej głosów, tym lepiej.
– I myślę, że tych głosów naprawdę potrzeba – bo, tak jak powiedziałaś, wiele osób boi się, czuje niepewność. A wy swoim doświadczeniem dajecie spokój i otuchę.
Link do portalu „Edukacja można inaczej” znajdziecie w opisie odcinka – razem z informacjami o newsletterze, szkołach Montessori i waszym podcaście.
– Bardzo dziękuję za zaproszenie. To dla mnie duża radość, że mogliśmy się spotkać tutaj, w mojej pracowni.
– Ja również dziękuję. Czułem się tu bardzo dobrze – to piękna przestrzeń. I wiem, że masz zaraz kolejne obowiązki, bo przecież trwa Święto Leśnej Edukacji.
– Tak! Dzieci i licealiści są dziś w Żywcu – w kinie, w parku. A jutro przenosimy się do Krzyżówek na cały dzień leśnych działań. Podobno ma spaść śnieg!
– Trzymam kciuki, żeby pogoda dopisała. Olu, dziękuję Ci za tę rozmowę – i za to, co razem z Marcinem tworzycie. Jesteście ogromną inspiracją – jako edukatorzy, ale też jako rodzice.
– Dziękuję pięknie. I również dziękujemy Wam za to, co robicie – za promowanie ważnych treści i zaangażowanie. Ken Robinson to też nasza inspiracja – wychowaliśmy się na jego książkach!
– Bardzo dziękujemy. Pozdrowienia dla Marcina – mam nadzieję, że uda się jeszcze kiedyś porozmawiać z Wami wspólnie.
– Do usłyszenia!

