Podcast

Jako mama bardzo się starasz i czujesz przeciążenie? 5 sygnałów wypalenia

Odcinek 62

Rodzicielstwo, które ma być najważniejsze i najpiękniejsze, może stać się źródłem największego przeciążenia. Dlaczego tak się dzieje — i co możesz zrobić, żeby zadbać o siebie?
Możesz bardzo się starać jako mama — i właśnie to może doprowadzić Cię do przeciążenia. Czasem czujemy, że w naszym rodzicielstwie jest coraz mniej radości i spokoju, a więcej zmęczenia, rozdrażnienia, presji i myśli, że „nie tak to miało wyglądać”. Jeżeli takie odczucia pojawiają się często, mogą stanowić sygnał, że się wypalasz.
Jeżeli jesteś mamą w Polsce, ryzyko jest szczególnie wysokie — jesteśmy w czołówce krajów, w których rodzice doświadczają wypalenia.
W tym odcinku rozmawiamy z Sylwią Włodarską — autorką książki „Wypalenie rodzicielskie”, która sama przez to przeszła i dziś wspiera rodziców w wychodzeniu z przeciążenia.
W tej rozmowie usłyszysz:
  • jak odróżnić wypalenie od „zwykłego zmęczenia” i od innych stanów (np. depresji),
  • jakie są pierwsze sygnały, które powinny Cię zaalarmować,
  • jak może wyglądać rodzicielstwo bez wypalenia,
  • co realnie pomaga i jak dbać o siebie,
  • jakie konkretne umiejętności mogą Ci pomóc.

Sylwia pokazuje, co w codziennym rodzicielstwie prowadzi do wypalenia i co możemy zrobić, by się przed nim uchronić. A jeśli już się pojawiło – jak przez nie przejść i wykorzystać je do wzrostu.

Jeżeli w swoim rodzicielstwie bardzo się starasz i czujesz, że jest Ci za ciężko – ta rozmowa jest o tym, jak zadbać o siebie.

👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 20 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):

wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Jeżeli jesteś matką w Polsce, istnieje duże ryzyko, że doświadczysz wypalenia rodzicielskiego. Albo już go doświadczyłaś, albo doświadczasz i nawet o tym nie wiesz. Dziś chcemy porozmawiać o tym, czym jest wypalenie rodzicielskie, jak sobie pomóc i – przede wszystkim z mojej perspektywy – co możemy zrobić, żeby się przed nim uchronić.

Moim i Waszym gościem jest Sylwia Włodarska, autorka książki „Wypalenie rodzicielskie”. Bardzo mi miło Cię gościć. Ja nazywam się Aleksander Baj i to jest 62. odcinek podcastu Baj Example.

Kiedy dowiedziałem się o Twojej książce, tak naprawdę dopiero wtedy usłyszałem o wypaleniu rodzicielskim. Wcześniej nie wiedziałem, że istnieje takie zjawisko. Trochę skojarzyło mi się to ze zdaniem, które mówił Sir Ken Robinson o ADHD w latach trzydziestych – że ludzie w ogóle nie wiedzieli, że można coś takiego mieć. Mam wrażenie, że nadal sporo osób nie wie, że istnieje coś takiego jak wypalenie rodzicielskie i że może go doświadczać.

Na początek chciałbym Cię poprosić, żebyś możliwie krótko powiedziała, czym to jest, jak się objawia i skąd się bierze.

Wypalenie – jeśli na chwilę odłączymy ten kawałek rodzicielski – to zjawisko kontekstowe. Najpierw zaczęto je obserwować w obszarze zawodowym, a potem zauważono, że dotyczy również innych obszarów życia, w tym właśnie rodzicielstwa. Wypalenie składa się z podobnych komponentów niezależnie od obszaru. Czy to wypalenie zawodowe, rodzicielskie, czy związane z funkcjonowaniem w neuroatypowym układzie nerwowym – wszędzie pojawiają się te same elementy.

Pierwszy to przytłaczające wyczerpanie. W przypadku wypalenia rodzicielskiego jest to wyczerpanie związane z byciem rodzicem. Drugi to emocjonalne dystansowanie się, czyli oddalanie – w tym przypadku od dziecka. Trzeci to poczucie, że nie jestem takim rodzicem, jakim chcę być. W innych obszarach wygląda to podobnie – na przykład w pracy może to być brak satysfakcji i kontrast między tym, jak było kiedyś, gdy była radość i entuzjazm, a tym, jak jest teraz. W przypadku wypalenia rodzicielskiego również pamięta się ten czas ekscytacji i zapału do bycia rodzicem.

Ja jestem mamą, która przeszła wypalenie rodzicielskie, i myślę sobie, że to jest coś, co mnie w pewnym sensie uratowało. To jest coś, co mamy na wyposażeniu – taki zestaw ratunkowy naszego organizmu. Widzę wypalenie jako coś, co ma sens. Oczywiście byłoby wspaniale, gdybyśmy nie musieli do niego dochodzić, bo to nie jest przyjemne doświadczenie – być ciągle zmęczonym, wstawać rano i mieć wrażenie: „kolejny dzień, znowu to samo”.

Z własnego doświadczenia pamiętam, że nawet najprostsze rzeczy stawały się ogromnym wysiłkiem. Wstawałam rano i myślałam: „Nie dam rady znowu wymyślać, co zrobić na śniadanie”. Rzeczy, które normalnie są zwykłe i naturalne, nagle zaczynają przypominać wyprawę na Mount Everest.

Emocjonalne dystansowanie się nie polega na tym, że nagle znikasz z życia dziecka. To raczej takie bycie obok, jakby za szybą. Wypalenie jest trudne do zauważenia z zewnątrz, bo to bardzo wewnętrzne doświadczenie. Można nadal robić te same rzeczy, ale bez energii, bez zaangażowania. Pamiętam, że rzucałam piłką z dzieckiem, ale robiłam to mechanicznie, jak robot. Wiedziałam, co trzeba zrobić, ale nie było w tym życia ani prawdziwego kontaktu.

Często pojawia się też odcięcie od emocji – jako pewna forma ochrony, bo to doświadczenie jest bolesne. Towarzyszy temu dużo poczucia winy, żalu i tęsknoty za tym, jak było kiedyś – za tą radością, lekkością, spontanicznością. Nadal robisz różne rzeczy z dzieckiem, ale brakuje w nich tej frajdy.

To nie jest więc tak, że rodzic znika albo przestaje być obecny. Bardziej chodzi o to, że coś zaczyna „nie grać”, choć trudno to nazwać. Właśnie dlatego warto się zatrzymać i zobaczyć, czy to nie jest coś, czego się doświadcza.

Zastanawiające i jednocześnie alarmujące jest badanie, które pokazuje, że spośród 42 przebadanych krajów Polska znajduje się wśród trzech, w których rodzice najczęściej doświadczają wypalenia. Wygląda więc na to, że jesteśmy w tym naprawdę „dobrzy”.

Trudno wskazać jedną przyczynę. To raczej przecięcie się wielu czynników. Z jednej strony mamy silny perfekcjonizm i ogromne znaczenie przypisywane roli rodzica. Funkcjonuje u nas silny wzorzec „Matki Polki” – rodzicielstwo nie jest traktowane jako wybór, tylko jako coś oczywistego, niemal obowiązkowego.

Z drugiej strony mamy wysokie oczekiwania wobec siebie. Chcemy być świetni we wszystkich obszarach życia i mamy w sobie silnego wewnętrznego krytyka. Do tego dochodzi wrażliwość układu nerwowego i kontekst społeczny – stres, sytuacja ekonomiczna, wysokie koszty życia, presja otoczenia.

Rodzicielstwo w Polsce bardzo często jest obciążone również społecznie – dużą odpowiedzialnością, oceną, napięciem. Rodzice czują, że dzieci „powinny się dobrze zachowywać”, a oni sami są pod ciągłą obserwacją. Do tego dochodzi nierówny podział ról – nawet jeśli w domu ustalenia są inne, to w praktyce to matki częściej są pierwszym kontaktem dla szkoły czy przedszkola.

To wszystko sprawia, że wypalenie rodzicielskie nie jest tylko problemem indywidualnym, ale w dużej mierze systemowym.

To pokazuje, jak wiele czynników się na siebie nakłada i że trudno wskazać jedną konkretną przyczynę. Może zresztą nie powinniśmy jej szukać. Warto natomiast przyjrzeć się temu, jak to wygląda na różnych etapach rodzicielstwa.

Często pojawia się intuicja, że wypalenie dotyczy głównie rodziców małych dzieci – kiedy fizyczne zmęczenie jest największe. Okazuje się jednak, że może pojawić się również wtedy, gdy dzieci są starsze. Nie chodzi bowiem tylko o obciążenie fizyczne, ale również o obciążenie psychiczne i emocjonalne związane z tą rolą.

Może się zdarzyć, że dziecko zaczyna mierzyć się z trudnościami, których się nie spodziewaliśmy, i to nas zaskakuje. Wtedy nawet na późniejszym etapie rodzicielstwa może pojawić się poczucie przeciążenia. U mnie tak właśnie było – kiedy dzieci były małe, byłam przygotowana na wyzwania. Wiedziałam, że będę niewyspana, że będę potrzebować kontaktu z innymi dorosłymi, wyjść na plac zabaw, żeby nie być w tym sama.

Natomiast nie byłam przygotowana na wyzwania związane z byciem mamą nastolatków. Nagle zrobiło się tego za dużo. Do tego doszły inne kryzysy w życiu i to właśnie w obszarze rodzicielstwa najbardziej to poczułam. Może też dlatego, że ten obszar był u mnie bardzo obecny – zarówno prywatnie, jak i zawodowo.

Pojawiło się też dużo poczucia winy. Takiego myślenia: „pracuję z rodzicami, zajmuję się komunikacją, a jednak u mnie też jest trudno”. Miałam w sobie przekonanie, że da się to wszystko „ogarnąć” tak, żeby dzieci nie miały trudności. I to było złudzenie, na którym się przejechałam.

Często mówi się, że wypalenie częściej dotyczy matek. I rzeczywiście – one są bardziej na nie narażone. Nie dlatego, że biologicznie są do tego bardziej predysponowane, ale dlatego, że częściej pełnią rolę głównego opiekuna. Do tego dochodzi fakt, że to kobiety częściej mówią o swoich trudnościach i częściej trafiają do badań.

Nie oznacza to jednak, że ojcowie nie doświadczają wypalenia. Oni również przez to przechodzą, tylko często jest to mniej widoczne i rzadziej nazywane. Może przyjmować inną formę – na przykład większego zaangażowania w pracę, unikania bycia w domu, dystansu wobec tematów związanych z dziećmi. Często jest to społecznie akceptowane i uznawane za normę, więc nie budzi takiego niepokoju.

Dodatkowo wciąż funkcjonuje przekonanie, że ojciec „może być mniej obecny”, co sprawia, że trudniej zauważyć, że za tym może stać coś więcej – na przykład brak satysfakcji z tej roli, frustracja czy poczucie zagubienia.

W ogóle wypalenie rodzicielskie jest trudne do uchwycenia, bo wciąż nie jest powszechnie rozpoznawane. Można doświadczać zniechęcenia, działać mechanicznie, unikać kontaktu z dzieckiem, mieć dużo złości i frustracji, a jednocześnie nie łączyć tego z wypaleniem.

Często mamy też bardzo sprzeczne przekazy dotyczące rodzicielstwa. Z jednej strony mówi się, że to coś pięknego i wyjątkowego, a z drugiej – że to ogromne poświęcenie i trud. W efekcie wiele osób nawet nie bierze pod uwagę, że mogłoby doświadczać tego w inny sposób – z większą lekkością, spokojem czy poczuciem partnerstwa w relacji z dzieckiem.

Pojawia się więc pytanie, czy da się jakoś zmniejszyć ryzyko wypalenia. I pierwszym krokiem jest w ogóle zauważenie siebie w tej roli. Zatrzymanie się i sprawdzenie, jak mi jest w rodzicielstwie. Jakie miałam wyobrażenia, jakie mam przekonania, czego od siebie oczekuję.

U mnie bardzo silne było przekonanie, że powinnam radzić sobie sama. Samodzielność, samowystarczalność – to brzmiało dobrze, ale w praktyce oznaczało, że nie prosiłam o pomoc, nawet kiedy było mi trudno. Do tego dochodziły wysokie standardy i przekonanie, że coś musi być zrobione „dobrze”, czyli najlepiej jak się da.

Tymczasem perfekcjonizm często przykrywa lęk – na przykład przed tym, że zrobię coś nie tak, że zaszkodzę dziecku, że nie będę wystarczająco dobrą matką. I to jest ogromne obciążenie.

Bardzo ważne jest też uznanie, że odpoczynek nie jest nagrodą za wykonane obowiązki, tylko podstawową potrzebą. Lista rzeczy do zrobienia nigdy się nie kończy, więc jeśli odkładamy odpoczynek na później, to on nigdy nie nastąpi. A bez regeneracji trudno mieć zasoby do radzenia sobie z codziennością.

Dużo mówi się też o tym, żeby nie zostawać z tym wszystkim samemu. Szukać wsparcia, ludzi, którzy są w podobnej sytuacji, z którymi można się podzielić doświadczeniem. Już samo zobaczenie, że inni czują podobnie, potrafi przynieść ulgę.

Jednocześnie to bywa bardzo trudne, szczególnie kiedy jesteśmy już mocno zmęczeni. Wtedy nawet powiedzenie „jest mi ciężko” wymaga wysiłku. Pamiętam moment, kiedy usiadłam na schodach i powiedziałam: „jest mi naprawdę trudno i coś muszę zmienić, tylko jeszcze nie wiem co”.

To był ważny moment – powiedzenie tego na głos, przed sobą i przed bliskimi. Rozmowa z partnerem, z dziećmi, sięgnięcie po wsparcie z zewnątrz. Nawet jeśli nie jest to łatwe.

Czasem oznacza to też obniżenie standardów. Zgodę na to, że nie wszystko będzie zrobione idealnie. Że w domu może być trochę więcej bałaganu, że nie wszystko musi być zaplanowane, że zamiast dużych wyjazdów wystarczy spacer do lasu.

To są małe rzeczy, ale potrafią zrobić dużą różnicę.

Dużym wsparciem może być też sięgnięcie po pomoc profesjonalną. I mówię to jako osoba, która sama pracuje z innymi i jednocześnie wie, jak trudno jest poprosić o pomoc dla siebie. Pamiętam, że nawet umówienie się do specjalisty było dla mnie wyzwaniem. Wtedy bardzo pomogła mi przyjaciółka, która powiedziała: „jeśli będzie Ci trudno zadzwonić, to powiedz – ja mogę to zrobić za Ciebie”.

To pokazuje, jak ważne jest otoczenie i ludzie wokół nas. Nie musimy wszystkiego robić sami. Można zacząć od małych kroków – rozmowy z kimś bliskim, wizyty u lekarza rodzinnego, sprawdzenia podstawowych badań. To nie musi być od razu duży krok.

Ważne jest też to, żeby dać sobie zgodę na przeżywanie trudności. Często mamy w sobie przekonanie, że „inni mają gorzej” albo że „nie powinnam zajmować komuś miejsca”, na przykład na terapii. A przecież to, że jest nam trudno, samo w sobie jest wystarczającym powodem, żeby się sobą zająć.

Rodzicielstwo nie musi być ciągłym wysiłkiem i walką. Może być przestrzenią, w której – obok trudności – jest też radość, lekkość, bliskość i poczucie sensu. To nie jest stan idealny ani stały, ale coś, co pojawia się w momentach. W wypaleniu bardzo często tracimy do tego dostęp, ale to nie znaczy, że to znika na zawsze.

Co może utrudniać zauważenie wypalenia, to fakt, że nie jest ono stałym stanem. Pojawiają się momenty, kiedy jest lepiej – na przykład kiedy wychodzimy z domu, spotykamy się ze znajomymi, zmieniamy otoczenie. I wtedy może się wydawać, że wszystko jest w porządku.

Ja pamiętam, że dla mnie najtrudniejsze było wracanie do domu. To właśnie tam pojawiało się największe napięcie i zmęczenie. Z zewnątrz mogło to nie być widoczne – ludzie mówili, że nie widać po mnie, że przechodzę trudny czas. I to też może być mylące.

Przełomowym momentem było dla mnie to, że zaczęłam mówić o tym otwarcie. Przed bliskimi, przed dziećmi, przed sobą. Powiedzenie „jest mi trudno” było początkiem zmiany. Pojawiła się też refleksja, że postawiłam sobie bardzo wysokie, często nierealistyczne standardy dotyczące rodzicielstwa.

I że chcę to zmienić – nie tylko dla siebie, ale dla całej naszej rodziny. Bo jeśli ja jestem w lepszym stanie, to wpływa to na wszystkich wokół.

Warto pamiętać, że wypalenie rodzicielskie nie jest oznaką słabości ani porażki. To sygnał, że coś wymaga naszej uwagi. Że być może jest nam za ciężko, że mamy za dużo na sobie, że nasze potrzeby są niezaspokojone.

I że możemy coś z tym zrobić – krok po kroku, we własnym tempie.

Na koniec warto też spojrzeć na innych rodziców z większą łagodnością. Na mamy na placach zabaw, w restauracjach, w codziennych sytuacjach, które nie zawsze wyglądają idealnie. To też jest w porządku.

Bo rodzicielstwo nie jest o byciu idealnym. Jest o byciu wystarczająco dobrym – i o byciu człowiekiem.

Bardzo dziękujemy za wysłuchanie. Link do książki „Wypalenie rodzicielskie” znajdziecie w opisie odcinka. Jeśli interesują Was tematy związane z wychowaniem i edukacją, zapraszamy też do naszego newslettera – raz w tygodniu wysyłamy treści, które mogą przydać się rodzicom i nauczycielom. Link również znajduje się w opisie.

Autorkę możecie znaleźć w mediach społecznościowych i na jej stronie – wystarczy wpisać jej imię i nazwisko, żeby trafić na jej profile.

Jeszcze raz dziękujemy za rozmowę i do usłyszenia.

Dodaj komentarz