Podcast

Nie chodzi o wybór najlepszej szkoły. Ewa Radanowicz o rozwijaniu kompetencji i mocy sprawczej

Odcinek 63

Jak możemy już dziś zapewniać dobre szkoły naszym dzieciom i dlaczego zmiana edukacji zaczyna się od ludzi, a nie od systemu?
Jeśli jesteś rodzicem, możesz mieć poczucie, że szkoła nie daje Twojemu dziecku tego, czego naprawdę potrzebuje. Ale jednocześnie nie masz pewności, czy zmiana szkoły lub przejście na edukację domową cokolwiek rozwiąże.
Jeśli jesteś nauczycielem albo dyrektorem, być może od dawna widzisz, że szkoła powinna działać inaczej. Jednak, kiedy próbujesz coś zmienić, pojawia się opór ze strony współpracowników, rodziców, albo samego systemu.

W efekcie łatwo uwierzyć, że prawdziwa zmiana szkoły jest dziś praktycznie niemożliwa.

Ewa Radanowicz pokazuje, że to nieprawda. Jako dyrektorka szkoły w Radowie Małym wraz ze swoim zespołem stworzyła miejsce, które działa zupełnie inaczej — i to w ramach publicznego systemu.

W tej rozmowie usłyszysz, dlaczego:
  • edukacja potrzebuje rewolucji, ale nie tam, gdzie jej najczęściej szukamy,
  • zmiana szkoły zawsze zaczyna się od ludzi — i od nas samych,
  • niezależnie od tego, jaką szkołę wybierzesz, jako rodzic pozostajesz pierwszym odpowiedzialnym za edukację dziecka,
  • dzisiejsze szkoły powinny być szkołami kompetencji – i jak takie szkoły tworzyć,
  • realna zmiana jest możliwa już dziś — nawet w obecnym systemie.

Ewa Radanowicz bardzo praktycznie pokazuje, jak już dziś możesz stać się częścią zmiany w edukacji – niezależnie od tego, czy jesteś nauczycielem, rodzicem, czy dyrektorem szkoły.

🔗 Linki z odcinka:

👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 25 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):

wydawnictwoelement.pl/newsletter/

Posłuchaj

Słuchaj w Apple Podcasts
Słuchaj w Spotify

Jeżeli jesteś rodzicem, być może czujesz, że tradycyjna szkoła nie odpowiada potrzebom Twojego dziecka, ale nie wiesz, co możesz z tym zrobić. Edukacja domowa może nie być dla Ciebie. Szkoły prywatne są płatne i nie wiadomo, czy lepsze od publicznych. Więc jak możesz zapewnić dziecku edukację, jakiej potrzebuje?

Jeżeli jesteś nauczycielem albo dyrektorem, może czujesz, że szkoła musi się zmienić, ale nie widzisz na to przestrzeni w swoim otoczeniu. Ken Robinson mówił, że rewolucja w edukacji już trwa i że dzieje się oddolnie. Jedną z osób, które z całą pewnością pokazują, że edukacja w Polsce może się zmieniać od dołu, jest Ewa Radanowicz, znana jako dyrektorka szkoły w Radowie Małym. Ona i jej zespół pokazali, że tradycyjne szkoły publiczne mogą się dziś zmieniać i wyglądać radykalnie inaczej.

I to nawet wtedy, kiedy działają w zdecydowanie nieuprzywilejowanym otoczeniu.

Dziś porozmawiamy o tym, co jest możliwe w szkołach publicznych, jak szkoły powinny się zmieniać i co możesz zrobić, będąc rodzicem, nauczycielem, dyrektorem albo uczniem, żeby już dzisiaj stać się częścią tej zmiany.

Ja nazywam się Aleksander Baj i to jest 63. odcinek podcastu Bajek Zempuł.

Bardzo miło mi gościć.

Dzień dobry.

Dzień dobry. Serdecznie witam.

Na początek chcę zapytać – dla osób, które nie znają szkoły w Radowie Małym, choć tych, które ją znają, jest już w Polsce bardzo dużo – jak to jest możliwe, że może w Polsce działać szkoła publiczna bez dzwonków, bez stawiania na pierwszym miejscu podstawy programowej, bez dzielenia uczniów wyłącznie na jednowiekowe grupy?

Może taka szkoła istnieć – oczywiście, że może. I ona istnieje. Została zbudowana przez nauczycieli i nauczycielki z krwi i kości, takich jak ja, jak tysiące innych w Polsce. Prawo oświatowe – wbrew pozorom – nie jest aż tak bardzo ograniczające. A jeśli znajdzie się sposób, żeby trochę się w nim „porozpychać” – nie łamać, bo to w ogóle nie wchodzi w grę – ale interpretować je tak, aby było pomocne w realizowaniu różnych pomysłów, to oczywiście jest to możliwe.

Rzeczywiście, szkoła w Radowie Małym w pewnym momencie stanęła przed dużym znakiem zapytania: co dalej? Jako nauczyciele i nauczycielki rozmawialiśmy bardzo dużo o tym, o co chodzi w szkole. I doszliśmy do wniosku, że naszą misją jest sprawienie, aby uczniowie i uczennice otrzymali tyle kompetencji, wiedzy i umiejętności, ile potrzebują, żeby dobrze wystartować w kolejnych etapach życia.

To było nasze wyzwanie. I wszystko, co robiliśmy – oraz sposób, w jaki to robiliśmy – podporządkowaliśmy właśnie temu.

Nasza misja brzmiała: chcemy dać uczniom moc sprawczą poprzez kształtowanie ich kompetencji.

Chcemy dać uczniom moc sprawczą poprzez kształtowanie ich kompetencji. W związku z tym budowaliśmy szkołę kompetencji. To jest wyzwanie – zarówno w polskim prawie oświatowym, jak i w naszym myśleniu o edukacji oraz w tym, jak my – nauczyciele i rodzice – do niej podchodzimy.

Pojawia się wiele znaków zapytania. Boimy się łamać schematy, boimy się dostosowywać to, co robimy, do potrzeb i możliwości. I ostatecznie chyba boimy się marzyć. Tak po prostu – marzyć o tym, żeby miejsce pracy i nauki stało się przestrzenią rozwoju. Nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych i całego środowiska lokalnego.

Pojawia się pytanie: czy bardziej boimy się marzyć, czy może duża część środowiska w ogóle nie wie, że można inaczej? Jak wygląda to z perspektywy pracy z nauczycielami i dyrektorami?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Marzycieli jest coraz więcej. W pewnym momencie życia przychodzi taki moment refleksji: co dalej? Zaczyna być widoczne, że system, w którym działamy od lat – mimo że wkładamy w niego dużo serca – nie przynosi efektów, na jakie liczymy. A czasem wręcz przeciwnie – prowadzi do wypalenia i zniechęcenia.

Wtedy pojawia się wybór. Można tkwić w tym, co jest, uznając, że to nie moja wina i nic się nie da zrobić. Albo można pomyśleć: tak się nie da. To jest niezdrowe – dla mnie, dla dzieci, dla środowiska.

Żeby zacząć marzyć, potrzeba odwagi. Żeby działać – potrzeba determinacji. Ale najbardziej potrzebny jest pomysł, co dalej.

Od początku swojej pracy zawodowej nie było zgody na powielanie tych samych schematów. Najpierw były to drobne zmiany w klasie – autorskie rozwiązania, tworzone z potrzeby chwili, nie z zamiarem tworzenia wielkiej innowacji. Później – kiedy pojawiło się doświadczenie – zmiany zaczęły obejmować całą szkołę.

Objęcie funkcji dyrektora było naturalnym krokiem – z intencją budowania szkoły opartej na kształtowaniu kompetencji, ale też na szacunku wobec potrzeb wszystkich uczestników procesu.

Na poziomie deklaracji wszyscy mówimy o wartościach: godności, szacunku, odpowiedzialności. Ale kiedy przyjrzymy się codzienności – temu, jak wygląda organizacja procesu edukacyjnego – okazuje się, że często nie ma na nie przestrzeni.

Nie ma czasu na myślenie o rozwoju jednostki. Nie ma czasu na zauważenie potrzeb konkretnych dzieci.

A doświadczenia osobiste mają tu ogromne znaczenie. Bycie dzieckiem o specjalnych potrzebach, z różnymi trudnościami, a jednocześnie wychowywanym w środowisku wzmacniającym – daje bardzo ważną perspektywę. Rodzice budujący poczucie sprawczości, zamiast podcinania skrzydeł, pokazują, że każdy może się rozwijać.

I to prowadzi do bardzo ważnego wniosku: wszystko zaczyna się w rodzinie.

Jeśli myślimy o rozwoju dziecka, to tak naprawdę nie ma aż takiego znaczenia, czy trafi do edukacji domowej, alternatywnej czy publicznej. Kluczowe jest to, co wynosi z domu.

Oczywiście, zdarzają się miejsca, które nie wspierają rozwoju – i wtedy potrzebna jest zmiana. Ale szkoła publiczna nie musi być złym miejscem. Może być bardzo dobrym – bo wszystko zależy od ludzi.

Jeśli spotykają się ludzie, którzy rozumieją sens tego, co robią i wiedzą, dokąd zmierzają – wtedy szkoła zaczyna działać inaczej.

Tak było w Radowie Małym. To już historia sprzed kilku lat, ale bardzo wyraźnie pokazująca, co jest możliwe. Była świadomość, że coś nie działa – i że nie jest to wina pojedynczych osób: ani nauczycieli, ani rodziców.

Trzeba było zmienić metody. Ustawić szkołę tak, aby każdy znalazł w niej swoją „trampolinę” do rozwoju.

Kiedy tak patrzy się na edukację, zaczyna się podejmować bardziej świadome decyzje. To, co jest dobre dla jednej osoby, nie musi być dobre dla innej – ale warto mieć świadomość różnych możliwości, wspierać, współpracować i jasno komunikować oczekiwania.

To wszystko wynika z budowania szkoły opartej na wartościach. Szkoły, w której zasady są tworzone wspólnie, a potem wspólnie przestrzegane.

I to właśnie daje efekty, których tak bardzo oczekujemy.

To wszystko wynika z budowania szkoły opartej na wartościach. Szkoły, w której zasady są tworzone wspólnie, a potem wspólnie przestrzegane. I to właśnie daje efekty, których tak bardzo oczekujemy.

Pojawia się jednak kolejne pytanie – jak to zrobić w praktyce? Jak budować szkołę opartą na kompetencjach, skoro system skupia się na podstawie programowej, egzaminach i wynikach?

W szkole w Radowie Małym na początku skupiono się na kompetencjach, które są fundamentem wszystkiego. Wśród nich znalazły się między innymi: inteligencja emocjonalna, rozwijanie zainteresowań oraz umiejętność uczenia się. To właśnie od nich zaczyna się cały proces.

Bo zanim dziecko nauczy się matematyki, ortografii czy języka obcego, musi nauczyć się uczyć. A żeby nauczyć się uczyć, potrzebuje umiejętności samoregulacji, rozumienia emocji, komunikacji i współpracy.

Potrzebuje umiejętności słuchania, zadawania pytań, rozwiązywania konfliktów – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Inteligencja emocjonalna staje się fundamentem wszystkich procesów, które dziecko później podejmuje.

Dlatego na początku nie zadawano pytania: czego dziecko ma się nauczyć? Tylko: czego potrzebuje, żeby w ogóle móc się uczyć?

Nie było lęku, że „nie zdąży”. Dziecko spędza w szkole bardzo dużo czasu – wystarczająco dużo, żeby opanować podstawę programową. Natomiast bez kompetencji ten proces jest dużo trudniejszy, mniej efektywny i często frustrujący.

Wiedza jest ważna – i nigdy nie została odrzucona. Ale żeby ją zdobywać, trzeba najpierw mieć narzędzia do uczenia się.

Na początku powstała bardzo długa lista umiejętności i kompetencji. Było ich bardzo dużo – zbyt dużo, żeby dało się je świadomie rozwijać i monitorować. Dlatego zostały pogrupowane w większe obszary. Ostatecznie powstało dziewięć głównych grup kompetencji.

Dziewięć to liczba, którą można zapamiętać. Sto – już niekoniecznie.

Kiedy wiadomo już, czego potrzebuje człowiek, żeby się rozwijać, pojawia się kolejne pytanie: jak to zorganizować?

Zaczyna się myślenie o metodach pracy, o materiałach, o sposobach prowadzenia zajęć. O tym, jak stworzyć warunki, w których każde dziecko – niezależnie od swoich możliwości – będzie mogło być uczestnikiem procesu, a nie tylko jego odbiorcą.

Jednym z kluczowych rozwiązań okazały się grupy mieszane wiekowo. Początkowo był to ruch organizacyjny, wynikający z potrzeby. Z czasem okazało się, że to jedno z najlepszych rozwiązań.

Dzieci uczą się od siebie nawzajem. Wspierają się. Przejmują różne role – raz są uczniami, raz mentorami. Naturalnie pojawia się współpraca i odpowiedzialność.

Zmienia się też rola nauczyciela. Przestaje być osobą, która „wlewa wiedzę do głowy”, a zaczyna być kimś, kto prowadzi proces uczenia się.

A żeby prowadzić ten proces, trzeba go rozumieć.

To wymagało również zmiany po stronie nauczycieli – odświeżenia wiedzy, refleksji nad własną praktyką, świadomego wyboru metod i form pracy. I bardzo ważnej rzeczy: dopasowania ich do konkretnych dzieci, a nie kopiowania gotowych rozwiązań.

To jest kluczowe – nie da się po prostu przenieść jednego modelu do innej szkoły i oczekiwać, że zadziała tak samo.

Każda klasa, każde środowisko, każde dziecko jest inne.

Dlatego w szkole zaczęły powstawać różne pracownie tematyczne. Każda z nich dawała przestrzeń do rozwijania kompetencji w inny sposób. Jeśli dziecko nie odnajdywało się w jednym środowisku – mogło spróbować w innym.

Współpraca mogła być rozwijana w kuchni, ale też w teatrze, w pracowni ekologicznej, w przestrzeni outdoorowej. W różnych kontekstach, w różnych sytuacjach.

Dzięki temu rosła szansa, że dziecko znajdzie swoje miejsce – i zacznie rozwijać konkretne kompetencje w sposób naturalny.

Ważne było też to, że proces trwał długo. Dzieci pracowały w takich warunkach przez setki godzin. Realizowały projekty, działały w grupach, podejmowały decyzje, popełniały błędy.

Bez ciągłego oceniania. Bez narzucania rozwiązań. Bez odbierania im sprawczości.

Po pewnym czasie te wszystkie działania zaczynały się automatyzować. Kompetencje stawały się naturalną częścią funkcjonowania.

Dziecko zaczynało zadawać pytania, organizować pracę, prosić o pomoc, inicjować działania. Przestawało się bać błędów.

I to było widoczne również później – w szkołach ponadpodstawowych. Uczniowie wyróżniali się samodzielnością, inicjatywą i odwagą w zadawaniu pytań.

To nie zawsze było łatwe dla nauczycieli, którzy spotykali takich uczniów. Bo to oznaczało zmianę dynamiki relacji.

Ale jednocześnie było dowodem na to, że ten model działa.

Pojawia się też ważna refleksja: nie chodzi o to, żeby kopiować konkretne rozwiązania. Nie chodzi o to, żeby każda szkoła wyglądała tak samo.

Chodzi o to, żeby każda szkoła świadomie odpowiedziała sobie na pytanie: kim jesteśmy, jakie mamy wartości i dokąd zmierzamy.

I od tego wszystko się zaczyna.

To wszystko wynika z budowania szkoły opartej na wartościach. Szkoły, w której zasady są tworzone wspólnie, a potem wspólnie przestrzegane – i to właśnie daje efekty, których tak bardzo oczekujemy.

Pojawia się jednak kolejne pytanie: jak to zrobić w praktyce? Jak budować szkołę opartą na kompetencjach, skoro system skupia się na podstawie programowej, egzaminach i wynikach? W szkole w Radowie Małym na początku skupiono się na kompetencjach, które są fundamentem wszystkiego. Wśród nich znalazły się m.in. inteligencja emocjonalna, rozwijanie zainteresowań oraz umiejętność uczenia się. To właśnie od nich zaczyna się cały proces.

Bo zanim dziecko nauczy się matematyki, ortografii czy języka obcego, musi nauczyć się uczyć. A żeby nauczyć się uczyć, potrzebuje umiejętności samoregulacji, rozumienia emocji, komunikacji i współpracy. Potrzebuje umiejętności słuchania, zadawania pytań, rozwiązywania konfliktów – zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Inteligencja emocjonalna staje się fundamentem wszystkich procesów, które dziecko później podejmuje.

Dlatego na początku nie zadawano pytania: czego dziecko ma się nauczyć, tylko czego potrzebuje, żeby w ogóle móc się uczyć. Nie było lęku, że „nie zdąży”. Dziecko spędza w szkole bardzo dużo czasu – wystarczająco dużo, żeby opanować podstawę programową. Wiedza jest ważna i nigdy nie została odrzucona, ale żeby ją zdobywać, trzeba najpierw mieć narzędzia do uczenia się.

Na początku powstała bardzo długa lista umiejętności i kompetencji – zbyt długa, żeby dało się ją realnie wykorzystywać. Dlatego została pogrupowana w większe obszary i ostatecznie powstało dziewięć głównych grup kompetencji. Dziewięć to liczba, którą można zapamiętać – sto już niekoniecznie.

Kiedy wiadomo już, czego potrzebuje człowiek, żeby się rozwijać, pojawia się pytanie: jak to zorganizować? Zaczyna się myślenie o metodach pracy, materiałach, sposobach prowadzenia zajęć – o tym, jak stworzyć warunki, w których każde dziecko będzie uczestnikiem procesu, a nie tylko jego odbiorcą. Jednym z kluczowych rozwiązań okazały się grupy mieszane wiekowo. Początkowo była to decyzja organizacyjna, ale szybko okazało się, że to jedno z najlepszych rozwiązań.

Dzieci uczą się od siebie nawzajem, wspierają się, przejmują różne role – raz są uczniami, raz mentorami. Naturalnie pojawia się współpraca i odpowiedzialność. Zmienia się też rola nauczyciela – przestaje być osobą, która przekazuje wiedzę, a staje się kimś, kto prowadzi proces uczenia się. A żeby to robić, musi ten proces rozumieć.

To wymagało również zmiany po stronie nauczycieli – odświeżenia wiedzy, refleksji nad własną praktyką i świadomego wyboru metod. Bardzo ważne było jedno: nie kopiować gotowych rozwiązań, tylko dopasowywać je do konkretnych dzieci. Każda klasa, każde środowisko jest inne.

Dlatego zaczęły powstawać różne pracownie tematyczne, dające przestrzeń do rozwijania kompetencji w różnych kontekstach. Jeśli dziecko nie odnajdywało się w jednym miejscu, mogło spróbować w innym. Współpraca mogła być rozwijana w kuchni, ale też w teatrze, pracowni ekologicznej czy w działaniach na świeżym powietrzu. Dzięki temu rosła szansa, że dziecko znajdzie swoje miejsce i zacznie działać.

Proces trwał długo – setki godzin pracy projektowej, działania w grupach, podejmowania decyzji i popełniania błędów. Bez ciągłego oceniania i bez narzucania rozwiązań. Z czasem kompetencje zaczynały się automatyzować – stawały się naturalną częścią funkcjonowania.

Dziecko zaczynało zadawać pytania, organizować pracę, inicjować działania, prosić o pomoc. Przestawało bać się błędów. Było to widoczne również później – uczniowie wyróżniali się samodzielnością, inicjatywą i odwagą. To nie zawsze było łatwe dla nauczycieli, którzy ich spotykali, ale było wyraźnym dowodem, że ten model działa.

I tu pojawia się kluczowa myśl: nie chodzi o kopiowanie rozwiązań. Nie chodzi o to, żeby każda szkoła wyglądała tak samo. Chodzi o to, żeby każda szkoła odpowiedziała sobie na pytanie: kim jesteśmy, jakie mamy wartości i dokąd zmierzamy. Od tego wszystko się zaczyna.

I tu pojawia się kolejny ważny krok – wartości. W momencie rozpoczęcia pracy jako dyrektorka bardzo mocno pojawiła się potrzeba zdefiniowania tego, na czym w ogóle ma być oparta szkoła. Najważniejszą wartością stała się godność – coś, na co nie było i nie ma zgody, żeby było naruszane, ani w relacji do siebie, ani do innych.

To nie była tylko deklaracja. Od początku działania były spójne z tym, co było mówione. Chodziło o to, żeby każdy – niezależnie od tego, czy się lubimy, czy nie – czuł się bezpiecznie, miał poczucie szacunku i zaufania. To bardzo szybko zostało zauważone i zaakceptowane przez zespół.

Dlatego tak ważne jest, żeby w każdej placówce był czas na rozmowę o tożsamości. O tym, kim jesteśmy, na co się zgadzamy, a na co nigdy się nie zgodzimy. O naszych potrzebach, możliwościach i ograniczeniach. I o tym, kim są ludzie, z którymi pracujemy.

Bez tego trudno mówić o prawdziwej współpracy.

Z doświadczenia wynika, że wiele zespołów pomija ten etap. Przechodzi od razu do działania, wdrażania pomysłów, szukania rozwiązań. A potem pojawiają się konflikty, brak spójności i poczucie chaosu.

Osoby odwiedzające szkołę w Radowie Małym bardzo często dochodziły do jednego wniosku: trzeba było zacząć od początku. Od wartości, od zasad, od wspólnego zrozumienia, po co to wszystko robimy.

Bo bez tego zespół nie jest zespołem – jest zbiorem ludzi, którzy próbują się do siebie dopasować.

Dlatego praca nad zmianą nie polega na jednorazowym szkoleniu czy inspiracji. To proces. Świadoma decyzja, że coś chcemy zmienić – i konsekwentne działanie krok po kroku. Lepiej lub gorzej, ale w ruchu.

To było podejście w Radowie Małym – nie idealne, nie od razu poukładane, ale oparte na działaniu.

Wartości takie jak godność, zaufanie i odpowiedzialność zostały przełożone na konkretne zasady i sposób funkcjonowania szkoły. I były obecne w codziennych sytuacjach – także tych trudnych.

Kiedy pojawiał się konflikt, np. związany z oceną, rozmowa nie zaczynała się od tego, kto ma rację, tylko od tego, czy zostały zachowane wartości. Czy była godność, szacunek, jasność komunikacji.

I to zmienia perspektywę.

W takiej przestrzeni nie ma aż takiego znaczenia, czy nauczyciel stawia oceny, czy nie. Czy zadaje prace domowe, czy nie. Znaczenie ma to, czy wszystko jest spójne z wartościami i czy jest akceptowane przez obie strony.

Dlatego w jednej szkole mogli funkcjonować nauczyciele pracujący w zupełnie różny sposób – jedni oceniali dużo, inni wcale. Jedni zadawali prace domowe, inni nie. I to nie było problemem.

Bo fundament był wspólny.

To wywraca myślenie o zmianie szkoły. Często pierwsze skojarzenia dotyczą przestrzeni – ławek, kanap, ocen. Tymczasem najważniejsza zmiana zaczyna się od ludzi i od wartości. I to jest trudniejsze, bo wymaga pracy nad sobą.

Bardzo często pojawia się też pytanie: co mogę zrobić, jeśli inni mnie blokują? Jeśli dyrektor nie chce zmian, nauczyciele nie chcą, albo rodzice stawiają opór?

Odpowiedź jest prosta, choć niełatwa: zacząć od siebie.

Nie ma możliwości, żeby zmiana była trwała, jeśli jest narzucona. Jeśli ktoś wraca ze szkolenia z „genialnym pomysłem” i próbuje go wdrożyć na siłę – to nie zadziała. Nawet jeśli pomysł jest dobry.

Nie zadziała też wtedy, kiedy działanie wynika ze strachu – przed rodzicami, przed oceną, przed systemem. To tworzy niespójność.

Zmiana zaczyna się wtedy, kiedy ludzie rozumieją, gdzie są, jakie mają wyzwania i czego naprawdę chcą.

Czasem potrzeba doświadczenia, które otwiera oczy. W Radowie Małym była to m.in. wspólna wycieczka nauczycieli po okolicy – zobaczenie, w jakich warunkach żyją dzieci, jak wygląda ich codzienność.

To zmieniło sposób patrzenia.

Od tego momentu zaczęła się prawdziwa rozmowa – bardziej partnerska, bardziej świadoma. Bo pojawiło się zrozumienie.

Zmiana nie polegała na „upiększeniu” szkoły dla efektu. Zmiana przestrzeni miała konkretny cel – pokazanie dzieciom, że świat może wyglądać inaczej. Że można o niego dbać, że można go zmieniać.

Czystość, estetyka, zapach – to wszystko było elementem doświadczenia. Nie teorii.

Dzieci widziały, że można stworzyć miejsce, w którym chce się być. I same zaczynały o nie dbać. To nie była kontrola ze strony nauczycieli – to była odpowiedzialność wynikająca z poczucia, że to jest „nasze”.

I to zostaje na lata.

Bo edukacja to nie tylko wiedza. To doświadczenia, które budują sposób myślenia o świecie, o sobie i o innych.

Można nauczyć dziecko czytać i pisać. Ale ważniejsze jest to, jakim człowiekiem się stanie, kiedy wyjdzie ze szkoły.

Czy będzie umiało współpracować, budować relacje, brać odpowiedzialność.

I to jest prawdziwy cel edukacji.

Czy będzie umiało współpracować, budować relacje i brać odpowiedzialność – to jest prawdziwy cel edukacji.

Dlatego, kiedy szkoła ma słabe wyniki, pierwszym krokiem nie powinno być dokładanie kolejnych sprawdzianów czy zajęć wyrównawczych. Warto zacząć od relacji – od tego, jak ludzie ze sobą rozmawiają, jak współpracują, jak dzielą się odpowiedzialnością. To są rzeczy podstawowe, a jednocześnie najczęściej pomijane.

To podejście przynosi efekty. Szkoła w Radowie Małym przyciągała bardzo różne dzieci i rodziców. Z jednej strony trafiały tam dzieci, które nie odnalazły się w innych szkołach – z trudnościami edukacyjnymi i relacyjnymi. Z drugiej – dzieci rodziców, którym bardzo zależało na wysokiej jakości edukacji.

I to działało, bo praca opierała się na zasobach, a nie na brakach. Nikt nie był z góry skreślany. Cele były jasne, wartości nazwane, zasady czytelne. Najpierw rozumieli je nauczyciele, później dzieci i rodzice.

Wszyscy wiedzieli, czym jest ta szkoła i jak działa. Wiedzieli też, że za efektami stoi praca – nie wystarczy „być”, trzeba się angażować.

I to było akceptowane. Bo ludzie czuli się traktowani z godnością, mieli zaufanie i jednocześnie brali odpowiedzialność.

To nie jest teoria – to działa tam, gdzie ludzie są gotowi na zmianę.

Nie ma znaczenia, jakie są warunki startowe – czy jest dużo pieniędzy, czy ich nie ma. W Radowie Małym nie było wyjątkowych zasobów. A mimo to powstała szkoła, która stała się przykładem dla innych – także na świecie.

Bo klucz nie leży w zasobach, tylko w podejściu.

I tu pojawia się pytanie o skalę zmiany: czy potrzebna jest rewolucja w edukacji?

Odpowiedź jest przewrotna – potrzebna jest rewolucja w myśleniu, ale niekoniecznie w działaniu.

W praktyce często jest wręcz odwrotnie – działań jest za dużo. Szkoły są przeładowane inicjatywami, projektami, dodatkowymi aktywnościami. Pojawia się chaos, brak spójności, zmęczenie.

Potrzebne jest zatrzymanie się. Powrót do podstaw. Do relacji między nauczycielem a dzieckiem, do świadomego projektowania procesu edukacyjnego.

Nie chodzi o kolejne „pomysły na szkołę”, tylko o sens tego, co już robimy.

Jednocześnie w myśleniu potrzebna jest głęboka zmiana. Bo nadal funkcjonujemy w schematach, które nie odpowiadają rzeczywistości.

Przykład jest bardzo prosty – dziecko, które już coś potrafi, trafia do systemu i zaczyna uczyć się tego od początku. Zamiast rozwijać się dalej, cofa się do punktu wyjścia.

To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy zmiany w podejściu.

Rewolucja jest też potrzebna po stronie rodziców. Warto przestać traktować nauczyciela jako przeciwnika. To są wykształceni ludzie, którzy często nie mogą w pełni wykorzystać swojego potencjału, bo brakuje im przestrzeni i zaufania.

Rodzic ma prawo mieć oczekiwania. Ma prawo pytać. Ale nie musi narzucać sposobu działania.

Zaufanie i współpraca to fundament.

Tak samo ważne jest pokazanie dziecku, że rodzic i nauczyciel są po tej samej stronie. Jeśli dziecko widzi spójność, rozumie, że uczestniczy w czymś ważnym. Jeśli widzi konflikt – zaczyna testować granice.

To ma realne konsekwencje wychowawcze.

Dlatego rewolucja powinna polegać na zmianie sposobu myślenia o edukacji. O tym, co jest jej celem, jaka jest rola szkoły, nauczyciela i rodzica.

Nie chodzi o spory o podstawę programową czy liczbę godzin. To nie jest sedno.

Sednem jest to, co dzieje się na tych godzinach. Jak wygląda codzienność dziecka w szkole.

Bo na końcu systemu zawsze stoi człowiek – nauczyciel i dyrektor. I to oni mają największy wpływ na rzeczywistość ucznia.

Im więcej presji, strachu i kontroli, tym trudniej działać dobrze.

Im więcej zaufania i odpowiedzialności – tym większa przestrzeń na rozwój.

Edukacja jest fundamentem społeczeństwa. I to, jak działa, przekłada się bezpośrednio na to, jak funkcjonujemy jako ludzie.

Dlatego warto zacząć od podstaw. Od refleksji. Od siebie.

Zmiana jest bliżej, niż się wydaje. Nie trzeba czekać na system. Można zacząć tu i teraz – od własnego sposobu myślenia i działania.

To nie jest łatwe. To najtrudniejsza część tej pracy.

Ale to właśnie ona przynosi największe efekty.

Na koniec pojawia się jeszcze jedna ważna myśl – zatrzymanie się. Zatrzymanie i działanie w zgodzie ze sobą oraz ze światem.

Bo to po prostu działa.

Dodaj komentarz