Jak wygląda edukacja domowa, kiedy nastolatek przejmuje odpowiedzialność?
Odcinek 61
- co stoi za decyzją Kuby o przejściu na edukację domową,
- jak przebiega nauka do egzaminów (także z przedmiotów, których nie lubi),
- o “typowym tygodniu” – ile czasu poświęca na naukę i na co poświęca odzyskany czas,
- jak wygląda socjalizacja – i czego czasem mimo wszystko brakuje,
- jak możliwe było połączenie edukacji domowej z 10-miesięcznym wyjazdem do Japonii.
🔗 Linki z odcinka:
- Montessori Mountain Schools
- Rozmowa z Olą Sawicką o tym, dla kogo jest, a dla kogo nie jest edukacja domowa
- Rozmowa z Marcinem Sawickim o edukacji domowej jako sposobie bycia razem
- Program “Edukacja międzykulturowa z AFS”, z którym Kuba poleciał do Japonii
👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 20 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):
Posłuchaj
Dlaczego uczniowie sami decydują się na edukację domową? Zwykle pytamy rodziców, dlaczego wybierają taką drogę dla swoich dzieci, ale doświadczenie i obserwacje pokazują, że bardzo często to same dzieci podejmują tę decyzję.
Dziś moim i Waszym gościem jest Kuba Bukalski, który wspólnie z rodzicami zdecydował, że w liceum będzie uczył się w edukacji domowej. Będziemy rozmawiać o tym, dlaczego podjął taką decyzję, jak bierze odpowiedzialność za swoją naukę, co mu najbardziej pomaga i co edukacja domowa mu daje.
Ja nazywam się Aleksander Baj, a to jest 61. odcinek podcastu Baj Example. Kuba, witaj. Bardzo dziękuję, że zgodziłeś się opowiedzieć o swoim doświadczeniu edukacji domowej.
Również się cieszę, że jestem tutaj z Tobą i mogę opowiedzieć o swoim doświadczeniu.
No to zaczynajmy. Moje pierwsze pytanie jest takie: skąd w ogóle wiedziałeś — i wiedzieliście razem z rodzicami, bo już wiem, że to była decyzja wspólna — że istnieje taka droga? Bo tak naprawdę duża część osób w Polsce w ogóle nie wie, że jest taka możliwość.
Też słyszałem o tym wcześniej, ale wydaje mi się, że w moich kręgach, wśród osób, którymi się otaczamy razem z rodzicami, dużo osób już wcześniej albo o tym słyszało, albo od dłuższego czasu uczy się w edukacji domowej. Najczęściej dowiadywaliśmy się o niej od znajomych, znajomych znajomych. I tak też trafiliśmy na ten temat po raz pierwszy.
Z tych kręgów słyszeliśmy dużo dobrego o tym sposobie nauczania i to też pomogło w podjęciu decyzji.
Czyli tym, co Cię zainspirowało, było to, że widziałeś wokół siebie ludzi, którzy w ten sposób się uczą.
Tak.
A możesz powiedzieć, jakie z Twojej strony były główne motywacje, żeby pójść w tę stronę?
Przede wszystkim oszczędność czasu. To jest chyba temat, który zawsze przewija się przy edukacji domowej — nie tracimy czasu na dojazdy ani na lekcje, których nie potrzebujemy albo które nas nie interesują. Uczymy się tyle, ile potrzebujemy albo chcemy, i dzięki temu mamy więcej czasu na wszystko inne — na pasje, rodzinę, właściwie na cokolwiek.
To przekonanie, że będę mieć więcej czasu dla siebie, było głównym motorem tej decyzji.
Okej. Od razu przypomniał mi się Ken Robinson, który mówił o efektywności wykorzystania czasu w szkole — że gdybyśmy jakąkolwiek inną organizację chcieli tak zorganizować, to nie miałaby szans działać. I coś w tym jest.
Ciekawe jest też to, co mówisz — że już na etapie szkoły podstawowej miałeś poczucie, że to, co dzieje się w szkole, mógłbyś zrobić szybciej i sprawniej sam.
Myślę, że tak. Było dużo lekcji, które mnie nie interesowały — na przykład chemia, biologia, nawet fizyka. To były przedmioty, z którymi często się męczyłem i nie miałem ochoty spędzać dwóch czy trzech godzin tygodniowo tylko na nich.
Wolałem — i mówię to już z późniejszego doświadczenia — poświęcić kilka godzin przed egzaminem, nauczyć się tego, co muszę, zdać i zapomnieć. I tak też później działałem z przedmiotami, których nie lubiłem w edukacji domowej.
Za chwilę jeszcze do tego wrócę, ale powiedz najpierw: na co najbardziej chciałeś przeznaczyć ten zaoszczędzony czas? Czy była jakaś konkretna pasja?
Nie ma jednej konkretnej rzeczy, ale pasje zdecydowanie były tym obszarem, który chciałem rozwijać. Przede wszystkim sport — jestem osobą bardzo aktywną, lubię różne dyscypliny. Do tego gra na perkusji, podróże — i to chyba one wysuwają się na pierwsze miejsce. Uwielbiam podróżować i to właśnie na to chciałem przeznaczyć ten czas, na przykład po egzaminach, kiedy w kwietniu czy maju mam je już zdane.
A nie miałeś obaw, że z przedmiotami, których nie lubisz, będzie Ci trudno poradzić sobie samemu?
Przed rozpoczęciem edukacji domowej w ogóle o tym nie myślałem. Nie wiem dlaczego — nawet nie przyszło mi to do głowy. Dopiero później takie myśli się pojawiły.
Miałem jednak szczęście, bo niedługo po tym, jak zacząłem edukację domową, wprowadzono tzw. pulę 50 pytań, które pomagają przygotować się do egzaminów pisemnych. Ustne obejmują cały materiał, ale pisemne można oprzeć na tych pytaniach.
Na początku przedmioty typu chemia, biologia czy fizyka były dla mnie trudne i musiałem nad nimi spędzać sporo czasu. Ale po wprowadzeniu tej puli bazowałem głównie na niej, bo wiedziałem, że te przedmioty i tak nie będą mi potrzebne.
To powiedz w takim razie — mam ochotę zadać Ci zestaw standardowych pytań, które pewnie słyszałeś już dziesiątki razy w kontekście edukacji domowej. Jedno z nich brzmi: jak radzisz sobie z fizyką, chemią czy trygonometrią? Czy uczysz się sam, czy ktoś Ci pomaga? Czy korzystasz z narzędzi, aplikacji? I ile czasu Ci to zajmuje?
Zwykle uczę się sam, bo wiem, czego mam się nauczyć. Mam pulę 50 pytań, mam podręczniki, więc zakres materiału jest dla mnie jasny i staram się to rozplanować pod siebie.
Czasami jednak wiem, że mam problem i potrzebuję pomocy. Wtedy najczęściej zwracam się do taty — szczególnie przy matematyce. Jeśli mam z nią trudności, idę właśnie do niego.
Natomiast chemia, fizyka czy biologia — czyli przedmioty, których naprawdę nie lubię i z którymi zawsze miałem największe problemy — w większości ogarniałem samodzielnie. Wyjątkiem była pierwsza klasa liceum i chemia — wtedy pomagała mi kuzynka. Później szedłem już raczej po najmniejszej linii oporu.
50 pytań, powtórki z podręcznika i z takim przygotowaniem szedłem na egzamin i go zdawałem. To była moja strategia.
A ile czasu mi to zajmowało? To zależało od przedmiotu i intensywności nauki. Potrafiłem usiąść do chemii cztery dni przed egzaminem i jeśli uczyłem się kilka godzin dziennie, byłem w stanie przygotować się rzetelnie.
Ale to jest teoria. W praktyce często wyglądało to tak, że siadałem dwa dni przed egzaminem — i też zdawałem. Więc teoria znacząco różni się od praktyki, ale mimo wszystko zawsze się udawało.
Z tego, co mówisz, przebija dla mnie duża świadomość. Nie czuć u Ciebie lęku, że czegoś się nie nauczysz i że będzie Ci to kiedyś potrzebne. Raczej jasno mówisz: to mi się nie przyda, więc chcę to zdać i zapomnieć — bez żalu.
Tak. Mam takie przekonanie, że jeśli ktoś kiedyś zapyta mnie o jakieś wzory chemiczne, to powiem wprost, że się tego nie uczyłem, bo uznałem to za niepotrzebne.
Natomiast jeśli będzie to ode mnie wymagane, to po prostu się tego nauczę. Od tego mamy komputery, mamy sztuczną inteligencję — więc uczenie się takich rzeczy na pamięć w takim zakresie, jak w szkołach, nie wydaje mi się dziś konieczne.
Zwłaszcza że wiem, jakie mam plany na przyszłość — i wiem, że to nie są moje priorytety. Tę wiedzę mamy wszędzie: w książkach, w internecie. Można ją bardzo łatwo znaleźć, więc nie czuję potrzeby, żeby zajmowała miejsce w mojej głowie.
A jeśli chcesz się tym podzielić — czy już wiesz, co chcesz robić dalej? Studia czy coś innego?
Na ten moment — choć to się zmienia, z czego nie jestem zadowolony, bo wolałbym mieć już wszystko jasno określone — planuję iść na AWF, na fizjoterapię.
Ktoś może powiedzieć, że przyda się tam biologia — i to prawda. Ale z tego, co wiem i słyszałem od osób, które już studiują fizjoterapię, znacznie ważniejsza jest anatomia niż to, czego uczymy się w szkole.
Nie ma też wymogu zdawania rozszerzonej biologii, więc nie żałuję, że nigdy nie przykładałem się do niej szczególnie, mimo że te studia teoretycznie mogą jej wymagać.
Masz w sobie przekonanie, że to, co będzie potrzebne, po prostu się nauczysz. A jak wygląda organizacja nauki? Sam planujesz egzaminy i przygotowania, czy angażujesz w to innych?
Zwykle zdawałem egzaminy indywidualnie, czasami w ramach sesji — szczególnie w drugiej połowie roku, kiedy było ich więcej.
W moim przypadku dojazdy do Koszarawy, gdzie jestem zapisany do szkoły, są dość wymagające, więc często muszę kombinować z terminami i logistyką.
Od września do mniej więcej grudnia były to głównie egzaminy indywidualne. Później korzystałem z sesji, bo można było zdać kilka przedmiotów naraz i to było wygodniejsze.
Czyli to Ty tym zarządzasz — zapisujesz się, planujesz naukę?
W dużej mierze tak. Czasami, jeśli mnie nie ma w domu, a zapisy właśnie się zaczynają, proszę rodziców o pomoc, bo na popularne terminy szybko kończą się miejsca.
Ale zazwyczaj organizuję to wszystko sam.
No to kolejne z tych pytań, które często pojawiają się w kontekście edukacji domowej — jak wygląda Twój typowy tydzień? Wiem, że może nie jest do końca typowy, ale jak byś to opisał?
Mój typowy tydzień wygląda dość nietuzinkowo. Mówi się, że w edukacji domowej ma się dużo czasu — i to prawda, mam go całkiem sporo. Staram się jednak go zagospodarować.
Przed moim wyjazdem miałem dużo zajęć pozaszkolnych: chodziłem na perkusję, na treningi aikido, angażowałem się w różne aktywności, jak duszpasterstwo młodzieżowe, spotkania ze znajomymi, wspólna gra w piłkę czy jazda na rowerze.
Starałem się więc organizować popołudnia tak, żeby się nie nudzić. Natomiast przed południem — w godzinach, które normalnie byłyby „szkolne” — starałem się pracować i uczyć. Dzięki temu później mogłem korzystać z wolnego czasu z czystą głową, bez myślenia o tym, co jeszcze muszę zrobić.
A jesteś w stanie powiedzieć, ile czasu tygodniowo albo miesięcznie poświęcasz na naukę stricte szkolną?
Teraz jest mi trochę trudniej to określić, bo jestem w innym trybie — przygotowuję się do matury.
Ale wcześniej, w takim standardowym trybie szkolnym, myślę, że tygodniowo poświęcałem na naukę co najmniej dwa razy mniej czasu niż w tradycyjnej szkole, a może nawet jeszcze mniej.
Czyli kilka godzin dziennie?
W teorii tak to wygląda. W praktyce bywa różnie — czasami się udaje, czasami nie. To zależy od samozaparcia, chęci i możliwości.
Mam z tyłu głowy Andrę Sterna — osobę, od której dowiedziałem się o edukacji domowej. To człowiek, który nigdy nie chodził do szkoły i bardzo dużą wagę przywiązuje do rytuałów. Opowiada, że już jako dziecko miał bardzo uporządkowany dzień.
Czy u Ciebie też tak jest? Czy masz swoje rytuały, które pomagają Ci funkcjonować?
Nie, absolutnie nie.
Nie mam takiego sztywnego, uporządkowanego planu dnia. Myślę, że to kwestia mojego podejścia — raczej żyję chwilą i planuję na krótki dystans, czasem na kilka minut do przodu, czasem trochę dalej.
Natomiast jakieś ogólne plany — na tydzień czy na egzaminy — staram się mieć, bo to po prostu ułatwia pracę. Ale nie jestem bardzo systematyczny.
No to ostatnie z tych „klasycznych” pytań: socjalizacja. Gdzie spotykasz ludzi, gdzie znajdujesz przyjaciół? Czy nie jest tak, że siedzisz sam i nikt Cię przez cały tydzień nie widzi?
Na początku, przez trzy lata edukacji domowej, chodziłem do Bielska-Białej, do Open Space — miejsca, które pomaga osobom w edukacji domowej nawiązywać relacje, trochę jak w liceum.
Byliśmy tam pięć razy w tygodniu. Był czas na pracę własną, wspólne przerwy, lunch. To była naprawdę fajna alternatywa dla szkoły — było dużo ludzi, można było budować relacje i poznawać nowe osoby.
To oczywiście nie było dokładnie to samo co liceum — brakowało np. wymian międzynarodowych czy różnych inicjatyw organizowanych przez szkołę. Ale mimo to byłem bardzo zadowolony.
Problemem były dojazdy — z Mysłowic do Bielska-Białej to było spore wyzwanie.
Ile to zajmowało?
Rano około godziny i dwudziestu minut, a po południu nawet dwie godziny.
Żeby być na dziewiątą, musiałem wstawać około szóstej. Wracając, wychodziłem o czternastej lub piętnastej, a w domu byłem około siedemnastej. Dojazdy bywały trudne — opóźnienia, korki — to wszystko się nakładało.
W ostatnim roku zrezygnowałem z tego i zapisałem się do LED-ów w Krakowie. To coś podobnego, ale spotkania odbywają się raz na dwa tygodnie.
To bardziej spotkania twórcze — prezentacje, wyjścia do muzeów — bez pracy własnej. Tam też poznałem sporo osób, z którymi nawiązałem relacje.
Poza tym miałem swoje zajęcia dodatkowe. Bardzo ważne było dla mnie aikido — trenuję od ośmiu lat, więc to środowisko jest mi bardzo bliskie.
Do tego doszło duszpasterstwo młodzieży u dominikanów w Katowicach.
To dobrze pokazuje, że masz wiele przestrzeni do spotykania ludzi — wszędzie tam, gdzie robisz coś, co Cię interesuje.
Tak.
Wspomniałeś też, że jesteś zapisany do szkoły Montessori Mountain Schools w Koszarawie.
Tak.
I Open Space to również inicjatywa tej szkoły.
Tak, to wszystko działa pod ich patronatem. Jestem bardzo zadowolony z tego doświadczenia i uważam, że takie miejsca powinny powstawać częściej — np. w Katowicach czy innych miastach.
Gdyby coś takiego powstało bliżej mnie, na pewno bym z tego korzystał.
Wracając do szkoły — mam do Ciebie pytanie: czy zdarzają się momenty, w których czujesz, że czegoś Ci brakuje? Że może trochę żałujesz, że nie chodzisz do tradycyjnej szkoły?
Zdarzają się takie momenty. Nie często, ale regularnie — i zawsze dotyczą jednej rzeczy: ludzi.
Mam wokół siebie raczej niewielkie grono i czasami myślę, że fajnie byłoby być w miejscu, gdzie jest dużo młodych osób, spotykać się z nimi codziennie przez kilka lat.
To buduje relacje, daje doświadczenia, uczy. Doświadczyłem tego też podczas mojego wyjazdu i widzę, że to duża wartość tradycyjnej szkoły.
Czyli mimo że masz różne miejsca, gdzie spotykasz ludzi, czasami brakuje Ci tej codzienności?
Tak, ale nie na tyle, żeby to przeważyło nad tym, co daje mi edukacja domowa.
Dzięki niej poznałem wiele osób, których nigdy bym nie spotkał w tradycyjnej szkole. Są plusy i minusy — coś za coś.
Ale takie myśli „co by było, gdybym poszedł do liceum” czasem się pojawiają.
Czy miałeś poczucie, że zawsze możesz wrócić do tradycyjnej szkoły?
Tak. Wiedziałem, że w każdej chwili mogę wrócić, choć pewnie byłoby to trudniejsze — dołączenie do grupy, która już się zna.
Ale nigdy się na to nie zdecydowałem, bo w edukacji domowej było mi dobrze.
To powiedz jeszcze: co jest dla Ciebie najcenniejsze w edukacji domowej?
Czas. Czas, czas i jeszcze raz czas.
A poza tym — wolność. Mogę decydować, czego się uczę. Jeśli interesuje mnie historia, to poświęcam na nią więcej czasu, a na chemię tylko tyle, ile trzeba.
To są dla mnie dwie najważniejsze rzeczy: czas i wolność wyboru.
Jeśli chodzi o szkołę, chciałem Cię jeszcze zapytać: kiedy decydowałeś się na edukację domową, czy miałeś poczucie, że coś w szkole Ci nie pasuje? Że coś Cię uwierało, coś przeszkadzało?
Nie miałem aż takiego poczucia. Ale razem z rodzicami czuliśmy pewien zawód. Wybraliśmy szkołę prywatną, która nie spełniła naszych oczekiwań.
Z różnych powodów. Poziom nauczania był reklamowany jako bardzo wysoki, a w rzeczywistości taki nie był.
Byli nauczyciele naprawdę świetni — na przykład mój nauczyciel historii — ale byli też tacy, którzy sprawili, że do dziś mam duży dystans do matematyki.
Myślę, że to właśnie ludzie i to rozczarowanie sprawiły, że zaczęliśmy szukać alternatywy. Trafiliśmy na szkołę, która miała aspiracje do bycia jedną z najlepszych, ale w naszym odczuciu była po prostu przeciętna — tylko że prywatna.
Ale tak jak mówiłeś wcześniej — to nie była główna motywacja. Bardziej chodziło o czas.
Tak. To zdecydowanie nie była ucieczka od systemu.
Powiedziałeś też na początku, że chciałeś przeznaczyć ten czas m.in. na podróże — i udało Ci się wyjechać do Japonii na 10 miesięcy.
Tak.
Opowiedz o tym więcej.
Kiedy ludzie o tym słyszą, często mają mętlik w głowie i mnóstwo pytań.
Decyzję o wyjeździe podjęliśmy stosunkowo szybko — około pół roku przed wylotem, co i tak było dość późno, bo formalności trzeba było załatwiać wcześniej.
Ale jak to się zaczęło? Moja znajoma z edukacji domowej była wcześniej na podobnym programie na Islandii. Gdy moi rodzice się o tym dowiedzieli i powiedzieli mi, zaczęliśmy żartować: co by było, gdybym ja zrobił sobie taki „gap year”?
Nie wiedzieliśmy jeszcze gdzie — zaczęliśmy przeglądać opcje. Najbardziej zainteresowały nas trzy kierunki: Nowa Zelandia, Brazylia i Japonia.
Ostatecznie wybraliśmy Japonię, bo wydawała się najbardziej różna kulturowo. To kraj na drugim końcu świata, z zupełnie inną mentalnością.
Nowa Zelandia jest daleko, ale kulturowo bliższa. Japonia była dla mnie czymś kompletnie nowym — i to było najbardziej ekscytujące.
Chciałem nie tylko podszlifować angielski, ale też nauczyć się japońskiego, poznać zupełnie inną kulturę.
W sierpniu podjęliśmy decyzję, a w marcu siedziałem już w samolocie, czekając, aż wyląduję w Japonii.
Spędziłeś tam 10 miesięcy?
Tak, praktycznie cały rok szkolny. Wyjechałem, kiedy moi znajomi kończyli jeszcze semestr, a wróciłem chwilę przed zakończeniem kolejnego roku.
Chodziłeś tam do szkoły?
Tak. Została mi przydzielona szkoła — nie miałem wpływu ani na wybór szkoły, ani na to, gdzie będę mieszkał.
Program działa tak, że rodziny goszczące zgłaszają się same. To wolontariusze — nie dostają za to pieniędzy, po prostu chcą przyjąć ucznia z zagranicy.
W moim przypadku była to rodzina, która przyjęła mnie na cały rok szkolny.
W tej szkole byli inni Europejczycy?
Nie — byłem jedynym Europejczykiem w całej szkole. A szkoła była duża — około 1700 uczniów.
Na polskie standardy to ogrom, w Japonii — po prostu duża szkoła.
I co ciekawe — wiele osób mówi, że w Japonii trudno porozumieć się po angielsku. To prawda, ale moja szkoła była prywatna, z wysokim czesnym, więc uczniowie bardzo dobrze mówili po angielsku — często na poziomie C1, a nawet C2.
Nie miałem więc problemu z komunikacją.
Udało Ci się tam odnaleźć i poczuć częścią społeczności?
Tak, zdecydowanie. Mam taką cechę, że szybko się adaptuję.
Po kilku miesiącach czułem się już częścią tej szkoły. Brałem udział w różnych wydarzeniach — np. w wycieczce szkolnej, gdzie cały rocznik wyjeżdża razem.
W moim przypadku była to wycieczka do Kioto — dawnej stolicy Japonii, kulturalnego centrum kraju.
Miałem też okazję uczestniczyć w festiwalu sportu — dużym wydarzeniu, gdzie klasy rywalizują w różnych konkurencjach, często charakterystycznych tylko dla Japonii.
Brałem w tym udział i to było niesamowite doświadczenie — oglądanie ludzi, którzy z ogromnym zaangażowaniem walczą o wynik, naprawdę robi wrażenie.
Był też festiwal szkolny — kilkudniowe wydarzenie, gdzie każda klasa przygotowuje swój projekt, grę albo prezentację.
To coś w rodzaju dużego eventu szkolnego — wszyscy się angażują, poznają, dobrze bawią.
Powiedziałeś wcześniej, że zrobiłeś sobie gap year. Czy to znaczy, że w tym czasie nie realizowałeś polskiego programu?
Tak. Postanowiliśmy z rodzicami, że to będzie przerwa.
Ale przed wyjazdem zdałem wszystkie egzaminy z czwartej klasy. Dzięki temu po powrocie została mi już tylko matura.
Czyli zamknąłeś rok wcześniej?
Tak, w zasadzie do lutego miałem wszystko zdane. Dzięki temu mogłem spokojnie przygotować się do wyjazdu.
Po powrocie zostało mi już tylko podejście do matury i potem studia.
Bardzo Ci dziękuję. Z tej rozmowy przebija naprawdę wiele ważnych rzeczy. Myślę, że bardzo szczerze opowiedziałeś o edukacji domowej — zarówno od strony praktycznej, jak i tej związanej z relacjami.
Powiedziałeś jasno, co jest dla Ciebie najważniejsze — i myślę, że wiele osób może się z tym utożsamić.
Dla mnie ważna jest też różnorodność Twojego doświadczenia. Widać, że edukacja domowa daje możliwość przeżycia rzeczy, które w tradycyjnym systemie byłyby trudne albo niemożliwe.
Wspomniałeś, że czasami brakuje Ci tej codziennej społeczności szkolnej, ale jednocześnie miałeś okazję doświadczyć jej przez 10 miesięcy w Japonii.
Tak, to prawda.
Mogłeś być częścią dużej społeczności.
Tak.
Jeszcze raz ogromne dzięki, że podzieliłeś się swoim doświadczeniem.
Również bardzo dziękuję za zaproszenie. Czuję się naprawdę wyróżniony, że mogłem opowiedzieć o tym, jak wygląda moja edukacja domowa i co przeżyłem w Japonii.
Bardzo mi miło. Myślę, że to będzie bardzo praktyczna i pomocna rozmowa dla naszych słuchaczy.
Jak zwykle — linki znajdziecie w opisie.
Jeśli interesują Was takie tematy, jeśli chcecie więcej treści o edukacji domowej w praktyce, zapraszam też do naszego newslettera. Piszemy tam m.in. o takich rozmowach, spotkaniach dla rodzin i różnych inicjatywach.
Link również znajdziecie w opisie.
Kuba, jeszcze raz wielkie dzięki.
Również dziękuję.

