Marek Kaczmarzyk – jak mózg dziecka buduje obraz świata. Zajęcia dodatkowe i obecność dorosłych
Odcinek 66
Mówi, jakie znaczenie dla rozwoju ma otoczenie, w jakim dziecko się znajduje i jaki ślad w jego mózgu pozostawiają treści, które odbiera – za pośrednictwem bajek czy rolek z mediów społecznościowych.
Usłyszysz także, dlaczego po dwudziestu latach teoretyzowania Marek Kaczmarzyk postanowił zaangażować się w tworzenie przedszkola i jak wygląda miejsce budowane w zgodzie z najnowszą wiedzą z zakresu neurobiologii.
Dla nas ta rozmowa jest przede wszystkim o tym, jakie elementy wpływają na kształtowanie się mózgu dziecka i jak możemy ten proces wspierać – jako rodzice, opiekunowie i nauczyciele.
🔗 Linki z odcinka:
- Gniazdo – przedszkole, które współtworzy prof. Marek Kaczmarzyk
- Odcinek 32: Marek Kaczmarzyk o neurobiologii małego dziecka
- Książka Potrzeba obecności. Czyli o neurobiologii wczesnego dzieciństwa
👉 Sprawdź nasz newsletter (już ponad 25 tys. rodziców, nauczycieli i edukatorów):
Posłuchaj
Przeczytaj
Dzisiaj chcemy porozmawiać o neurobiologii uczenia się, a właściwie o neurobiologii rozwoju mózgu dziecka. Profesor Marek Kaczmarzyk, który jest moim i waszym gościem, używa obrazu budowania świata dziecka i właśnie ten obraz chcemy dzisiaj rozwijać. Ja nazywam się Aleksander Baj i to jest 66. odcinek podcastu „Baj Example”. Marku, chciałbym zacząć od pytania: co rozumiesz przez budowanie świata przez dziecko?
No z całą pewnością, ale chciałbym zatrzymać się jeszcze przy tym zdaniu, które powiedziałeś wcześniej – że do rozwoju potrzeba spokoju. To jest często sprzeczne z intuicją wielu z nas. Wydaje nam się, że rozwój wymaga presji, wysiłku, wrzucenia na głęboką wodę. Że jeśli nie będziemy wymagać, dziecko nie będzie się rozwijać. Że jeśli zostawimy je w spokoju, to niczego się nie nauczy.
Tylko że nie chodzi o zostawienie dziecka samemu sobie. My bardzo często myślimy kategoriami skrajności. Albo totalna presja i ciągłe organizowanie rozwoju, albo całkowite wycofanie się dorosłego. Tymczasem chodzi o znalezienie rozsądnego rozwiązania.
I co ważne – ten „środek” nie zawsze oznacza dokładnie to samo. Na różnych etapach życia poziom wymagań i presji powinien wyglądać inaczej. Im bardziej jesteśmy dojrzali, tym bezpieczniej można zwiększać wymagania. Dorosły człowiek ma już reprezentację świata, może świadomie zdecydować, czy odpowie na dane wymaganie, czy je zignoruje. Ale małe dziecko takiej reprezentacji jeszcze nie ma. Ono dopiero ten świat buduje.
Jeżeli pokażemy dziecku ogromną różnorodność świata dorosłych w momencie, kiedy ono dopiero konstruuje swój obraz rzeczywistości, może nie powstać żaden spójny, bezpieczny system zależności. Zamiast tego pojawi się chaos i rozproszenie. A w takich warunkach trudno rozwijać się bezpiecznie.
Dlatego właśnie mówię o tym, żeby na początku nie przeładowywać młodego człowieka. Żeby go obserwować. Kiedy jesteśmy obecni i uważni, zaczynamy rozumieć, czego dziecko naprawdę potrzebuje. Musimy tylko odsunąć na bok nasze wyobrażenia o tym, co jest „konieczne” i „najlepsze”, i bardziej skupić się na tym, kim ono rzeczywiście jest.
Patrzę na ciebie, obserwuję cię, jesteś dla mnie ważny. To, jak reagujesz, jest dla mnie podstawą tego, co ci zaproponuję. W pewnym sensie tworzymy ten świat razem. Ale to nadal jest twój świat, dlatego najpierw pytam ciebie.
Jeszcze na moment wrócę do tego obrazu budowania świata. Powiedziałeś wcześniej, że mózg dziecka jest ogromnie plastyczny i wszystko, czego doświadcza, zostawia ślad. Czyli dziecko buduje świat nie tylko wtedy, kiedy jest z nami, ale właściwie cały czas – wszędzie, gdzie przebywa.
Dokładnie tak. Każde doświadczenie jest budowaniem świata.
W związku z tym odpowiedzialnością nie jest tylko nasz dom, ale także to, co dzieje się w przedszkolu, żłobku czy innych miejscach, do których dziecko trafia. A jako rodzice często mamy tendencję, żeby w to nie ingerować. Z wygody, z zaufania albo z przekonania, że inni „na pewno wiedzą lepiej”.
Pomyślałem też o czymś jeszcze. O takich codziennych sytuacjach, kiedy mamy coś do zrobienia i puszczamy dziecku bajkę. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak duży wpływ może mieć to, co ono tam zobaczy, na budowanie jego obrazu świata.
To oczywiste. Nie chciałbym jednak tego oceniać. Żłobek czy przedszkole są także kwestią zaufania społecznego. Warto pamiętać, że nasi przodkowie nie wychowywali dzieci wyłącznie w relacji „rodzic–dziecko”. Rozwój odbywał się w małej społeczności, w grupie ludzi, którym ufano. Dziecko funkcjonowało w jednej wspólnej przestrzeni społecznej.
Dzisiaj również potrzebujemy takich środowisk – nawet jeśli nie są już „wioską” w dosłownym sensie. Mogą być budowane przez relacje, znajomych, placówki edukacyjne czy społeczności, które współtworzymy. Problem w tym, że często te światy są od siebie oderwane i niespójne.
To trochę przypomina przestrzeń cyfrową. Kiedy młody człowiek przewija kolejne rolki na TikToku czy Instagramie, każda z nich pokazuje inny świat: inne zachowania, emocje, wartości, sposoby życia. Kolejna rolka często nie ma nic wspólnego z poprzednią. Mózg próbuje znaleźć w tym wspólny mianownik. Im młodsze dziecko, tym trudniej mu go odnaleźć.
Nasza rzeczywistość społeczna też coraz bardziej przypomina taki zbiór rolek. Jeśli światy, w których zanurzamy dziecko, są niespójne, trudno będzie mu zbudować bezpieczny obraz rzeczywistości. Dlatego tak ważne jest, żeby te przestrzenie – dom, przedszkole, relacje, codzienność – nie były od siebie całkowicie odcięte.
Oczywiście nawet jako dorośli nie mamy pełnej kontroli nad tym, co widzimy w mediach społecznościowych. Ale my możemy szukać alternatywy. Dziecko samo jej nie znajdzie. To my jesteśmy dla niego alternatywą.
I dlatego znowu wracamy do obecności. Jeżeli obecność oznacza wręczenie smartfona albo włączenie bajki – to też jest wybór, ale będzie miał swoje konsekwencje. Jeżeli natomiast obecność oznacza: „widzę, że mamy chwilę, chodź, zróbmy coś razem”, wtedy budujemy zupełnie inny rodzaj doświadczenia.
Nie chodzi o demonizowanie technologii. Czasem dziecko będzie chciało obejrzeć bajkę i to jest w porządku. Kluczowe są proporcje. To nie może być jedyny sposób organizowania wspólnego czasu i jedyny wzorzec reagowania na nudę czy brak planu.
Tak naprawdę czasem wystarczy po prostu usiąść obok dziecka i pobyć z nim. Bez komentowania, bez organizowania, bez zadawania pytań. Sama obecność może być niezwykle wartościowym doświadczeniem.
Myślę też o swoim doświadczeniu rodzicielskim. Czasem zadawałem sobie pytanie: „Co ja mam teraz zrobić z dziećmi?”. Nie miałem planu na popołudnie albo sobotę i wydawało mi się, że to błąd.
A tymczasem może nic nie trzeba robić. Podejść, zobaczyć, czym zajmuje się dziecko, dołączyć albo po prostu usiąść obok i poczekać, aż samo potraktuje nas jako element swojego świata. To, że dziecko nie zwraca się do nas w danym momencie, nie oznacza, że jesteśmy dla niego niewidzialni. Nasza obecność sama w sobie daje poczucie bezpieczeństwa i jest ogromnie ważnym doświadczeniem emocjonalnym i neurobiologicznym.
Jeszcze raz wrócę do tego obrazu budowania świata. Skoro mózg dziecka jest tak plastyczny i wszystko, czego doświadcza, zostawia w nim ślad, to wydaje się, że na bardzo wczesnych etapach życia powinniśmy ograniczać przypadkowość tego, czego dziecko doświadcza.
Dokładnie tak. Później, kiedy dziecko ma już bardziej zbudowany obraz świata, będzie mogło bezpieczniej poruszać się także w bardziej złożonych przestrzeniach. Natomiast w pierwszych miesiącach i latach życia fundamentem powinna być bezpośrednia obecność i fizyczność świata. Mózg najpierw musi zbudować reprezentację świata realnego – tego, w którym dziecko będzie funkcjonowało jako organizm przez całe życie. Dopiero później można proponować mu światy alternatywne, takie jak przestrzeń cyfrowa.
Dlatego zgadzam się z zaleceniami WHO, które mówią, że przez pierwsze dwa–trzy lata życia technologia cyfrowa powinna być incydentalna albo najlepiej nieobecna. Oczywiście są sytuacje, w których ekran pojawia się naturalnie – panel w samochodzie, pralka, urządzenia codziennego użytku – i dziecko pyta o nie czy reaguje na nie. Tego nie da się całkowicie wyeliminować. Natomiast intencjonalne wprowadzanie technologii jako czegoś, co ma rozwijać dziecko na bardzo wczesnym etapie życia, moim zdaniem nie jest dobrym kierunkiem.
Powinniśmy koncentrować się przede wszystkim na budowaniu świata fizycznego i relacyjnego. Jest taka zasada w biologii rozwoju, że najważniejsze dla danego gatunku kompetencje rozwijają się najwcześniej. A ponieważ człowiek jest gatunkiem społecznym, to właśnie kompetencje relacyjne i społeczne są fundamentem rozwoju małego dziecka. Dlatego obecność drugiego człowieka – bezpośrednia, fizyczna obecność – jest tutaj absolutnie kluczowa.
Mówiłeś wcześniej o szukaniu równowagi między wymaganiami a spokojem potrzebnym do rozwoju. I myślę, że wielu rodziców naprawdę odczuwa dziś ogromną presję. Dziecko znajomych chodzi do dwujęzycznego przedszkola, potem jedzie na basen, szachy, judo i robotykę – a ma cztery lata. I pojawia się pytanie: czy mogę spokojnie powiedzieć sobie, że moje dziecko też rozwinie się w swoim tempie, czy jednak powinienem ulec tej presji, bo inni je „wyprzedzą”?
Tylko wyprzedzą w czym? Jak to mierzymy? Co właściwie rozumiemy przez rozwój? I co te wszystkie zajęcia realnie dają konkretnemu dziecku? Nie chciałbym tutaj nikomu mówić: „róbcie tak” albo „róbcie inaczej”. Dzieci rozwijają się bardzo różnie i mają bardzo różne potrzeby.
Jeżeli dziecko rzeczywiście jest szczęśliwe, czeka na kolejne zajęcia, jest pełne energii, dobrze funkcjonuje społecznie i autentycznie chce uczestniczyć w tych aktywnościach, to być może właśnie taki model jest dla niego odpowiedni. Ale warto patrzeć na to, co dzieje się pomiędzy tymi zajęciami. Jak ono wygląda, kiedy jedzie z jednego miejsca na drugie. Jak reaguje.
Jeżeli dziecko siedzi z tyłu samochodu, milczy, patrzy gdzieś w pustkę, nie odpowiada na pytania – to warto się zatrzymać i zastanowić. To mogą być sygnały przeciążenia. Taki młody człowiek może mieć już w głowie tyle świata, że nie jest w stanie niczego więcej przyjąć.
Na Dalekim Wschodzie mówi się, że nie da się nalać herbaty do pełnej filiżanki. I bardzo trzeba uważać, czy przypadkiem nie próbujemy wciąż dolewać czegoś do naczynia, które jest już przepełnione.
Bo znowu wracamy do tego samego – fundamentem jest obecność. Jeżeli jesteśmy tak zajęci organizowaniem dziecku życia, że przestajemy mieć realny wpływ na budowanie relacji i wspólnego świata, to zaczynamy tracić coś bardzo ważnego.
Mówisz o obserwowaniu dziecka i trochę brzmi to jak podążanie za nim.
Tak, ale nie bierne podążanie. Nie chodzi o to, żeby pozwalać dziecku na wszystko i tylko stać z boku. Nasza obecność sama w sobie jest propozycją. Nie musimy ciągle czegoś mówić, organizować czy podsuwać. Nasza mimika, sposób reagowania, sposób mówienia – to wszystko jest dla dziecka bodźcem i doświadczeniem.
Często wydaje nam się, że jeśli nic konkretnego dziecku nie proponujemy, to nie spełniamy swojej roli. Tymczasem szczególnie na wczesnych etapach rozwoju sama dostępność relacyjna i uważna obecność są czymś absolutnie fundamentalnym.
Chciałem zapytać cię jeszcze o rolę swobodnej zabawy. André Stern i Ken Robinson bardzo mocno podkreślają, że zapomnieliśmy, jak ważna jest spontaniczna, niewymuszona zabawa. Że to podstawowe narzędzie, które natura dała dzieciom do uczenia się.
Nasze rozumienie zabawy rzeczywiście bardzo się zmieniło. Czasem nawet to, co dorośli nazywają zabawą, bardziej przypomina społeczny obowiązek niż prawdziwą radość czy ciekawość.
André Stern podaje taki przykład: dzieci przez kilka dni przygotowują przedstawienie. Robią kostiumy, scenografię, bilety, zaproszenia, ćwiczą role. Są skupione, wytrwałe, pracują nad jednym projektem godzinami – i to wszystko dzieje się z ich własnej inicjatywy. To właśnie jest zabawa.
I z perspektywy neurobiologii im więcej takiej zabawy, tym lepiej. Oczywiście ktoś musiał wcześniej pokazać dziecku teatr, więc rola dorosłego nadal jest ważna. Ale jeśli spojrzymy na to od strony funkcjonowania mózgu, zobaczymy coś bardzo ciekawego.
Nasze mózgi najlepiej uczą się wtedy, kiedy jesteśmy zaciekawieni światem. Kiedy pojawia się wyzwanie, aktywuje się układ nagrody – pojawia się dopamina, endorfiny, poczucie przyjemności. To wyjątkowa cecha człowieka. Jesteśmy jednym z niewielu gatunków, które reagują przyjemnością na coś nowego i nieznanego.
Ta naturalna ciekawość jest podstawą uczenia się świata. A zabawa idealnie odpowiada temu mechanizmowi. Łączy nowość, ciekawość, relacje społeczne i poczucie sensu. Właśnie dlatego jest jednym z najlepszych możliwych środowisk rozwoju i uczenia się.
No i my jako dorośli bardzo często kojarzymy zabawę wyłącznie z aktywnością małych dzieci.
Oczywiście niesłusznie. Wróćmy jeszcze na chwilę do przykładu tego dziecięcego teatru. Myślę, że wielu dydaktyków czy edukatorów spojrzałoby na to jak na pełnoprawny projekt edukacyjny. Gdyby opisać to językiem dydaktyki, znaleźlibyśmy tam cele, planowanie, współpracę, rozwój kompetencji, organizację procesu i konkretne efekty. Można by wręcz stworzyć z tego modelową procedurę edukacyjną.
I właśnie o to chodzi – zabawa i uczenie się wcale nie stoją po przeciwnych stronach. To często dokładnie to samo zjawisko, tylko oglądane z innej perspektywy.
Myślę, że jako rodzice, nauczyciele czy edukatorzy szukamy odpowiedzi na pytanie, jakie środowisko jest najlepsze dla rozwoju dziecka. I dlatego ciekawi mnie, że jako naukowiec zdecydowałeś się zaangażować w tworzenie przedszkola. Jak powinno wyglądać takie miejsce, żeby było zgodne z tym, co dziś wiemy o rozwoju mózgu dziecka?
Rzeczywiście, po wielu latach analizowania badań dotyczących funkcjonowania mózgu i rozwoju człowieka spotkałem ludzi z ogromnym doświadczeniem praktycznym w edukacji przedszkolnej. Postanowiliśmy połączyć te dwa światy.
Nie jestem tam projektantem całej przestrzeni w sensie organizacyjnym. Raczej próbuję przekładać wiedzę neurobiologiczną na konkretne możliwości i rozwiązania. I okazało się coś bardzo ciekawego – intuicje doświadczonych praktyków są bardzo spójne z tym, co mówi współczesna nauka o rozwoju dziecka.
Naszym marzeniem jest stworzenie miejsca, w którym podmiotem nie będzie wyłącznie dziecko, ale cała rodzina. Nie chcemy sytuacji, w której rodzic przyprowadza dziecko rano, odbiera po południu i właściwie traci wpływ na to, co dzieje się pomiędzy.
Oczywiście realia są takie, że dziecko musi funkcjonować bez rodzica przez część dnia. Ale chcemy, żeby rodzic nadal był współtwórcą tej przestrzeni. Żeby współpraca między rodzicem a nauczycielem przypominała bardziej relację sąsiedzką niż formalny układ instytucjonalny.
Chodzi o tworzenie spójnego środowiska, w którym wszyscy – rodzice i nauczyciele – mówią jednym głosem, nie tylko słowami, ale też codziennym działaniem. Chcemy wspólnie budować spokojną, bezpieczną przestrzeń dla dziecka.
Dlatego myślimy o wspólnych spotkaniach, wyjazdach, zajęciach weekendowych czy zwykłym wspólnym czasie. Chcemy zapraszać rodziców do rozmowy i refleksji. Usiąść razem przy kawie i zastanowić się: czy ta przestrzeń rzeczywiście odpowiada potrzebom dzieci? Czy czegoś w niej nie brakuje? A może przeciwnie – jest tam zbyt wiele?
Bo tylko spójność daje dziecku poczucie bezpieczeństwa.
Czyli bardzo wyraźnie podkreślacie, że rodzice nadal pozostają bezpośrednio zaangażowani w to, co dzieje się z dzieckiem.
Absolutnie tak. Rodzic nie jest kimś, kto jedynie przyprowadza i odbiera dziecko. Jest współtwórcą tej rzeczywistości.
I co ważne – nie wynika to wyłącznie z moich teorii. Rozmawiam z ludźmi, którzy mają za sobą wiele lat pracy w różnych przedszkolach. Wielu z nich mówi dokładnie to samo: że taki model jest możliwy. Tylko trzeba stworzyć warunki, w których będzie codziennością, a nie wyjątkiem.
Trochę przypomina to założenia edukacji demokratycznej.
W pewnym sensie tak, choć nie chciałbym wkładać tego do jednego worka czy przypinać konkretnej etykiety. Inspirujemy się różnymi podejściami pedagogicznymi, ale najważniejsze jest dla nas to, żeby najpierw zobaczyć, jakie dzieci i jakie rodziny rzeczywiście do nas przychodzą. Dopiero potem budować rozwiązania dopasowane do ich potrzeb.
Często rodzice pytają, jakie dodatkowe zajęcia oferujemy dzieciom. Oczywiście istnieje jakiś podstawowy zestaw aktywności, ale najczęściej odpowiedź brzmi: „najpierw zobaczymy, czego konkretne dziecko potrzebuje”.
Najpierw chcemy się poznać. Porozmawiać z rodzicami, którzy wiedzą o swoim dziecku najwięcej. Dopiero potem wspólnie zastanawiać się, w jakim kierunku warto pójść. Ale wszystko ma się odbywać spokojnie, bezpiecznie i w sposób zrozumiały dla wszystkich stron.
Bo bezpieczeństwo, spokój i poczucie zrozumienia bardzo mocno przenoszą się na emocje dziecka. Jeżeli między dorosłymi pojawiają się konflikty, napięcia czy niespójności, dziecko natychmiast wpisuje je sobie jako element obrazu świata.
A nam bardzo zależy na tym, żeby tych niespójności było jak najmniej.
Oczywiście nie oznacza to, że chcemy wyeliminować wszystkie trudne emocje. Wręcz przeciwnie. Bardzo często próbujemy usuwać ze świata dziecka smutek, złość czy poczucie straty, bo wydaje nam się, że tak będzie lepiej. Tymczasem emocje istnieją po coś. Skoro ewolucja je wytworzyła, to znaczy, że były potrzebne.
Nie chodzi o to, żeby emocje eliminować, ale żeby pokazywać dziecku, że są naturalną częścią życia. Jeśli dziecko się złości, a my zajmujemy się wyłącznie tym, żeby przestało się złościć, to tak naprawdę nie zajęliśmy się samą emocją. Poradziliśmy sobie jedynie z jej objawem.
Podobnie jest z płaczem. Często robimy wszystko, żeby dziecko przestało płakać, ale nie zajmujemy się powodem tego płaczu. W efekcie dziecko zaczyna uczyć się, że pewne emocje są niepożądane albo niewygodne dla innych.
A neuroplastyczny mózg bardzo szybko zapisuje sobie taki komunikat. Uczy się, że złość, smutek czy trudne emocje należy ukrywać, bo bliscy źle na nie reagują.
No właśnie. Zupełnie zgadzam się z tym, że nie jesteśmy w stanie wyeliminować trudnych emocji z życia dziecka.
I nie powinniśmy tego robić. To bardzo ważne. Naszą rolą nie jest usuwanie emocji, ale pomaganie dziecku w ich przeżywaniu.
Myślę, że dużym wyzwaniem w placówkach jest po prostu liczba dzieci.
Oczywiście. I znowu – nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak krytyka kogokolwiek. Bardzo często istnieją ograniczenia systemowe, finansowe czy organizacyjne, których zwyczajnie nie da się przeskoczyć. Ale ponieważ tworzymy własną przestrzeń, możemy pozwolić sobie na coś innego.
Chcemy, żeby grupy były małe – mniej więcej kilkanaście dzieci na jednego opiekuna. A właściwie nawet nie do końca chodzi o „jednego opiekuna”, bo sama przestrzeń ma działać trochę bardziej jak wioska. Grupy będą się częściowo przenikać, dzieci będą funkcjonować w środowisku bardziej naturalnym społecznie.
Myślimy też o grupach różnowiekowych. W prawdziwym życiu funkcjonujemy przecież w grupach, które są mieszane wiekowo, a nie podzielone rocznikami. Taki układ jest bardziej naturalny i społecznie bezpieczniejszy.
Oczywiście zobaczymy, jak ta wizja zderzy się z rzeczywistością. Traktujemy to jako proces. To, co dziś sobie wyobrażamy, może za pół roku wyglądać trochę inaczej. Ale jesteśmy gotowi ten proces przejść.
I chyba właśnie to jest bardzo ważne – myślenie kategorią procesu i społeczności. Jeśli zapraszacie rodziców do współtworzenia tej przestrzeni, to ona będzie się razem z nimi zmieniać.
Dokładnie tak. I to też ma ogromny wpływ na rozwój dziecka. Jeśli zmienia się środowisko, w którym ono funkcjonuje, zmienia się również samo dziecko. To, że przychodzi do nas z jakąś trudnością, absolutnie nie oznacza, że ta trudność definiuje je na stałe.
Dziecko nie jest „problemem”, który trzeba naprawić. Ono funkcjonuje w określonym środowisku i bardzo często zmiana tego środowiska zmienia również sposób jego funkcjonowania.
Dlatego tak ważne jest, żeby nie traktować dzieci wyłącznie przez pryzmat diagnoz, etykiet czy trudności. Oczywiście bywają sytuacje wymagające specjalistycznego wsparcia i nie można tego ignorować. Ale równie ważne jest zadanie sobie pytania: czy środowisko, w którym dziecko przebywa, rzeczywiście odpowiada jego potrzebom?
Bo często próbujemy „naprawiać” dziecko, zamiast zastanowić się nad tym, czy świat wokół niego jest dla niego bezpieczny, spokojny i zrozumiały.
I znowu wracamy do tego, od czego zaczęliśmy – do budowania świata. Dziecko buduje obraz rzeczywistości z tego, czego doświadcza każdego dnia. Z relacji, emocji, sposobu, w jaki reagują dorośli, z poziomu bezpieczeństwa, którego doświadcza.
Dlatego obecność, uważność i spójność są tak ważne. To nie są dodatki do wychowania. To jest fundament.
Myślę, że bardzo często próbujemy wychowywać poprzez strategie, metody i techniki, a tymczasem najważniejsze rzeczy dzieją się w zwykłej codzienności. W tym, czy dziecko czuje się widziane, słyszane i bezpieczne.
Bo jeśli człowiek od samego początku buduje świat, w którym jest miejsce na emocje, relacje i spokojną obecność drugiego człowieka, to później dużo łatwiej będzie mu budować bezpieczne relacje również w dorosłym życiu.
Myślę, że bardzo często próbujemy wychowywać dzieci poprzez strategie, metody i techniki. Szukamy odpowiednich narzędzi, zastanawiamy się, jak skutecznie reagować, jak najlepiej wspierać rozwój. A tymczasem najważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. W tym, czy dziecko czuje się widziane, słyszane i bezpieczne.
Dokładnie tak. I warto pamiętać, że rozwój nie jest liniowym projektem do zrealizowania. To proces budowania świata, który odbywa się każdego dnia. Poprzez relacje, emocje, reakcje innych ludzi, poczucie bezpieczeństwa albo jego brak.
Jeżeli człowiek od samego początku doświadcza świata, w którym jest miejsce na emocje, na obecność, na uważność i spokojne relacje, to dużo łatwiej będzie mu później budować bezpieczne relacje również w dorosłym życiu.
Mam też poczucie, że wielu rodziców żyje dziś w ogromnym napięciu. W przekonaniu, że cały czas trzeba coś robić, rozwijać, organizować, wspierać, planować.
Bo bardzo często mylimy rozwój z ciągłą stymulacją. A rozwój potrzebuje również ciszy, zatrzymania, przestrzeni na doświadczenie i uporządkowanie świata.
Nasze mózgi nie rozwijają się najlepiej wtedy, kiedy są bez przerwy bombardowane bodźcami. Rozwijają się najlepiej wtedy, kiedy mogą budować sens. A do tego potrzebny jest czas, bezpieczeństwo i relacja.
To chyba bardzo trudne w świecie, który sam jest przebodźcowany i rozproszony.
Oczywiście, że trudne. Żyjemy w rzeczywistości, która nieustannie walczy o naszą uwagę. I dotyczy to zarówno dorosłych, jak i dzieci. Dlatego tym bardziej potrzebujemy świadomie tworzyć przestrzenie, w których można się zatrzymać.
Myślę, że to jest dziś jedna z najważniejszych rzeczy w wychowaniu – nie tyle dostarczać dziecku coraz więcej, ile pomagać mu budować spójny i bezpieczny obraz świata.
Bo dziecko naprawdę nie potrzebuje nieustannego „rozwoju” rozumianego jako kolejne zajęcia, aktywności i kompetencje. Ono przede wszystkim potrzebuje relacji. Potrzebuje obecności drugiego człowieka. Potrzebuje doświadczać świata, który jest przewidywalny, spokojny i zrozumiały.
I chyba właśnie wtedy rozwija się najlepiej.
Tak mi się wydaje. Szczególnie na tych pierwszych etapach życia to właśnie relacja jest fundamentem wszystkiego. Nie technologia, nie metody, nie programy edukacyjne, ale obecność drugiego człowieka.
To ona buduje poczucie bezpieczeństwa, a poczucie bezpieczeństwa jest warunkiem rozwoju.
Bo mózg, który czuje się bezpiecznie, może poznawać świat. Może być ciekawy. Może eksplorować. Może się uczyć.
Natomiast mózg przeciążony, zestresowany albo zanurzony w chaosie przede wszystkim próbuje sobie poradzić z przetrwaniem. I wtedy rozwój schodzi na dalszy plan.
Dlatego tak często wracam do słowa „obecność”. Bo mam poczucie, że ono zawiera w sobie bardzo wiele z tego, co naprawdę jest dziecku potrzebne.
Myślę też, że bardzo często jako dorośli próbujemy wychowywać dzieci w taki sposób, jakby rozwój był wyścigiem. Jakby trzeba było jak najszybciej zdobywać kolejne kompetencje, umiejętności i doświadczenia.
Tak, a tymczasem rozwój nie jest wyścigiem. Rozwój jest procesem dojrzewania układu nerwowego w relacji ze światem. I ten proces potrzebuje czasu. Nie da się go przyspieszyć bez kosztów.
To trochę tak, jakbyśmy chcieli przyspieszyć wzrost drzewa, ciągnąc je za gałęzie. Możemy oczywiście próbować, tylko pytanie, co wtedy stanie się z korzeniami.
A mam poczucie, że dzisiaj bardzo często skupiamy się właśnie na „gałęziach” – na efektach, kompetencjach, osiągnięciach – zamiast patrzeć na fundamenty.
Dokładnie tak. A fundamentem jest poczucie bezpieczeństwa, relacja i możliwość spokojnego budowania obrazu świata. Jeżeli dziecko od początku doświadcza chaosu, niespójności, ciągłej presji albo przeciążenia, to bardzo trudno będzie mu później zbudować stabilne poczucie siebie i świata.
Warto pamiętać, że małe dziecko nie interpretuje rzeczywistości tak jak dorosły. Ono nie myśli: „mam teraz trudniejszy okres” albo „rodzice są zestresowani pracą”. Ono po prostu doświadcza emocjonalnego klimatu świata, w którym żyje, i zapisuje go w sobie.
Czyli właściwie budujemy nie tylko kompetencje dziecka, ale też jego podstawowe poczucie tego, jaki jest świat.
Tak. Czy świat jest bezpieczny czy niebezpieczny. Czy ludzie są dostępni emocjonalnie. Czy moje emocje są ważne. Czy mogę być sobą. Czy kiedy czegoś potrzebuję, ktoś odpowiada na tę potrzebę.
To są absolutnie podstawowe wpisy neurorozwojowe. I one powstają dużo wcześniej, zanim zaczniemy mówić o edukacji w takim szkolnym znaczeniu.
Mam też wrażenie, że wielu rodziców słuchając takich rozmów może poczuć lęk albo ciężar odpowiedzialności.
Rozumiem to, ale naprawdę nie chodzi o to, żeby rodzice żyli w ciągłym napięciu i analizowali każdą swoją reakcję. Nie istnieją idealni rodzice ani idealne środowiska wychowawcze. Dziecko nie potrzebuje perfekcji. Potrzebuje wystarczająco bezpiecznej relacji.
I bardzo ważne jest też to, żeby umieć naprawiać relację. Bo relacje zawsze będą miały pęknięcia. Pojawi się złość, zmęczenie, nieporozumienia, frustracja. To naturalne. Kluczowe jest to, czy potrafimy później wrócić do dziecka, odbudować kontakt i pokazać mu, że relacja nadal istnieje.
To chyba bardzo ważne, bo często boimy się popełniać błędy jako rodzice.
A błędy są nieuniknione. Problemem nie jest sam błąd. Problemem jest brak refleksji i brak gotowości do odbudowy relacji.
Dziecko nie potrzebuje rodzica, który nigdy się nie myli. Potrzebuje rodzica obecnego, uważnego i gotowego do naprawiania więzi wtedy, kiedy coś się wydarzy.
I może właśnie to jest najważniejsze w tym całym budowaniu świata – że ono dzieje się w relacji. Nie w idealnych warunkach laboratoryjnych, tylko w prawdziwym życiu, pomiędzy ludźmi, którzy też są zmęczeni, pogubieni, czasem bezradni.
Tak. I może dlatego obecność jest tak fundamentalna. Bo obecność nie oznacza perfekcji. Oznacza gotowość do bycia z drugim człowiekiem. Także wtedy, kiedy jest trudno.
Myślę też, że wielu rodziców słuchając takich rozmów może poczuć lęk albo ogromny ciężar odpowiedzialności. Bo skoro wszystko zostawia ślad, skoro każde doświadczenie buduje obraz świata dziecka, to łatwo dojść do wniosku, że właściwie nie wolno popełniać błędów.
Rozumiem to, ale naprawdę nie o to chodzi. Nie istnieją idealni rodzice ani idealne środowiska wychowawcze. Dziecko nie potrzebuje perfekcji. Ono potrzebuje wystarczająco bezpiecznej relacji. To ogromna różnica.
Błędy są nieuniknione. Pojawi się zmęczenie, frustracja, złość, momenty bezradności. Relacje zawsze będą miały swoje pęknięcia. Kluczowe jest jednak to, czy potrafimy później wrócić do dziecka, odbudować kontakt i pokazać mu, że relacja nadal istnieje.
Bo problemem nie jest sam błąd. Problemem jest brak refleksji i brak gotowości do naprawiania więzi. Dziecko nie potrzebuje rodzica, który nigdy się nie myli. Potrzebuje rodzica obecnego, uważnego i gotowego do bycia w relacji także wtedy, kiedy jest trudno.
I może właśnie to jest najważniejsze w tym całym budowaniu świata – że ono dzieje się pomiędzy ludźmi. Nie w idealnych warunkach laboratoryjnych, ale w codziennym życiu, w którym wszyscy bywamy zmęczeni, pogubieni i niedoskonali.
Tak, dlatego tak często wracam do słowa „obecność”. Bo obecność nie oznacza perfekcji. Oznacza gotowość do bycia z drugim człowiekiem. Także wtedy, kiedy jest trudno.
Mam też poczucie, że to jest trochę uwalniające. Bo bardzo często współczesne rodzicielstwo przypomina projekt do zarządzania. Szukamy metod, strategii, checklist, najlepszych praktyk. Chcemy mieć pewność, że robimy wszystko dobrze.
To prawda. I oczywiście wiedza jest ważna. Dobrze rozumieć mechanizmy rozwoju dziecka, emocji czy funkcjonowania mózgu. Ale jednocześnie trzeba uważać, żeby nie zgubić w tym relacji.
Myślę, że czasami próbujemy wychowywać dzieci bardziej poprzez zarządzanie niż poprzez bycie z nimi. A dziecko przede wszystkim potrzebuje doświadczenia relacji. Potrzebuje czuć, że jest widziane, słyszane i ważne.
To nie oznacza, że mamy rezygnować z granic czy z odpowiedzialności dorosłego. Wręcz przeciwnie. Dziecko potrzebuje dorosłego, który daje poczucie bezpieczeństwa również poprzez przewidywalność, spokojne granice i stabilność. Ale czym innym są spokojne granice, a czym innym nieustanna presja.
Dzisiaj bardzo często mylimy rozwój z ciągłą stymulacją. Wydaje nam się, że dziecko powinno być cały czas czymś zajęte, rozwijane, inspirowane, aktywizowane. Tymczasem układ nerwowy potrzebuje również odpoczynku, ciszy i możliwości spokojnego przetwarzania doświadczeń.
Mózg nie rozwija się najlepiej wtedy, kiedy jest nieustannie bombardowany bodźcami. Rozwija się najlepiej wtedy, kiedy może budować sens. A do tego potrzebne są bezpieczeństwo, relacja i czas.
Myślę, że to szczególnie trudne dzisiaj, kiedy sami żyjemy w rzeczywistości przebodźcowanej, rozproszonej i bardzo szybkiej.
Oczywiście. Żyjemy w świecie, który praktycznie bez przerwy walczy o naszą uwagę. I dotyczy to zarówno dorosłych, jak i dzieci. Dlatego tak ważne staje się świadome tworzenie przestrzeni, w których można zwolnić i naprawdę pobyć razem.
Mam czasem poczucie, że największym wyzwaniem współczesnego rodzicielstwa nie jest brak wiedzy, tylko brak przestrzeni na obecność. Jesteśmy zmęczeni, przeciążeni, ciągle gdzieś pomiędzy obowiązkami. I bardzo łatwo wtedy wejść w tryb „organizowania dziecku życia”, zamiast po prostu być z nim.
A przecież dziecko naprawdę nie potrzebuje nieustannego „programu rozwojowego”. Ono przede wszystkim potrzebuje relacji. Potrzebuje doświadczać świata, który jest przewidywalny, spokojny i zrozumiały.
I myślę, że warto bardzo wyraźnie powiedzieć jedną rzecz: rozwój dziecka nie odbywa się wyłącznie wtedy, kiedy ktoś je czegoś uczy. Rozwój dzieje się cały czas. W każdej relacji, w każdej emocji, w każdej codziennej sytuacji.
Kiedy dziecko siedzi obok nas i widzi, w jaki sposób reagujemy na stres. Kiedy obserwuje, jak rozmawiamy z innymi ludźmi. Kiedy doświadcza tego, czy jesteśmy dostępni emocjonalnie. To wszystko buduje jego obraz świata.
Dlatego tak ogromne znaczenie ma spójność. Nie perfekcja, ale właśnie spójność. Dziecko potrzebuje wiedzieć, że świat jest w pewnym stopniu przewidywalny. Że emocje mają sens. Że relacje są trwałe. Że można doświadczać trudnych rzeczy i jednocześnie nadal być bezpiecznym.
Mam poczucie, że to też trochę zmienia nasze myślenie o edukacji.
Zdecydowanie. Jeśli naprawdę potraktujemy rozwój jako budowanie świata, to edukacja przestaje być wyłącznie przekazywaniem wiedzy. Staje się tworzeniem środowiska, w którym dziecko może bezpiecznie rozwijać swoją ciekawość, relacje i poczucie sensu.
Bo naturalnym stanem ludzkiego mózgu jest ciekawość świata. Dziecko nie rodzi się z brakiem motywacji do uczenia się. Wręcz przeciwnie – ono od początku chce poznawać, doświadczać, eksplorować. Pytanie brzmi raczej: co później dzieje się z tą naturalną ciekawością?
I być może część problemu polega na tym, że zbyt wcześnie zaczynamy traktować rozwój jak projekt oparty na wymaganiach, ocenach i presji, zamiast chronić naturalną potrzebę poznawania świata.
Dlatego tak ważna jest zabawa, relacja i swobodna eksploracja. Nie jako „dodatek” do nauki, ale jako fundament rozwoju.
Mam też wrażenie, że kiedy słuchamy takich rzeczy, łatwo pomyśleć: „to wszystko brzmi pięknie, ale przecież rzeczywistość wygląda inaczej”. Wielu rodziców jest zmęczonych, pracuje, ma mało czasu, funkcjonuje pod ogromną presją.
Oczywiście. I właśnie dlatego tak ważne jest, żeby nie traktować tych rozmów jako tworzenia kolejnego ideału rodzicielstwa. To nie jest rozmowa o perfekcji. To jest raczej próba przypomnienia sobie, co jest naprawdę najważniejsze.
Bo czasami naprawdę najważniejsze rzeczy są bardzo proste. Usiąść obok dziecka. Być dostępny. Zobaczyć je. Posłuchać. Zareagować spokojnie. Dawać mu doświadczenie relacji, w której jest miejsce na emocje, ciekawość, odpoczynek i bezpieczeństwo.
I być może właśnie od tego zaczyna się budowanie świata, który później człowiek będzie nosił w sobie przez całe życie.
Mam też poczucie, że kiedy słuchamy takich rozmów, łatwo pomyśleć: „To wszystko brzmi pięknie, ale przecież rzeczywistość wygląda inaczej”. Wielu rodziców jest zmęczonych, pracuje, ma mało czasu, funkcjonuje pod ogromną presją.
Oczywiście. I właśnie dlatego tak ważne jest, żeby nie traktować tych rozmów jako tworzenia kolejnego ideału rodzicielstwa. To nie jest rozmowa o perfekcji. To jest raczej próba przypomnienia sobie, co jest naprawdę najważniejsze.
Bo czasami najważniejsze rzeczy są bardzo proste. Usiąść obok dziecka. Być dostępny. Zobaczyć je. Posłuchać. Zareagować spokojnie. Dawać mu doświadczenie relacji, w której jest miejsce na emocje, ciekawość, odpoczynek i bezpieczeństwo.
I być może właśnie od tego zaczyna się budowanie świata, który człowiek będzie później nosił w sobie przez całe życie.
Bardzo ci dziękuję za tę rozmowę. Mam poczucie, że ona jest z jednej strony niezwykle ważna, a z drugiej bardzo uspokajająca. Bo kiedy słucha się ciebie, można dojść do wniosku, że wcale nie chodzi o to, żeby robić więcej. Raczej o to, żeby być bardziej obecnym.
Tak, zdecydowanie. Myślę, że jednym z największych problemów współczesnego świata jest właśnie przekonanie, że rozwój zawsze musi oznaczać „więcej”. Więcej zajęć, więcej doświadczeń, więcej bodźców, więcej aktywności. Tymczasem bardzo często rozwój potrzebuje właśnie mniej. Mniej chaosu, mniej pośpiechu, mniej presji.
A więcej obecności, uważności i relacji.
To chyba trudne również dlatego, że sami jako dorośli często funkcjonujemy w ogromnym rozproszeniu.
Oczywiście. I dlatego tak ważne jest, żebyśmy byli świadomi, że dzieci uczą się świata przede wszystkim od nas. Nie tylko z tego, co do nich mówimy, ale z tego, jak sami żyjemy. Jak reagujemy na napięcie, jak budujemy relacje, jak odpoczywamy, jak przeżywamy emocje.
Dziecko nie uczy się świata z wykładu. Ono uczy się świata poprzez doświadczenie bycia z drugim człowiekiem.
I chyba właśnie dlatego obecność jest tak fundamentalna. Bo obecność oznacza coś znacznie więcej niż fizyczne przebywanie obok siebie. Oznacza uważność, dostępność emocjonalną i gotowość do relacji.
Myślę też, że bardzo ważne jest odzyskanie zaufania do samego dziecka. Do tego, że ono naprawdę ma naturalną potrzebę rozwoju, poznawania i uczenia się. Że nie trzeba nieustannie go „napędzać”.
Tak. Człowiek rodzi się z ogromną ciekawością świata. To jest coś absolutnie naturalnego. Małe dziecko chce poznawać, doświadczać, dotykać, pytać, próbować. I bardzo często naszym zadaniem nie jest tę ciekawość tworzyć, ale raczej jej nie zniszczyć.
Nie zalać jej nadmiarem wymagań, ocen, presji i nieustannego organizowania rzeczywistości.
Bo wtedy rozwój przestaje być czymś naturalnym i zaczyna stawać się reakcją na oczekiwania otoczenia.
Mam poczucie, że to bardzo zmienia perspektywę patrzenia na dziecko.
Myślę, że tak. Szczególnie jeśli zaczniemy patrzeć na rozwój nie jak na wyścig czy projekt do zrealizowania, ale jak na proces budowania świata wewnętrznego człowieka.
Świata, który później będzie wpływał na wszystko: na relacje, poczucie bezpieczeństwa, sposób przeżywania emocji, zdolność do uczenia się, ciekawość świata i kontakt z drugim człowiekiem.
Dlatego tak ogromne znaczenie mają pierwsze lata życia. Nie dlatego, że wtedy trzeba „wyprodukować” jak najwięcej kompetencji, ale dlatego, że wtedy buduje się fundament.
A fundamentem zawsze jest relacja.
Bardzo ci dziękuję za tę rozmowę.
Dziękuję bardzo.
A wam dziękuję za wysłuchanie kolejnego odcinka podcastu „Baj Example”. Jeśli ta rozmowa była dla was ważna albo wartościowa, możecie udostępnić ją komuś, komu również może się przydać. Dzięki i do usłyszenia.

