Twórczość, Zabawa

Arno Stern – Fenomen Malortu

“To są przygody, których nikt nie mógłby przewidzieć. Dokonały się tak, jak dokonuje się cud. Któregoś dnia się rozpoczęły i przeszły wszelką miarę, wszelkie pojęcie, wszelkie oczekiwania…”

W książce Szczęśliwy jak dziecko, które maluje  Arno Stern opowiada o zabawie malarskiej z perspektywy dziecka. Pokazuje, że rysowanie jest wynikiem naturalnej potrzeby i odbywa się według określonych, uniwersalnych praw. Zapraszamy do przeczytania fragmentu.

Fragment książki

“Szczęśliwy jak dziecko, które maluje”

Arno Sterna

Kiedy mówię publicznie o Malorcie, moi słuchacze niemal zawsze reagują zachwytem, gdy dowiadują się o istnieniu tej niespodziewanej enklawy. „Jak to możliwe – mówią – że nie jest to szerzej znane?”. Wszystko, co im opowiadam, jest odwrotnością zwyczajów dzisiejszego społeczeństwa. Dziesięć lat temu to było nie do przyjęcia. Spotykałem się często z agresywnymi reakcjami; do dziś zresztą w środowiskach nauczycielskich tli się jeszcze zadawniona wrogość w stosunku do mnie, która dziwi moich dzisiejszych słuchaczy. Mówię o tych samych rzeczach, niemal tymi samymi słowami, używając podobnych obrazów i pojęć! Ale szkoła nie jest już tym, czym była dawniej: co pozostało z tego bastionu powszechnej wiedzy, z tej świątyni, w której posługiwali pewni swej użyteczności kapłani? Mnóstwo wątpliwości, znaków zapytania, a nawet rozpaczy. Nauczyciele poszukują. Czego? Nowych metod, sposobów na przetrwanie i na radzenie sobie z niechęcią i agresją uczniów…!

Kiedy mówię o Malorcie, odsłaniam przed nimi nowy sposób relacji, nową aktywizującą rolę, nadzieję. Pytają: „Ale jak mogę przełożyć idee Malortu na realia szkoły?”. Odpowiadam: „To wasza sprawa, nie moja! Ja nie wybrałem waszego sposobu życia, lecz inny. Miejcie przekonania i działajcie w zgodzie z nimi. Reszta to tylko kwestia organizacji”.

Istotnie, znam nauczycieli, którzy zagospodarowali odpowiednią przestrzeń w swojej klasie albo w podziemiach szkoły. Czy to działa? Działa, lepiej lub gorzej! Ale wszystkie dzieci są w tym samym wieku. Czy są w stanie tak nagle wyjść z szeregu – ze znormalizowanego stada – czy są w stanie nie porównywać się z tymi, z którymi na co dzień rywalizują? A dorosły – czy może nagle przestać być nauczycielem, a zacząć posługiwać? Czy może przejść z jednej roli do drugiej?

Bardziej istotna od zagospodarowania przestrzeni wydaje mi się postawa wobec śladu dziecka. Innymi słowy: nawet jeśli nie stworzycie dzieciom warunków do malowania takich jak w Malorcie, ważne jest to, czego nie będziecie więcej robić. Za każdym razem, kiedy złapiecie się na zachowaniach sprzed odkrycia formulacji, musicie poczuć drobne ukłucie i zreflektować się: „Co ja wyprawiam?”. Za każdym razem, kiedy będziecie mieli ochotę powiedzieć dziecku: „Ależ twój domek jest za mały w stosunku do ludzika!” albo kiedy powiecie sobie: „Czemu on maluje czerwone niebo?” – natychmiast będziecie odczuwać wyrzuty sumienia. To właśnie jest istotne, wszystko to, co zlikwidujecie: tematy i porady, komentarze, pytania, poprawki, wystawki…! I w ten sposób przyczynicie się do ocalenia formulacji!

Kiedy zatrzymuje mnie jakiś przechodzień i mówi: „Pewnie pan mnie nie pamięta, malowałem u pana dwadzieścia pięć lat temu!” – odnajduję w tym dorosłym coś z dziecka, którym był kiedyś. I oboje jesteśmy zachwyceni – tym, że się spotkaliśmy i że pamiętamy o sobie.

Wiedziałem, że malowanie w Malorcie jest radosnym doświadczeniem. Przez długi czas sądziłem, że ta zabawa mogła w istotny sposób wpłynąć tylko na tych, którzy uczestniczyli w niej przez lata. Ale nieustannie potwierdza się coś, do czego sam nie ośmielałem się przyznać: że nawet krótki okres pozostawia niezatarty ślad.

Ci, którzy zaczepiają mnie na ulicy, mówiąc: „Malowałem u pana dwadzieścia pięć lat temu!”, nigdy nie omieszkają dorzucić: „I cudownie to wspominam!”.

To musiała być wielka przygoda w ich dziecięcym życiu! Porywająca zabawa uruchamiająca wszelkie energie, potrzeby, zdolności. Myślę o Christophie, który całymi tygodniami, w każdy czwartek mieszkał w przestrzeniach wypełnionych okrętami wojennymi i samolotami, otoczonymi szerokimi, gęstymi wytryśnięciami ognia. Myślę o Hélène, która przeżyła w Malorcie doskonale spełnione lata dzieciństwa. Co tydzień zanurzała się w niezliczonych metrach kwadratowych morskich przestrzeni, wśród wielobarwnego mrowia ryb, kamyków, wodnych roślin! Myślę o Béatrice, która stworzyła całą krainę wokół swej drobnej sylwetki – z rzeką, drogą, kwiatami, drzewami – wysoką na pięć, a szeroką na dwa i pół metra!

To są przygody, których nikt nie mógłby przewidzieć. Dokonały się tak, jak dokonuje się cud. Któregoś dnia się rozpoczęły i przeszły wszelką miarę, wszelkie pojęcie, wszelkie oczekiwania. To całe dzieciństwo. Poprzedniego dnia nikt nawet o nich nie myślał – ale nazajutrz Elsa namalowała dom, tak jak inni, tak jak sama już wcześniej wielokrotnie to robiła. A potem wyrosła z niego droga skierowana w dół, skręcająca w bok, tworząca zawijasy i serpentyny na rosnącej wciąż powierzchni – i oto między sufitem a podłogą Malortu rozwinęło się piętnaście metrów kwadratowych przygody. Jaka technika!

Jakie uświadomienie sobie umiejętności technicznych wykraczających poza wszelkie normy – z rozmachem, który nie natknął się na żaden opór!

I żadne z tych dzieci nie domagało się podziwu, uznania czy komentarza… Żadne nie smakowało poczucia sukcesu. To, co się wydarzyło, było po prostu naturalne. Kiedy zabawa dobiegała kresu, każde wracało do siebie, do swojego codziennego życia, nie patrząc wstecz; ale każde wiedziało, że za tydzień przygoda rozpocznie się na nowo. I tak było zawsze, przez całe dzieciństwo, aż do pięćdziesiątego roku życia, a nawet dłużej!

A Vincent, René, Pierre, Claire, Laure-Anne, Catherine, Isabelle… niezapomniane dzieci Malortu, które nie wyobrażały sobie życia bez Malortu i które dzięki Malortowi stały się – wśród tylu niespełnionych istot – stwórcami życia, mężczyznami i kobietami mającymi za sobą prawdziwie szczęśliwe dzieciństwo.

Kiedy któreś z nich, spotkane przypadkowo, wraca do tego pamięcią – przypomina sobie te parę godzin, które rozświetlały wszystkie inne i których echo po latach nadal jest żywe.

A we mnie, w przeznaczonym dla nich schowku pamięci, wszystkie te dzieci są obecne. Żaden z ich obrazów nie stał się martwym przedmiotem zamkniętym w kartonie archiwaliów. Kiedy patrzę na któryś z nich, jego historia rozwija się przed moimi oczami i widzę dziecko stojące naprzeciw tej przestrzeni, pochłonięte, swobodnie poruszające się w danej jego śladowi ojczyźnie.

_____________

Szczęśliwy jak dziecko, które maluje

W książce Szczęśliwy jak dziecko, które maluje Arno Stern opowiada o zabawie malarskiej z perspektywy dziecka. Pokazuje, że rysowanie jest wynikiem naturalnej potrzeby i odbywa się według określonych, uniwersalnych praw.

Tę książkę polecamy szczególnie rodzicom, wychowawcom i nauczycielom. Dzięki niej z pewnością już zawsze będziemy patrzeć inaczej na rysunki dzieci.

  • Szczęśliwy jak dziecko, które maluje, bo czynność kreślenia daje nieskończoną przyjemność.
  • Wolny jak dziecko, które maluje, bo malując dziecko uświadamia sobie swoje możliwości.
  • Zdolny jak dziecko, które maluje, bo zabawa kreską rozwija niespodziewane umiejętności. 

– Arno Stern

Back to list

Related Posts

Dodaj komentarz